• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[09.1970] Together, forever, nostalgia || Ambroise & Geraldine

[09.1970] Together, forever, nostalgia || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#9
17.11.2024, 02:14  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.11.2024, 02:17 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
- A może jednak zamierzasz? Jeszcze nie zweryfikowaliśmy planów na zimę - przypomniał gładko, naturalnie wzruszył ramionami.
No, teoretycznie to wszystko od lat wyglądało dokładnie tak samo. Raczej nie potrzebowali zbyt wiele czasu, aby wszystko ustalić i przyklepać, ale w tym roku... ...wiele mogło się jeszcze zmienić. A jednocześnie poniekąd nic.
- Coś w tym jest - przytaknął powoli w wyrazie przelotnego zastanowienia, bo przecież nie planował poświęcać zbyt wiele czasu, energii i myśli na to, żeby przywoływać w pamięci mniej lub bardziej obcych ludzi, którzy raczej niewiele go obchodzili.
Jasne, znał większość z nich. Sporą część raczej przelotnie, ale z pewnością na tyle, żeby móc przyznać rację Geraldine. Nie mogli unikać uczestnictwa we wszystkich wydarzeniach towarzyskich. Chcąc nie chcąc byli częścią społeczności również pod tym kątem.
Mieli swoje zobowiązania wobec czystokrwistej elity, co przez długi czas było dla Ambroisa nieprzyjemną koniecznością. Szczególnie wtedy, kiedy uparcie wciskano mu coraz to nowsze osoby towarzyszące, czemu nie odmawiał z czystej niechęci do tego, żeby zawracać sobie dupę dyskusjami, czemu naprawdę nie potrzebował swatania go na siłę.
Całe szczęście to uległo zmianie już tak dawno temu, że nikt nawet nie próbował kwestionować tego, co ich ze sobą łączy. Statusu, który razem mieli, tego wyraźnego zaznaczania przynależności i wspólnotowości. Choć Ambroise w ostatnim czasie zaczął odnosić wrażenie, jakby to przestawało wystarczać.
Miał głęboko i daleko gdzieś to, co myślą inni ludzie. Nie przejmował się plotkami, pogłoskami I podszeptami, ale cholera - sześć, prawie siedem lat to było całkiem dużo jak na to, aby się określić jednocześnie się nie określając. Powoli chyba również jak na jego standardy, o których nie wiedział, że istnieją.
- Nie mów, że sama nie lubisz czasem zaprezentować nowej kiecki - uniósł brew obdarzając ją wymownym spojrzeniem. - Oboje wiemy, że pod tym kątem jesteś w stanie przebijać nawet najbardziej wprawne nimfetki. Nie raz, nie dwa obiło mi się o uszy, że spotykam się z prawdziwą skandalistką - usta Greengrassa wygięły się prowokacyjnie w tłumionym śmiechu.
Trafił swój na swego, czyż nie? Zresztą to nie tak, że którekolwiek z nich nie było świadome tego, jakie plotki chodziły o nich swego czasu zanim postanowili dać sobie szansę na nawiązanie, cóż, wpierw czegoś na kształt znajomości z podstawami do flirtu, później przyjaźni (nawet jeśli trwającej jakieś kilka dni, bo później odtrąconej), niechęci, wrogości, niechęci, współpracy, znajomości, przyjaźni, przyjaźni i wreszcie tego, co ostatecznie miało już między nimi pozostać.
Co do tego nie miał nawet najmniejszych wątpliwości. Skoro znalazł miłość swojego życia to nie miał zamiaru wypuszczać jej z rąk. Ani teraz, ani nigdy. Zresztą oboje lubili przecież mówić, że są na siebie skazani. Przez większość czasu w ten lekki, czuły i rozbawiony sposób, czasami, ostatnio wyłącznie czasami uderzając w te niższe tony i dodając do tego wymowne słowa o tej usranej śmierci, ale fakty były faktami.
Naprawdę nie wyobrażał sobie czegokolwiek innego niżeli tych wspólnych dni w Whitby i na Horyzontalnej, sabatów spędzanych w okolicznościach towarzyskich i znacznie chętniej w domu. Teraz również tych powoli klarujących się planów odnośnie najbliższej zimy. A kto wie? Może nawet pierwszej z wielu? Nowej możliwości? Mieli ich całkiem duży szereg. Tak naprawdę nie istniało nic, czego nie mogliby razem spróbować. Przynajmniej z tych pozytywnych, wspólnie planowanych działań.
- Jesteśmy umówieni - kiwnął, po paru sekundach wyciągając ku niej rękę tylko po to, aby pociągnąć ją do siebie, kładąc sobie dłoń Geraldine na ciepłej, nagrzanej słońcem klatce piersiowej w miejscu, pod którym biło serce. - To obietnica - mógł tego nie dodawać, ale zapewnił poważnie, przy czym uniósł kącik ust w uśmiechu.
A obietnice przecież traktował bardzo poważnie. Oboje to robili. Słowa nigdy nie były ich specjalną domeną, ale w przypadku obietnic sprawa wyglądała całkowicie klarownie. Ambroise mógł usrać sobie wiele rzeczy, mieć tendencję do podejmowania decyzji pod wpływem emocji, zachowywać się chaotycznie i porywczo, ale nie zwykł łamać danego słowa.
A już szczególnie nie tego, które dawał swojej kobiecie. W tym wypadku, gdy istniało choć nikłe prawdopodobieństwo, że nie da rady dotrzymać przyrzeczenia to po prostu go nie składał. To było w pewnym sensie skomplikowane, ale też wręcz banalnie proste.
Nie rzucał słów na wiatr. Jeśli w nie nie wierzył to ich nie wypowiadał. Nie robił z siebie kogoś, kto krzywoprzysiężył przy każdej możliwej okazji, bo tak było prosto. Nie, rzecz jasna potrafił kroczyć dookoła tematu, obracać kota ogonem, dopuszczał istnienie czegoś takiego jak białe kłamstwa.
Przy czym te jego często były bardzo szare - moralnie wątpliwe, zresztą dokładnie tak jak sam Greengrass. Natomiast, gdy już mówił, że coś zrobi to zwykł to zrobić. Zarówno w przypadku takich spraw jak planowany przez nich zimowy wyjazd jak i w poważniejszych wypadkach.
Bowiem zdecydowanie wyznawał zasadę szczekającego psa, który nie powinien dziamdziać pyskiem, jeśli nie był w stanie ugryźć. Nie był człowiekiem słowa. Zawsze uważał się za osobę czynu, jednakże gdyby bliżej przyjrzał się definicji człowieka słowa to poniekąd wprost idealnie się w nią wpisywał. Oboje to robili. Traktowali się poważnie, budowali ze sobą przyszłość. Nie było tu miejsca na puste słowa bez pokrycia.
Choć udało im się całkiem zgrabnie i nie aż tak boleśnie wprowadzić zmiany we wspólnej rzeczywistości to Ambroise zdawał sobie sprawę z tego, że wcale nie musieli tkwić tak zawsze. Jasne, jego praca utrudniała im niektóre posunięcia. Wykluczała część możliwości.
Prawdopodobnie, gdyby nie ścieżka zawodowa Riny i to, w jaki sposób jego kobieta dysponowała czasem wolnym i swoim grafikiem to miewaliby znacznie więcej momentów, w których nawet nie byliby w stanie minąć się w drzwiach wymieniając przelotny pocałunek.
Doceniał te wszystkie wybiegi, kombinowanie, myślenie o terminach i o czasie. Wszystko to, co dla nich robiła, bez słowa starając się dopasować ze sobą ich grafiki. W tym szczególnie ten swój własny, bo jego był cholernie napięty i zazwyczaj bardzo sztywny.
Jeśli Roise nie miał dyżuru w Mungu ani nie robił nic w kierunku zapewnienia sobie rychłego awansu (nawet tak jak teraz, bo przecież od wielu minut zamęczał ją swoją książką) najpewniej wciskał rzeczy do torby i spieszył odbyć garść wizyt domowych.
Nie było ich aż tak wiele, ale czasami musiały mieć miejsce niemal od razu po otrzymaniu przez niego wezwania. No i był ten Nokturn. Półświatek, który potrafił stawać kością w gardle, choć jednocześnie był cholernie przydatny. Nie zrezygnowałby z tego, nawet jeśli by mógł.
Jedynie ostatnio usiłował wyrabiać sobie na tyle poważną pozycję, żeby nie musieć świecić tam swoją wyśmienitą, światłą osobą aż nazbyt często. Na ten moment to przynosiło stosunkowo marne efekty, ale powoli na końcu korytarza zaczynało być widoczne blade światło. Za jakiś czas tu też mogło być całkiem dobrze.
- Wiem, że nie musisz polować, mon amour, natomiast nie o to pytam ani nie to sugeruję. Nie zadaję pytania czy rezerwat ci od biedy wystarczy. Moje pytanie brzmi: czy chcesz tam zapolować?, nie jak chcesz w tym roku odbić sobie zimowy zastój, na wiosnę, przy okazji wiosny a może wiosną? No i to nie brzmi jak niezły plan. To jest niezły plan - Podkreślił znacząco, bo to, że rok w rok wraz z pierwszymi roztopami, trochę lepszą temperaturą i dłuższymi dniami Geraldine ruszała na łowy było dla niego raczej tak jasne jak to, że słońce wstaje na wschodzie a zachodzi na zachodzie.
Nie bez znaczenia było to, że mieli swój prywatny system. Nie byli przecież całkowicie typową, standardową parą. Prawdę mówiąc znacznie od takich odbiegali, więc musieli wypracować sobie jakieś standardy, kompromisy, pewne jasności, zasady i reguły, nawet jeśli Ambroise na ogół naprawdę szczerze nie cierpiał, gdy ktoś próbował go w jakiś sposób ograniczać. Tutaj to działało. Ładnie, zgrabnie, całkiem wyśmienicie.
Systematycznie coś dodawali, zmieniali, podejmowali nowe decyzje. W ich życiu z pewnością nie było nudy i monotonii. Wręcz nie było na nie miejsca, ani odrobinę przestrzeni. Natomiast podstawy zawsze pozostawały takie same. Szczególnie, że były oparte na naprawdę zdrowym uczuciu. Kochał tę swoją wariatkę.
- Nie dalej jak przedwczoraj słyszałem coś innego - wymownie uniósł wzrok w kierunku nieba. - Weź już przestań mnie zanudzać, Roise. Przystopuj trochę z tym medycznym bełkotem, Roise. Czy naprawdę potrzebujesz, żeby to wszystko tu leżało, Roise? Nie mam gdzie położyć truchła mojego zdechlaka, Roise. Weź zabierz stołowe rzeczy ze stołu, żebym mogła pierdzielnąć tam moją gigantyczną myszowiewiórkę, Roise. Roise, Roise, Roise, Rooooise. No weź się, Roise - całkiem nieźle mu wychodziło mimikowanie tonu głosu swojej dziewczyny, przynajmniej jak na jego ucho. - Tyle weź się, Roise, tak mało weź mnie, Roise, weź mnie pośród calluna vulgaris, gniotąc plecami genista germanica, ale uważając na vaccinium oxycoccos, bo oblezą nas mrówki. No i na rubus caesius, bo jak wbije ci się w gołą dupę to nie będę ci tego wyciągać - aż westchnął, kręcąc głową z oczami nadal uniesionymi w kierunku burzowego nieba.
No nie miał z nią łatwo, nie miał. Czasami zastanawiał się, za co go tak pokarało uraczyło naprawdę wspaniałym skarbem o szerokich zainteresowaniach botanicznych i medycznych, tak niezmiernie skorego do wyciągania mu te nieszczęsne kolce może nie z dupy, niezbyt często, ale z innych miejsc już tak.
- Nie wiem, dla jakich zwierząt są dobre rzodkiewki, ale ludziom z pewnością nie szkodzą - ponownie bardzo nieznacznie pokręcił głową. - Masz szczęście, że to ja tu gotuję. Inaczej wylądowałabyś u nas ze wszelkimi niedoborami a wtedy po prostu bym się z ciebie śmiał. Nic więcej. Po prostu bym się śmiał - to mogłaby być całkiem niezła groźba do tego, aby jadła więcej tych wszystkich owoców i warzyw, gdyby nie to, co sam przy okazji powiedział.
Chcąc nie chcąc to on był kucharzem w ich domu. Prawdę mówiąc nawet nie zastanowił się, kiedy dokładnie przyjął tę rolę (a może dał się w nią wmanewrować?), ale tak było praktycznie od samego początku i w żadnym wypadku nie miał z tym najmniejszego problemu. Lubił swoją kuchnię, ciszę tam panującą, porządek kolejnych etapów następujących po sobie. Coś jak z eliksirami. To się po prostu miało i czuło.
Wyczucie było całkiem istotną sprawą. W wielu, naprawdę wielu kwestiach. Nie tylko w kuchni czy w eliksirach.
- Będziemy - stwierdził krótko z machnięciem ręki, jakby to było zupełnie nic takiego; ot, stwierdził, że z pewnością kiedyś będą mieć jakąś okazję do świętowania czegoś ze starannie udekorowanym tortem.
Nie musiał jej mówić, skąd bierze się w nim ta pewność. To było w tym najlepsze. Co prawda doskonale wiedział, że nie jest w stanie zbyt długo utrzymać przy Geraldine język za zębami, ale nie potrzebował aż tyle czasu, żeby ryzykować wygadaniem się. Mógł się spiąć, zmotywować, był w stanie to zrobić, jeśli to oznaczało ten element zaskoczenia. Niby on miał się kiedyś zdziwić?
- No chyba ty - tak, to było niezmiernie dojrzałe, ale w tym wypadku bardzo prawdziwe. - Weź spadaj z tym swoim ziołowym likierem, Roise. To smakuje jak gówno, Roise. Na chatreuse! Chatreuse, Rina. Mówiłam ci, że masz tego nie wpychać do torby, Roise. To mogła być butelka ognistej, Roise. Znowu się rządzisz, Roise, nawet jeśli ty to dźwigasz, Roise, TO MOGŁA BYĆ BUTELKA OGNISTEJ. Rooooise -tak, niezmiernie go to w tej chwili bawiło.
Mimo to stosunkowo szybko odpuścił. Te jeżynowe wargi, choć dziamdziały, to aż (a może tym bardziej?) prosiły się o zamknięcie ich delikatnym, słodkim pocałunkiem. A potem również kolejnym.
Powoli, delikatnie przesunął się w taki sposób, aby objąć ją w talii, przytulając policzek do wnętrza dłoni swojej dziewczyny, gdy go po nim pogłaskała. Palce czule wędrowały po jego skórze, łaskocząc go po zaroście, a on po prostu leniwie, niespiesznie odpowiadał pocałunkami. Nie było w nich nic zdrożnego.
Oczywiście, pożądał jej za każdym razem tak samo, ale to była błoga, spokojna chwila. Mieli ją dla siebie w idylliczny sposób.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (12018), Geraldine Greengrass-Yaxley (8214)




Wiadomości w tym wątku
[09.1970] Together, forever, nostalgia || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 14.11.2024, 21:10
RE: [09.1970] Together, forever, nostalgia || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 15.11.2024, 00:39
RE: [09.1970] Together, forever, nostalgia || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 15.11.2024, 02:50
RE: [09.1970] Together, forever, nostalgia || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 15.11.2024, 13:42
RE: [09.1970] Together, forever, nostalgia || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 15.11.2024, 21:08
RE: [09.1970] Together, forever, nostalgia || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 16.11.2024, 01:05
RE: [09.1970] Together, forever, nostalgia || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 16.11.2024, 05:05
RE: [09.1970] Together, forever, nostalgia || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 16.11.2024, 23:00
RE: [09.1970] Together, forever, nostalgia || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 17.11.2024, 02:14
RE: [09.1970] Together, forever, nostalgia || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 17.11.2024, 23:48
RE: [09.1970] Together, forever, nostalgia || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 18.11.2024, 02:37
RE: [09.1970] Together, forever, nostalgia || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 18.11.2024, 22:43
RE: [09.1970] Together, forever, nostalgia || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 19.11.2024, 14:16

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa