17.11.2024, 15:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.11.2024, 17:25 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Niby co miał jej powiedzieć? Nie potrafił tworzyć pięknych przemów na pniu. No, być może to było kłamstwo, bo Ambroise umiał odnaleźć odpowiednie słowa praktycznie z marszu, gdy chodziło o dobrą bajerę, zareagowanie na towarzyską sytuację, wywinięcie się z kłopotów i tak dalej. Pierdolety tego typu, lecz z pewnością nie to, co teraz miało tu znaczenie.
Nie umiał wyrzucić z siebie litanii słów, które sprawiłyby, że Geraldine momentalnie już wszystko by wiedziała. Przeciwnie - w tym wypadku jego mózg był jednocześnie jak miękka gąbka i jak twarda cegła. Z jednej strony nie mógł wycisnąć stamtąd żadnej rozsądnej odpowiedzi. Z drugiej jego gąbkowaty umysł nie był w żaden sposób chłonny. Był oporny. Cegłowaty.
Nie mieli znaleźć porozumienia. Nie w tej kwestii. Tu był kategorycznie nastawiony przeciwko wszystkiemu, w co chciałaby się włączyć jego ukochana. Nie dopuszczał możliwości negocjacji. Nawet nie chciał słyszeć żadnych argumentów, bo nieważne jak bardzo byłyby logiczne to on podjął swoją decyzję. Nie dziś, nie wczoraj, nie pięć dni temu.
Na samym początku. To było postanowienie, które powziął, by być w stanie przekonać się wewnętrznie do tego, że nie postępuje jak ostatni egoistyczny kretyn w ogóle pozwalając sobie na czucie szczęścia u boku drugiego człowieka, budowanie sobie z nią życia, domu i przyszłości. Musiał zmienić wszystko. Całe swoje podejście.
To było coś, przy czym Roise nie zamierzał iść na kompromisy, bo oszukałby samego siebie. Złamałby dane sobie słowo, że nigdy nie narazi jej bardziej niż robił to dopuszczając ją do swojego życia, serca, nie tylko łóżka.
Machnął ręką. A właściwie machnąłby nią, gdyby był w stanie unieść ją wyżej niż kilka centymetrów ponad kołdrę i opuścić z ciężkim tąpnięciem na materac. Tak. W tym wypadku sobie nie wierzyli. Co miałby dodać? Że mu przykro? To byłyby wyłącznie puste słowa, bo w żadnym razie nie czuł się źle z tym, że ją chroni. Jedynie z tym, że wywołał u niej te wszystkie paskudne uczucia, naraził ją na stres, podkopał zaufanie. A teraz nie mógł znaleźć konsensusu i nawet nie próbował.
- Nie zachowuj się, jakbym zrobił to specjalnie, skoro od cholera wie, ilu minut powtarzam ci, że nie zrobiłem. Ile jeszcze razy powtórzysz, że nie było mnie pięć dni? Pięć dni i pięć nocy - nie krzyczał, nawet nie warczał, burczał na nią, bo na tyle miał energii. - Uważaj, żebym nie przypomniał ci tego, kiedy ty będziesz mieć swoje sprawy - to było naprawdę niskie uderzenie i uświadomił to sobie praktycznie niemal od razu po tym jak te słowa opuściły jego usta.
Nie chciał tego załatwiać w taki sposób. Jedynie naprawdę nie był w stanie dać Yaxleyównie tego, czego ewidentnie od niego oczekiwała. I nigdy tego nie ukrywał. Nie zatajał tego, że nie zawsze będzie w stanie jej o wszystkim mówić.
- Ja mam wstrząs mózgu, ale to ty zachowujesz się, jakbyś miała amnezję - wytknął jej, wysrał to z siebie z cichym, zmęczonym burknięciem. - Nie jesteśmy partnerami biznesowymi. Zgodziłaś się na to. Teraz przeinaczasz te fakty - nie sądził, że musi jej o tym przypominać, szczególnie nie wytykać jej to w podobny sposób, ale było za późno.
Dużo za późno, gdy już to zrobił. Tak właściwie to od momentu, w którym wyszedł za drzwi. Teraz zbierali pokłosie. Paskudne, zepsute, czarne od syfu pokłosie. Co gorsza z minuty na minutę ujawniało się pod nim coraz więcej głębokiego bagna.
- Nie nie sądzę - tym razem stwierdził twardo, zdecydowanie, choć nie tak donośnie jak chciałby to zrobić. - Z drugiej strony, kurwa, nie sądziłem też, że dałem ci kiedykolwiek powody ku temu, żebyś kwestionowała to, że masz mnie do usranej śmierci. A teraz nagle dajesz mi do zrozumienia, że to, że na każdym kroku staram się dać ci do zrozumienia, ile dla mnie znaczysz. To? To chuj. Skoro pięć dni wystarczyło, żebyś myślała coś takiego - nie chciał jej tego wysrywać, nie chciał jej tego wytykać, ale to go ugodziło.
Żadne wyjaśnienia nie były w stanie przykryć tego, co poczuł na myśl, że mogła tu siedzieć i tak po prostu myśleć, że on do niej nie wróci, bo wybiera jakąś chorą wersję wolności. W dodatku nawet nie dając jej znać, że odchodzi. Tylko znikając jak jebany tchórz. Bez słowa, bez czegokolwiek. A widział to w jej twarzy. Dostrzegał zwątpienie w oczach. Bolało. Bardziej niż jakiekolwiek rany na ciele.
Musiał złapać oddech. Odwrócić wzrok. Zacharczeć, sięgnąć ręką w kierunku stolika i szklanki z wodą, nawet jeśli nie był w stanie tak daleko wyciągnąć ramienia a palce miał cholernie sztywne. Ostatecznie z pomrukiem frustracji opadł na poduszkę, bo przecież nie zamierzał prosić o pomoc.
Wdech i wydech. Wydech i wdech. Ciężka, pełna napięcia atmosfera. Ponure łypnięcie, nieznaczne wygięcie warg w grymasie trudnym do zinterpretowania. Powinien? Nie powinien? Chuj z tym. Cała ta sytuacja była już i tak absurdalna.
- Mam ci się oświadczyć? - To było nieoczekiwanie, dosadne, wybitnie romantyczne pytanie zadane jeszcze bardziej romantycznie grobowym, poważnym głosem w towarzystwie przeromantycznego ponurego spojrzenia.
To nie tak, że strzelał focha, bo próbował w dalszym ciągu rozmawiać o ciężkich tematach, ale w jego głosie trudno byłoby doszukiwać się entuzjazmu. Nie pytał o to na odpierdol, nie chciał tym zamknąć ust swojej dziewczyny. W żadnym wypadku nie planował sugerować jej, że to byłaby metoda na to, żeby przestała mu truć dupę o to czy ją kocha i czy z nią już zawsze będzie jak to robiła znaczna część mężczyzn.
Po prostu dostrzegał w tym coś, czego mogła chcieć. I nawet jeśli on sam raczej tego aktywnie nie rozważał (jasne, zdecydowanie nie poprzedniego wieczoru; całe szczęście niespecjalnie to wszystko pamiętał) to, cholera, nie było mu to aż takie obce, żeby nie zadać tego pytania w przestrzeni, w której chyba powinno paść.
- Żebyśmy mieli jasność - dodał praktycznie od razu, powstrzymując ją gestem dłoni przed otwarciem ust i wyrzuceniem z siebie odpowiedzi - teraz ci się nie oświadczam. Pytam, czy to jest coś, czego chcesz. Teraz. Kilka lat później, żebyśmy byli na tej samej stopie - podkreślił obdarzając ją badawczym spojrzeniem i wyciągając rękę w jej kierunku. - Ma moitié, Rina, Geraldine, masz mi o tym mówić. Takie rzeczy - nawet jeśli bolały i ich nie rozumiał to rzutowały na wszystko.
A ich życie było już i tak cholernie skomplikowane.
- A czy możesz z nim żyć? - Spytał powoli przez zaciśnięte gardło, musiał spytać na głos.
To, że Geraldine zdawała sobie sprawę z ryzyka było jednym. Wszystkie inne konsekwencje miały swoje własne czy. Możliwe, że jej tego nie mówił. Nie po to, żeby wszystko ukrywać, lecz przez to, że nie czuł się na siłach (psychicznych ani tym bardziej fizycznych) wymieniać wszystkie rzeczy, o których powinna myśleć przy odpowiedzi.
Od tych najbardziej znanych i jasnych poprzez drobne elementy, małe szczegóły po daleko idące plany, o których nawet jeszcze nie rozmawiali, bo nie wybiegali tak daleko w przyszłość, ciesząc się tym, co mają i budując sobie życie w teraźniejszości.
A jednak to wszystko gdzieś tam było. Wszelkie konsekwencje. To rzutowało dalej i głębiej niż na obecne wydarzenia. To była stała część jego życia, której nie mógł już zmienić. Nie chciał. W dalszym ciągu nie zrezygnowałby z tego - to było w tym wszystkim najbardziej brutalną prawdą. Nie tylko nie był w stanie się wycofać, lecz po prostu nie zamierzał.
Lecz nie mówił dalej. Nie wnikał. Nie straszył jej swoimi ponurymi wizjami i myślami o tym, że w ich przypadku nic nie miało być normalne. Zmienił dla niej swoje podejście, wywrócił system wartości, nagiął światopogląd. Mieli niesamowite szczęście, że byli częścią tej samej grupy i społeczności, ale w innym wypadku nie wątpił, że też by to wszystko zrobił.
Nie mógł zrobić dla niej jedynie jednego.
- Wiem, że nie chcesz, Bruyère, wiem, że nie chcesz - stwierdził ciężko bardzo grobowo, posępnie i ponuro, nie dodając nic więcej.
Nie mógł obiecać, że nie skończy tak jak Farciarz. To znaczy - gdyby spróbował posiłkować się jakąś pokrętną logiką to mógłby obrócić kota do góry ogonem, żeby móc powiedzieć, że nie powtórzy losu Rosiera. Szczerze mówiąc trudno byłoby przecież o sytuację kropka w kropkę identyczną z tamtą, mogła być co najwyżej podobna.
Natomiast Ambroise wiedział, że to byłoby po prostu kłamstwo. Nieważne jak białe. To byłoby zaginanie rzeczywistości ponad jakąkolwiek normę, nawet jeśli te jego były naturalnie wyższe i dopuszczały więcej wybiegów i forteli. Nie mógłby spojrzeć prosto w oczy ukochanej kobiety i powiedzieć, że nie skończy jak William, mając na myśli to, że jego najpewniej nikt nie zakopie w odległym, gęstym lesie na niezaludnionych terenach.
Nie mógłby uciec się do takiego wykrętu. Nie był w stanie obiecać, że nic mu się nigdy nie stanie. Oboje zdawali sobie sprawę z tego jak to wygląda. Szczególnie teraz po tych kilku dniach. Więc Roise milczał. Milczał, bo nie mógł nic powiedzieć. Milczał, bo nie chciał jej dłużej ranić. Milczał zagryzając zęby, dopóki nie znalazł się inny temat, o którym mogli spróbować mówić.
- Nie przeginaj - instynktownie wywrócił oczami, ignorując spowodowane tym mdłości i zawroty głowy. - Poza tym to zalecenie medyczne. Masz je w notatkach. Ono tam jest. To i krótkie spódniczki - spróbował uśmiechnąć się pod nosem, jednocześnie bardzo świadomy tego, że nigdy nie pisał tam nic o takich rzeczach.
A mógłby, powinien to poprawić na wszelką okoliczność, natomiast we własnych zapiskach przygotowywanych dla siebie miał tendencję do szybkiego, zamaszystego i na tyle nieczytelnego pisma, że zdecydowanie mógł spróbować wmówić Geraldine, że to gdzieś tam było. Gdyby tylko chciał to zrobić, usiłując w dalszym ciągu rozluźniać atmosferę wraz z nią, bo przecież widział, że się starała.
Nie cierpiał się z nią kłócić. Tyle tylko, że miewał (no - miał) problemy z odpuszczeniem, zamknięciem mordy, przełknięciem goryczy zanim ta nakaże mu otworzyć usta i wylać z siebie falę trudnych, nieprzyjemnych słów. Starał się nie pękać, nie ziać goryczą ani chłodem, nie być żarliwy w tym, co mówił bez jakiegokolwiek zastanowienia.
Zakończenie ciężkiej dyskusji było zdecydowanie bardziej czasochłonne niż prowadzenie tego całego meczu na wysrywy, ale Roise nie chciał już dłużej rozmawiać o tym, co się stało i co mogło się stać. Byli tu razem. Wrócił. Z jej pomocą miał dojść do siebie, nawet jeśli ta konkretna rekonwalescencja miała być trudna.
Nie chciał słuchać kolejnych smutnych, zaniepokojonych, naznaczonych lękiem słów. Porównywać ich sytuacji do tego, co stało się z Rosierem, co oni z nim zrobili przykładając rękę do śmierci tego człowieka. Nawet z litości, to tak - przyczynili się do tego, że Farciarz nie wrócił do domu, jeśli go miał. Nikt poza nimi nie wiedział, co się stało z tym czarodziejem.
Jednak Ambroise nie chciał dłużej myśleć o tym, jak blisko było, aby dopadła go nagroda za tamtą sytuację. Jeszcze bardziej pragnął, żeby Geraldine o tym nie myślała, bo widok jej podkrążonych, zaczerwienionych oczu dosłownie łamał mu serce.
Była jego kobietą. Powinna wieść z nim szczęśliwe życie, bo przecież przyniósłby dla niej gwiazdkę z nieba, gdyby tylko odrobinę zbyt długo i tęsknie patrzyła na nocny nieboskłon.
Tymczasem jak do tej pory przytargał jej swoje poobijane, poszarpane, pokłute, ponacinane, pobite, chuj wie, jakie jeszcze cielsko i zwalił się jej wpierw pod prysznic a potem na łóżko. Tak, mógł się zasłaniać tym, że wrócił, ale w jakim świecie to miałoby wymazać wszystkie okoliczności i stan, w którym to zrobił. Bo chyba nie w ich.
Ich świat był skomplikowany, brudny, podstępny i ciemny. Poprzedniego wieczoru wypłynął na wierzch kożuch zgnilizny. Tej, która zawsze była wewnątrz. Nieważne jak starannie by sprzątali. Żadna ilość prób zatarcia tego mroku nie miała pomóc całkowicie pozbyć się smrodu zepsucia.
A jednak ta rozmowa - cholernie ciężka, ale jeszcze bardziej potrzebna, musiała mieć miejsce. Dzięki niej mogli chociaż sprawić, że w tym wszystkim nie będzie jeszcze rozkładu. Tak, mieli trupy we własnej szafie. Jednego wcisnęli tam wspólnie, inne były jego zasługą, o której nie chciał mówić. Jeszcze nie, nawet jeśli kiedyś powinien.
To nie był czas ani miejsce na takie rzeczy. Nie dotyczyły bezpośrednio tej sytuacji (ależ dotyczyły, po prostu to sobie wmawiał). To nie one mogły zacząć się rozkładać tylko to, co razem budowali przez lata. Greengrass tego nie chciał. Nie zamierzał się do tego w żadnym razie przyznawać, ale to była jedna z tych trzech rzeczy (jedynych rzeczy), których się bał.
Śmieszna sprawa? No niekoniecznie. W przeciągu kilku chwil wszystko uległo zmianie. Jeden dzień wystarczył, żeby pojawiło się coś nieoczekiwanego. Kilka miesięcy, żeby rozwinęło się bez kontroli. Parę lat, żeby czasami przytłaczało go swoją intensywnością. Tym bardziej, że miał świadomość, z czego to wszystko wynika.
Obawiał się trzech rzeczy. Wszystkie z nich dotyczyły ich domu, jego miłości, jego kobiety. Gdzieś tam w odległej przeszłości, jeśli tylko byłby w stanie to zobaczyć, jakiś inny Ambroise Greengrass właśnie spoglądał na niego z politowaniem. Unosił brwi, kląskał językiem o podniebienie, kierował wzrok ku niebu mówiący ależ przecież mówiłem ci, że tak będzie.
Patrzył wprost w zmęczone, przygaszone oczy swojej starszej wersji kurczowo obejmującej swoją dziewczynę, swój cały świat w ramionach. Wiedział, że kurewsko boli go przy tym całe ciało, że ranki się otwierają i szczypią, że ma posmak krwi w ustach, że rwą go mięśnie i kłuje go w przeponie.
Sam się o to prosiłeś, sentymentalny kretynie, bezmózgi błędny rycerzu, idioto, ignorancie, imbecylu, opętańcze. Na co ci to było? Przecież wiedzieliśmy, że tak będzie. Broniliśmy się tyle lat.
Tamten człowiek ział do niego niechęcią, pogardą, chciałby potrząsać nim raz za razem. Warczeć na niego, bo miał rację a jego starsza wersja ponosiła koszty nie tyle zejścia z obranej drogi, co całkowitego spierdolenia się w bok z tej ścieżki.
Z tym, że nie żałował. Nigdy tego nie żałował. Nawet wtedy, kiedy zaczynał mieć obawy i wyrzuty sumienia a ścisk jego zesztywniałych, ciężkich ramion stawał się mimowolnie silniejszy, jakby jeszcze chwilę i mógłby ją w nich zgnieść. Rzecz jasna tego nie robił, miał teraz co najwyżej ułamek swojej zwykłej siły (jeśli jeszcze nie mniej), po prostu przytulił Rinę do swojej rozgrzanej piersi, głaszcząc ją wolną dłonią po włosach i próbując niezaprzeczalnie, bezpardonowo być tym ckliwym debilem, uciekając od trudnych tematów. Przynajmniej na jakiś czas, bo przecież wcale ich nie zakończyli.
- Żecoprzepraszam - wydusił z siebie na jednym wydechu, mrugając kilkukrotnie, przy czym lekko przechylił głowę w prawą stronę (cholerna zesztywniała szyja ponownie zaczynała go boleć), dając jej tym samym do zrozumienia, że naprawdę nie wierzy w to, co właśnie przed chwilą dotarło do jego uszu.
No, do uszu na pewno. Pulsujący ból i dźwięk krwi przetaczającej się w ciele nie zmieniały faktu, że Ambroise jeszcze nie ogłuchł. Natomiast to, co powiedziała Geraldine momentalnie nakazało mu zakwestionować to, czy w ogóle jeszcze rozmawia ze swoją dziewczyną czy może już z powrotem majaczy i to wszystko po prostu mu się śni.
- Kucharzem, Rina, kucharzem?! - Mimowolnie wydobył z siebie bardzo cichy jęk, jednak tym razem wyłącznie po to, aby teatralnie podkreślić absurd tego, co mu właśnie zakomunikowała. - Już nawet nie skomentuję porównywania fartuchów do kitla i uzdrowicielskich szat, bo tak, Bruyère, w dalszym ciągu mamy dodatkowo naprawdę paskudne, tanio wyglądające szaty - całe szczęście dało się je podmienić na coś w tym samym kolorze, bardziej jakościowym materiale i o odrobinę lepszym, ale wciąż akceptowalnym przez zarząd, kroju, bo inaczej chyba wypiłby litr przypadkowego eliksiru a potem faktycznie rozważyłby zostanie tym tfu kucharzem, żeby tylko nie musieć tego na siebie codziennie wkładać.
- No po prostu nie - stwierdził jednakowoż od razu, drugi raz parskając. - Ustalmy sobie jedno: kucharzem jestem tylko w domu. Wyłącznie dla ciebie, tak? Nikt z zewnątrz nie musi wiedzieć, że zrobiłaś ze mnie kurę domową. To żenujące, żeby facet mojego pokroju, statusu krzątał się przy garach. Zamiast oddać to służbie. Skrzatom domowym - lekko pokręcił głową, obdarzając Geraldine wymownym spojrzeniem.
No jej nie zamierzał zmuszać do gotowania, ale z ich pozycją w magicznej hierarchii oboje powinni siedzieć z założonymi rękami i mieć wszystko podane przed nos. Wiele lat żył w ten sposób, bardzo nieczęsto wchodząc do własnej kuchni po coś więcej niż kawę, herbatę albo już przygotowane jedzenie.
W Whitby nie mogli mieć skrzatów domowych. Nie chciał zatrudniać gosposi, bo to chyba nie był standard wśród mugoli. Nie, żeby Ambroise się takimi przejmował, ale dodatkowo ktoś pojawiłby się w ich prywatnej przestrzeni. Obca osoba - to było niedopuszczalne. Jedzenie cały czas czegoś na wynos było męczące, więc przyjął tę rolę i gotował.
Jednakże wyłącznie w domu. Wyłącznie w świadomości swojej i Riny. Nikogo innego. Przecież cholernie by go wyśmiano. Byłby uznany za pantoflarza. Kurkę domową, gosposię z kitką i w fartuszku. Dostałby setki żartów o tym, że pomiędzy robieniem obiadków dla swojej Pani, pewnie popierdala po domu z miotełką do kurzu i w zielonych pantoflach z pomponem z futerka na niskim obcasiku.
Nie.
Na zewnątrz był człowiekiem z wyższej klasy. Poważnym, szanowanym mężczyzną. Twardym człowiekiem szanującym tradycję, wyznającym klasyczne postawy wobec praktycznie wszystkich aspektów życia. Wystarczyło, że oboje wiedzą jak to wygląda wewnątrz czterech ścian. Poza domem cenił sobie trzymanie fasady.
- Powinienem uprzedzić w szpitalu, że moja kobieta jest światłym wirusologiem w trakcie wieloletnich badań nad chorobami zakaźnymi, ale niestety - nie zrobił tego, więc tylko westchnął. - No cóż - skwitował, bo przecież nie mogli nic z tym zrobić.
Nie mówiąc już o tym, że ludzie ze szpitala naprawdę nie byli idiotami a oni też nigdy nie próbowali kryć się z tym, że sobą są. Tożsamość życiowej partnerki Greengrassa była raczej powszechnie znana. Nikt nie uwierzyłby w podobną bujdę, nawet jeśli byłaby całkiem zabawna.
Jednakże to nie miało znaczenia, skoro wreszcie mieli jakieś względnie sensowne wytłumaczenie jego nieobecności. Nagłą chorobę zakaźną, dzięki której mógł jeszcze dochodzić do siebie w domu bez obaw, że ktoś zapragnie zweryfikować jego stan zdrowia. Poza tym w Mungu zdecydowanie mu ufano, więc miał trochę lepszą sytuację niż przypadkowa osoba na jego miejscu.
To nie o szpital musiał się martwić. W szpitalu mu ufano, ale w domu?
- Nie chcę cię krzywdzić. Nie wątp w to. We mnie, w nas - to był pomruk na granicy świadomości, cichy, miękki szept, ciepły jak promienie słoneczne przebijające się do pomieszczenia przez zasłony.
Sam nie wiedział kiedy usnął, przez ten cały czas gładząc palcami włosy Geraldine, przesuwając je na jej policzek i sycąc się odzyskiwanym spokojem.
Nie umiał wyrzucić z siebie litanii słów, które sprawiłyby, że Geraldine momentalnie już wszystko by wiedziała. Przeciwnie - w tym wypadku jego mózg był jednocześnie jak miękka gąbka i jak twarda cegła. Z jednej strony nie mógł wycisnąć stamtąd żadnej rozsądnej odpowiedzi. Z drugiej jego gąbkowaty umysł nie był w żaden sposób chłonny. Był oporny. Cegłowaty.
Nie mieli znaleźć porozumienia. Nie w tej kwestii. Tu był kategorycznie nastawiony przeciwko wszystkiemu, w co chciałaby się włączyć jego ukochana. Nie dopuszczał możliwości negocjacji. Nawet nie chciał słyszeć żadnych argumentów, bo nieważne jak bardzo byłyby logiczne to on podjął swoją decyzję. Nie dziś, nie wczoraj, nie pięć dni temu.
Na samym początku. To było postanowienie, które powziął, by być w stanie przekonać się wewnętrznie do tego, że nie postępuje jak ostatni egoistyczny kretyn w ogóle pozwalając sobie na czucie szczęścia u boku drugiego człowieka, budowanie sobie z nią życia, domu i przyszłości. Musiał zmienić wszystko. Całe swoje podejście.
To było coś, przy czym Roise nie zamierzał iść na kompromisy, bo oszukałby samego siebie. Złamałby dane sobie słowo, że nigdy nie narazi jej bardziej niż robił to dopuszczając ją do swojego życia, serca, nie tylko łóżka.
Machnął ręką. A właściwie machnąłby nią, gdyby był w stanie unieść ją wyżej niż kilka centymetrów ponad kołdrę i opuścić z ciężkim tąpnięciem na materac. Tak. W tym wypadku sobie nie wierzyli. Co miałby dodać? Że mu przykro? To byłyby wyłącznie puste słowa, bo w żadnym razie nie czuł się źle z tym, że ją chroni. Jedynie z tym, że wywołał u niej te wszystkie paskudne uczucia, naraził ją na stres, podkopał zaufanie. A teraz nie mógł znaleźć konsensusu i nawet nie próbował.
- Nie zachowuj się, jakbym zrobił to specjalnie, skoro od cholera wie, ilu minut powtarzam ci, że nie zrobiłem. Ile jeszcze razy powtórzysz, że nie było mnie pięć dni? Pięć dni i pięć nocy - nie krzyczał, nawet nie warczał, burczał na nią, bo na tyle miał energii. - Uważaj, żebym nie przypomniał ci tego, kiedy ty będziesz mieć swoje sprawy - to było naprawdę niskie uderzenie i uświadomił to sobie praktycznie niemal od razu po tym jak te słowa opuściły jego usta.
Nie chciał tego załatwiać w taki sposób. Jedynie naprawdę nie był w stanie dać Yaxleyównie tego, czego ewidentnie od niego oczekiwała. I nigdy tego nie ukrywał. Nie zatajał tego, że nie zawsze będzie w stanie jej o wszystkim mówić.
- Ja mam wstrząs mózgu, ale to ty zachowujesz się, jakbyś miała amnezję - wytknął jej, wysrał to z siebie z cichym, zmęczonym burknięciem. - Nie jesteśmy partnerami biznesowymi. Zgodziłaś się na to. Teraz przeinaczasz te fakty - nie sądził, że musi jej o tym przypominać, szczególnie nie wytykać jej to w podobny sposób, ale było za późno.
Dużo za późno, gdy już to zrobił. Tak właściwie to od momentu, w którym wyszedł za drzwi. Teraz zbierali pokłosie. Paskudne, zepsute, czarne od syfu pokłosie. Co gorsza z minuty na minutę ujawniało się pod nim coraz więcej głębokiego bagna.
- Nie nie sądzę - tym razem stwierdził twardo, zdecydowanie, choć nie tak donośnie jak chciałby to zrobić. - Z drugiej strony, kurwa, nie sądziłem też, że dałem ci kiedykolwiek powody ku temu, żebyś kwestionowała to, że masz mnie do usranej śmierci. A teraz nagle dajesz mi do zrozumienia, że to, że na każdym kroku staram się dać ci do zrozumienia, ile dla mnie znaczysz. To? To chuj. Skoro pięć dni wystarczyło, żebyś myślała coś takiego - nie chciał jej tego wysrywać, nie chciał jej tego wytykać, ale to go ugodziło.
Żadne wyjaśnienia nie były w stanie przykryć tego, co poczuł na myśl, że mogła tu siedzieć i tak po prostu myśleć, że on do niej nie wróci, bo wybiera jakąś chorą wersję wolności. W dodatku nawet nie dając jej znać, że odchodzi. Tylko znikając jak jebany tchórz. Bez słowa, bez czegokolwiek. A widział to w jej twarzy. Dostrzegał zwątpienie w oczach. Bolało. Bardziej niż jakiekolwiek rany na ciele.
Musiał złapać oddech. Odwrócić wzrok. Zacharczeć, sięgnąć ręką w kierunku stolika i szklanki z wodą, nawet jeśli nie był w stanie tak daleko wyciągnąć ramienia a palce miał cholernie sztywne. Ostatecznie z pomrukiem frustracji opadł na poduszkę, bo przecież nie zamierzał prosić o pomoc.
Wdech i wydech. Wydech i wdech. Ciężka, pełna napięcia atmosfera. Ponure łypnięcie, nieznaczne wygięcie warg w grymasie trudnym do zinterpretowania. Powinien? Nie powinien? Chuj z tym. Cała ta sytuacja była już i tak absurdalna.
- Mam ci się oświadczyć? - To było nieoczekiwanie, dosadne, wybitnie romantyczne pytanie zadane jeszcze bardziej romantycznie grobowym, poważnym głosem w towarzystwie przeromantycznego ponurego spojrzenia.
To nie tak, że strzelał focha, bo próbował w dalszym ciągu rozmawiać o ciężkich tematach, ale w jego głosie trudno byłoby doszukiwać się entuzjazmu. Nie pytał o to na odpierdol, nie chciał tym zamknąć ust swojej dziewczyny. W żadnym wypadku nie planował sugerować jej, że to byłaby metoda na to, żeby przestała mu truć dupę o to czy ją kocha i czy z nią już zawsze będzie jak to robiła znaczna część mężczyzn.
Po prostu dostrzegał w tym coś, czego mogła chcieć. I nawet jeśli on sam raczej tego aktywnie nie rozważał (jasne, zdecydowanie nie poprzedniego wieczoru; całe szczęście niespecjalnie to wszystko pamiętał) to, cholera, nie było mu to aż takie obce, żeby nie zadać tego pytania w przestrzeni, w której chyba powinno paść.
- Żebyśmy mieli jasność - dodał praktycznie od razu, powstrzymując ją gestem dłoni przed otwarciem ust i wyrzuceniem z siebie odpowiedzi - teraz ci się nie oświadczam. Pytam, czy to jest coś, czego chcesz. Teraz. Kilka lat później, żebyśmy byli na tej samej stopie - podkreślił obdarzając ją badawczym spojrzeniem i wyciągając rękę w jej kierunku. - Ma moitié, Rina, Geraldine, masz mi o tym mówić. Takie rzeczy - nawet jeśli bolały i ich nie rozumiał to rzutowały na wszystko.
A ich życie było już i tak cholernie skomplikowane.
- A czy możesz z nim żyć? - Spytał powoli przez zaciśnięte gardło, musiał spytać na głos.
To, że Geraldine zdawała sobie sprawę z ryzyka było jednym. Wszystkie inne konsekwencje miały swoje własne czy. Możliwe, że jej tego nie mówił. Nie po to, żeby wszystko ukrywać, lecz przez to, że nie czuł się na siłach (psychicznych ani tym bardziej fizycznych) wymieniać wszystkie rzeczy, o których powinna myśleć przy odpowiedzi.
Od tych najbardziej znanych i jasnych poprzez drobne elementy, małe szczegóły po daleko idące plany, o których nawet jeszcze nie rozmawiali, bo nie wybiegali tak daleko w przyszłość, ciesząc się tym, co mają i budując sobie życie w teraźniejszości.
A jednak to wszystko gdzieś tam było. Wszelkie konsekwencje. To rzutowało dalej i głębiej niż na obecne wydarzenia. To była stała część jego życia, której nie mógł już zmienić. Nie chciał. W dalszym ciągu nie zrezygnowałby z tego - to było w tym wszystkim najbardziej brutalną prawdą. Nie tylko nie był w stanie się wycofać, lecz po prostu nie zamierzał.
Lecz nie mówił dalej. Nie wnikał. Nie straszył jej swoimi ponurymi wizjami i myślami o tym, że w ich przypadku nic nie miało być normalne. Zmienił dla niej swoje podejście, wywrócił system wartości, nagiął światopogląd. Mieli niesamowite szczęście, że byli częścią tej samej grupy i społeczności, ale w innym wypadku nie wątpił, że też by to wszystko zrobił.
Nie mógł zrobić dla niej jedynie jednego.
- Wiem, że nie chcesz, Bruyère, wiem, że nie chcesz - stwierdził ciężko bardzo grobowo, posępnie i ponuro, nie dodając nic więcej.
Nie mógł obiecać, że nie skończy tak jak Farciarz. To znaczy - gdyby spróbował posiłkować się jakąś pokrętną logiką to mógłby obrócić kota do góry ogonem, żeby móc powiedzieć, że nie powtórzy losu Rosiera. Szczerze mówiąc trudno byłoby przecież o sytuację kropka w kropkę identyczną z tamtą, mogła być co najwyżej podobna.
Natomiast Ambroise wiedział, że to byłoby po prostu kłamstwo. Nieważne jak białe. To byłoby zaginanie rzeczywistości ponad jakąkolwiek normę, nawet jeśli te jego były naturalnie wyższe i dopuszczały więcej wybiegów i forteli. Nie mógłby spojrzeć prosto w oczy ukochanej kobiety i powiedzieć, że nie skończy jak William, mając na myśli to, że jego najpewniej nikt nie zakopie w odległym, gęstym lesie na niezaludnionych terenach.
Nie mógłby uciec się do takiego wykrętu. Nie był w stanie obiecać, że nic mu się nigdy nie stanie. Oboje zdawali sobie sprawę z tego jak to wygląda. Szczególnie teraz po tych kilku dniach. Więc Roise milczał. Milczał, bo nie mógł nic powiedzieć. Milczał, bo nie chciał jej dłużej ranić. Milczał zagryzając zęby, dopóki nie znalazł się inny temat, o którym mogli spróbować mówić.
- Nie przeginaj - instynktownie wywrócił oczami, ignorując spowodowane tym mdłości i zawroty głowy. - Poza tym to zalecenie medyczne. Masz je w notatkach. Ono tam jest. To i krótkie spódniczki - spróbował uśmiechnąć się pod nosem, jednocześnie bardzo świadomy tego, że nigdy nie pisał tam nic o takich rzeczach.
A mógłby, powinien to poprawić na wszelką okoliczność, natomiast we własnych zapiskach przygotowywanych dla siebie miał tendencję do szybkiego, zamaszystego i na tyle nieczytelnego pisma, że zdecydowanie mógł spróbować wmówić Geraldine, że to gdzieś tam było. Gdyby tylko chciał to zrobić, usiłując w dalszym ciągu rozluźniać atmosferę wraz z nią, bo przecież widział, że się starała.
Nie cierpiał się z nią kłócić. Tyle tylko, że miewał (no - miał) problemy z odpuszczeniem, zamknięciem mordy, przełknięciem goryczy zanim ta nakaże mu otworzyć usta i wylać z siebie falę trudnych, nieprzyjemnych słów. Starał się nie pękać, nie ziać goryczą ani chłodem, nie być żarliwy w tym, co mówił bez jakiegokolwiek zastanowienia.
Zakończenie ciężkiej dyskusji było zdecydowanie bardziej czasochłonne niż prowadzenie tego całego meczu na wysrywy, ale Roise nie chciał już dłużej rozmawiać o tym, co się stało i co mogło się stać. Byli tu razem. Wrócił. Z jej pomocą miał dojść do siebie, nawet jeśli ta konkretna rekonwalescencja miała być trudna.
Nie chciał słuchać kolejnych smutnych, zaniepokojonych, naznaczonych lękiem słów. Porównywać ich sytuacji do tego, co stało się z Rosierem, co oni z nim zrobili przykładając rękę do śmierci tego człowieka. Nawet z litości, to tak - przyczynili się do tego, że Farciarz nie wrócił do domu, jeśli go miał. Nikt poza nimi nie wiedział, co się stało z tym czarodziejem.
Jednak Ambroise nie chciał dłużej myśleć o tym, jak blisko było, aby dopadła go nagroda za tamtą sytuację. Jeszcze bardziej pragnął, żeby Geraldine o tym nie myślała, bo widok jej podkrążonych, zaczerwienionych oczu dosłownie łamał mu serce.
Była jego kobietą. Powinna wieść z nim szczęśliwe życie, bo przecież przyniósłby dla niej gwiazdkę z nieba, gdyby tylko odrobinę zbyt długo i tęsknie patrzyła na nocny nieboskłon.
Tymczasem jak do tej pory przytargał jej swoje poobijane, poszarpane, pokłute, ponacinane, pobite, chuj wie, jakie jeszcze cielsko i zwalił się jej wpierw pod prysznic a potem na łóżko. Tak, mógł się zasłaniać tym, że wrócił, ale w jakim świecie to miałoby wymazać wszystkie okoliczności i stan, w którym to zrobił. Bo chyba nie w ich.
Ich świat był skomplikowany, brudny, podstępny i ciemny. Poprzedniego wieczoru wypłynął na wierzch kożuch zgnilizny. Tej, która zawsze była wewnątrz. Nieważne jak starannie by sprzątali. Żadna ilość prób zatarcia tego mroku nie miała pomóc całkowicie pozbyć się smrodu zepsucia.
A jednak ta rozmowa - cholernie ciężka, ale jeszcze bardziej potrzebna, musiała mieć miejsce. Dzięki niej mogli chociaż sprawić, że w tym wszystkim nie będzie jeszcze rozkładu. Tak, mieli trupy we własnej szafie. Jednego wcisnęli tam wspólnie, inne były jego zasługą, o której nie chciał mówić. Jeszcze nie, nawet jeśli kiedyś powinien.
To nie był czas ani miejsce na takie rzeczy. Nie dotyczyły bezpośrednio tej sytuacji (ależ dotyczyły, po prostu to sobie wmawiał). To nie one mogły zacząć się rozkładać tylko to, co razem budowali przez lata. Greengrass tego nie chciał. Nie zamierzał się do tego w żadnym razie przyznawać, ale to była jedna z tych trzech rzeczy (jedynych rzeczy), których się bał.
Śmieszna sprawa? No niekoniecznie. W przeciągu kilku chwil wszystko uległo zmianie. Jeden dzień wystarczył, żeby pojawiło się coś nieoczekiwanego. Kilka miesięcy, żeby rozwinęło się bez kontroli. Parę lat, żeby czasami przytłaczało go swoją intensywnością. Tym bardziej, że miał świadomość, z czego to wszystko wynika.
Obawiał się trzech rzeczy. Wszystkie z nich dotyczyły ich domu, jego miłości, jego kobiety. Gdzieś tam w odległej przeszłości, jeśli tylko byłby w stanie to zobaczyć, jakiś inny Ambroise Greengrass właśnie spoglądał na niego z politowaniem. Unosił brwi, kląskał językiem o podniebienie, kierował wzrok ku niebu mówiący ależ przecież mówiłem ci, że tak będzie.
Patrzył wprost w zmęczone, przygaszone oczy swojej starszej wersji kurczowo obejmującej swoją dziewczynę, swój cały świat w ramionach. Wiedział, że kurewsko boli go przy tym całe ciało, że ranki się otwierają i szczypią, że ma posmak krwi w ustach, że rwą go mięśnie i kłuje go w przeponie.
Sam się o to prosiłeś, sentymentalny kretynie, bezmózgi błędny rycerzu, idioto, ignorancie, imbecylu, opętańcze. Na co ci to było? Przecież wiedzieliśmy, że tak będzie. Broniliśmy się tyle lat.
Tamten człowiek ział do niego niechęcią, pogardą, chciałby potrząsać nim raz za razem. Warczeć na niego, bo miał rację a jego starsza wersja ponosiła koszty nie tyle zejścia z obranej drogi, co całkowitego spierdolenia się w bok z tej ścieżki.
Z tym, że nie żałował. Nigdy tego nie żałował. Nawet wtedy, kiedy zaczynał mieć obawy i wyrzuty sumienia a ścisk jego zesztywniałych, ciężkich ramion stawał się mimowolnie silniejszy, jakby jeszcze chwilę i mógłby ją w nich zgnieść. Rzecz jasna tego nie robił, miał teraz co najwyżej ułamek swojej zwykłej siły (jeśli jeszcze nie mniej), po prostu przytulił Rinę do swojej rozgrzanej piersi, głaszcząc ją wolną dłonią po włosach i próbując niezaprzeczalnie, bezpardonowo być tym ckliwym debilem, uciekając od trudnych tematów. Przynajmniej na jakiś czas, bo przecież wcale ich nie zakończyli.
- Żecoprzepraszam - wydusił z siebie na jednym wydechu, mrugając kilkukrotnie, przy czym lekko przechylił głowę w prawą stronę (cholerna zesztywniała szyja ponownie zaczynała go boleć), dając jej tym samym do zrozumienia, że naprawdę nie wierzy w to, co właśnie przed chwilą dotarło do jego uszu.
No, do uszu na pewno. Pulsujący ból i dźwięk krwi przetaczającej się w ciele nie zmieniały faktu, że Ambroise jeszcze nie ogłuchł. Natomiast to, co powiedziała Geraldine momentalnie nakazało mu zakwestionować to, czy w ogóle jeszcze rozmawia ze swoją dziewczyną czy może już z powrotem majaczy i to wszystko po prostu mu się śni.
- Kucharzem, Rina, kucharzem?! - Mimowolnie wydobył z siebie bardzo cichy jęk, jednak tym razem wyłącznie po to, aby teatralnie podkreślić absurd tego, co mu właśnie zakomunikowała. - Już nawet nie skomentuję porównywania fartuchów do kitla i uzdrowicielskich szat, bo tak, Bruyère, w dalszym ciągu mamy dodatkowo naprawdę paskudne, tanio wyglądające szaty - całe szczęście dało się je podmienić na coś w tym samym kolorze, bardziej jakościowym materiale i o odrobinę lepszym, ale wciąż akceptowalnym przez zarząd, kroju, bo inaczej chyba wypiłby litr przypadkowego eliksiru a potem faktycznie rozważyłby zostanie tym tfu kucharzem, żeby tylko nie musieć tego na siebie codziennie wkładać.
- No po prostu nie - stwierdził jednakowoż od razu, drugi raz parskając. - Ustalmy sobie jedno: kucharzem jestem tylko w domu. Wyłącznie dla ciebie, tak? Nikt z zewnątrz nie musi wiedzieć, że zrobiłaś ze mnie kurę domową. To żenujące, żeby facet mojego pokroju, statusu krzątał się przy garach. Zamiast oddać to służbie. Skrzatom domowym - lekko pokręcił głową, obdarzając Geraldine wymownym spojrzeniem.
No jej nie zamierzał zmuszać do gotowania, ale z ich pozycją w magicznej hierarchii oboje powinni siedzieć z założonymi rękami i mieć wszystko podane przed nos. Wiele lat żył w ten sposób, bardzo nieczęsto wchodząc do własnej kuchni po coś więcej niż kawę, herbatę albo już przygotowane jedzenie.
W Whitby nie mogli mieć skrzatów domowych. Nie chciał zatrudniać gosposi, bo to chyba nie był standard wśród mugoli. Nie, żeby Ambroise się takimi przejmował, ale dodatkowo ktoś pojawiłby się w ich prywatnej przestrzeni. Obca osoba - to było niedopuszczalne. Jedzenie cały czas czegoś na wynos było męczące, więc przyjął tę rolę i gotował.
Jednakże wyłącznie w domu. Wyłącznie w świadomości swojej i Riny. Nikogo innego. Przecież cholernie by go wyśmiano. Byłby uznany za pantoflarza. Kurkę domową, gosposię z kitką i w fartuszku. Dostałby setki żartów o tym, że pomiędzy robieniem obiadków dla swojej Pani, pewnie popierdala po domu z miotełką do kurzu i w zielonych pantoflach z pomponem z futerka na niskim obcasiku.
Nie.
Na zewnątrz był człowiekiem z wyższej klasy. Poważnym, szanowanym mężczyzną. Twardym człowiekiem szanującym tradycję, wyznającym klasyczne postawy wobec praktycznie wszystkich aspektów życia. Wystarczyło, że oboje wiedzą jak to wygląda wewnątrz czterech ścian. Poza domem cenił sobie trzymanie fasady.
- Powinienem uprzedzić w szpitalu, że moja kobieta jest światłym wirusologiem w trakcie wieloletnich badań nad chorobami zakaźnymi, ale niestety - nie zrobił tego, więc tylko westchnął. - No cóż - skwitował, bo przecież nie mogli nic z tym zrobić.
Nie mówiąc już o tym, że ludzie ze szpitala naprawdę nie byli idiotami a oni też nigdy nie próbowali kryć się z tym, że sobą są. Tożsamość życiowej partnerki Greengrassa była raczej powszechnie znana. Nikt nie uwierzyłby w podobną bujdę, nawet jeśli byłaby całkiem zabawna.
Jednakże to nie miało znaczenia, skoro wreszcie mieli jakieś względnie sensowne wytłumaczenie jego nieobecności. Nagłą chorobę zakaźną, dzięki której mógł jeszcze dochodzić do siebie w domu bez obaw, że ktoś zapragnie zweryfikować jego stan zdrowia. Poza tym w Mungu zdecydowanie mu ufano, więc miał trochę lepszą sytuację niż przypadkowa osoba na jego miejscu.
To nie o szpital musiał się martwić. W szpitalu mu ufano, ale w domu?
- Nie chcę cię krzywdzić. Nie wątp w to. We mnie, w nas - to był pomruk na granicy świadomości, cichy, miękki szept, ciepły jak promienie słoneczne przebijające się do pomieszczenia przez zasłony.
Sam nie wiedział kiedy usnął, przez ten cały czas gładząc palcami włosy Geraldine, przesuwając je na jej policzek i sycąc się odzyskiwanym spokojem.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down