Ufała Saurielowi na naprawdę wielu płaszczyznach, i ufała mu też życiem własnych kotów, nie wierzyła, że zrobiłby im krzywdę. Pod tymi groźnymi spojrzeniami i ostrymi słowami kryła się dusza miłująca koty tak samo jak i ona, a te dwa mruczki bardzo szybko się do niego przyzwyczaiły i traktowały jako… hm. Część stada? Rodziny?
– Noo jak chcesz atencji to musisz się ruszać szybciej od Luny – parsknęła, głaszcząc malucha za uchem. Teraz mógł skosztować własne lekarstwo: bo tak samo było nie tak dawno temu, kiedy sama potrzebowała atencji, a musiała ustąpić małej czarnej kulce i nie było nawet z czym konkurować. Czy Victoria właśnie teraz prowokowała, podpuszczała Sauriela…? Może. Może trochę, ociupineczkę. – Zobacz, ją już głaszczę – i tyknęła malca w nosek, po czym się wyprostowała. – Więc mówisz, że potrzebujesz atencji? Wypościłeś? – drażniła się z nim dalej, ignorując bzdurność pytań, którymi ją zasypał – akurat ten język saurielowy już zaczęła dawno temu rozumieć.
Chociaż nadal nie wiedziała co tam chrupał. I przez moment byłaby w stanie przysiąc, że żarł z trzeciej miseczki kocie żarcie w ramach solidarności z tymi dwoma rozbójnikami, z których jedno tuliło się właśnie do jej nogi, a drugie w końcu skończyło chrupać i ostatecznie też przyszło się przywitać.
– Dzięki, fajna, nie? Dla ciebie też coś mam – fakt, rzadko kiedy wybierała kolory, zwłaszcza gdzieś od miesiąca przerzuciła się głównie na czerń (nawet jeśli kiedyś sporo sukienek była od czerni daleka). Eksperymentowała nadal ze swoim stylem, to był jej nowy etap w życiu. Niektórzy wtedy ścinali włosy, a Victoria wyniosła się z rodzinnego domu i kombinowała z szafą. Poprawiła aż z dumą tę chustę, szeroki szal czy czym to dokładnie było i uśmiechnęła się delikatnie. O tak, trafiła się truskaweczka do schrupania, co? – Hę? – zapytała głupio, wytrzeszczając trochę na niego oczy. – I co, działa? – co to w ogóle był za pomysł? LEK na masturbację? Nie dziwiło ją, że słyszy takie coś od niego, tylko nie bardzo rozumiała kontekst, bo nadal nie była świadoma, że żarł płatki, a nie kocie chrupki (i trudno orzec co było dziwniejsze).
I czemu w ogóle prowadzili tę dziwaczną rozmowę, a Sauriel ostentacyjnie chrupie? Spojrzała zresztą z powątpiewaniem na tę miseczkę, którą właśnie odstawił i podniósł się z ziemi, a potem wyciągnął do niej rękę, którą ona z chęcią przyjęła, pozwalając się do niego przyciągnąć i objąć… i podnieść, chociaż nie była na to gotowa, było to zdecydowanie niespodziewane. Złapała się go mocniej, zaciskając ramiona na jego karku, kiedy jej stopy oderwały się od ziemi i pisnęła cichutko.
– Hmmm… Nie wiem jak to określić jednym słowem – tak właśnie było. No bo.. ciepło? Chyba ciepło, ale tego nie odczuwała. Owocnie? Tak. Czy miała dobre wieści…? Cóż, to zależy. I tak dalej… Te trzy dni były całkowicie szalone, a teraz Victoria na myśl o tym czuła wiele rzeczy. Trochę strachu, ale też sporo napięcia oraz pewnego rodzaju podniecenia na myśl o możliwościach. – Zaczynam uważać, że Brenna przyciąga do siebie kłopoty jak magnes. Jeden świstoklik nawalił i przeniósł nas prosto na łeb lwa, wiesz? Nie wiem, kto był bardziej zdziwiony – a to tylko mały ułamek tego, co przeżyły w Egipcie i ogólnie w Afryce. – To był wyjątkowo dziwny wyjazd – dodała zaraz, a kiedy już Sauriel ją puścił, i ona puściła jego, to wspięła się na palce i rekompensując mu ten jawny brak atencji, złożyła krótki pocałunek na jego policzku i niemalże od razu zajęła się tym, po o tu przyszła: robieniem herbaty. Nie ruszając się rzecz jasna z miejsca.