• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas

[okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#15
17.11.2024, 21:52  ✶  
- Co mogę rzec. Nie jestem pierwszą lepszą łatwą damą. Oczywiście, że trzeba mnie najpierw odpowiednio adorować, kupować mi kwiaty i obdarzać pięknymi słówkami, ewentualnie postrzelić z kuszy - parsknął rozbawiony tą pierwszą częścią wizji, bo nie mógł chyba bardziej popłynąć.
Nie przy tym, z jakiego podejścia do romansów był znany. Nie przy byciu lwem salonowym, wieloletnim czarusiem i bawidamkiem. No za cholerę nie powiedziałby, że wystarczy użyć bardziej niekonwencjonalnych metod i po prostu potraktować strzałę miłości dosłownie, żeby wmanewrować go w latanie za kimś z językiem wywieszonym na wierzchu.
Tu całe szczęście już bez dosłowności, ale tak - bez wątpienia dał się wciągnąć w... ...nieco narcystyczne?... ...nie, nie, w żadnym razie... ...związanie się z damską wersją siebie, co jakoś trudno było mu w tym wszystkim zauważyć. Może na szczęście?
Tak właściwie to był szczęśliwy. Szczęśliwszy niż mógłby kiedykolwiek założyć. Co prawda byłby jeszcze weselszy, gdyby nie ta noga, ale cóż. Nie można było mieć wszystkiego. To znaczy - można było. Najwidoczniej można było, zwracając się do odpowiednich osób po takie trudne do wypowiedzenia słowo jak pomoc.
- Chyba obaj mamy wobec tego olbrzymiego farta, bo moja dupa, swoją drogą wcale nie taka znowu nieatrakcyjna, jeszcze czego, może pozostać sprawą moją i mojej kobiety - parsknął cicho, unosząc wzrok w kierunku sufitu i kręcąc głową z niedowierzaniem. - To noga. Nad kolanem, ale jeszcze na udzie. Na samym dole uda. Cholera prawie wbiła mi się w tętnicę - cóż i w tym nieszczęściu miał trochę szczęścia. - Wrażenie? Nie wiem czy było inne od standardowego postrzału, bo nikt mnie kur...czę nigdy wcześniej nie postrzelił. Piekło, rwało, pulsowało, bolało jak sam skur...czybyczek. Potem jeszcze tam na miejscu doszło do tego coś w rodzaju halucynacji? Innego mentalnego mumbo jumbo? Nagłe obezwładnienie. Wszystkie zmysły stały się... ...hm... ...stępione?... ...a to wszystko wokół wydawało się jakby... ...odległe i zamglone? Ale to najpewniej był szok. Utrata krwi. No, wyszliśmy stamtąd jakoś. Teleportacja w tym stanie, nawet łączna była naprawdę jak... ...wiadomy narząd, wiadomo gdzie... ...ale jakoś to poszło. Gorzej zrobiło się dopiero po pewnym czasie. Praktycznie wtedy, kiedy rana się zamknęła. To jest... ...widmowe wrażenie, jakby zranienie wykraczało poza fizyczny wymiar, rozumiesz, o co mi chodzi? Tego tam już nie ma, ale w jakimś... ...wymiarze?... ...jednocześnie dalej jest - Dla niego to miało sens, zmarszczył brwi, pokręcił głową.
To było pokręcone. Chujowe i pokręcone.
- Kusza? Stara, ciemnobrązowa, pordzewiałe, wykrzywione gów... ...smocze łajno. To coś... ...cięgno?... ...cięciwa?... ...cholerna nitka... ...była dziwna. Trochę wyglądała jak posplatane ze sobą włosy, ale jakby bardziej. Jakby jednocześnie było ich wiele, ale jeden, zlany ze sobą - kurew, chętnie nazwałby to kurwiem, gdyby nie usiłował pilnować się przy dziecku.
- A bełt zniknął - rozłożył ręce, jakby mógł zrobić puff! przy pomocy zaledwie tego jednego gestu. - Po prostu w jednej chwili był, został wyrwany... ...tak, wiem, że to chujowy pomysł, zwłaszcza u uzdrowiciela, ale nie zrobiłem tego świadomie... ...a w drugiej nigdzie go nie było. Ani tego, ani żadnego innego - stwierdził zgodnie z faktycznym stanem rzeczy.
Może nie łaził ani nie utykał w pilnych próbach poszukiwania, ale zdecydowanie nie było obok niczego takiego. Poza tym nie chcieli tam zbyt długo zostawać i nigdy jakoś nie palili się do powrotu, więc niewiele więcej dało się powiedzieć. Przynajmniej z jego perspektywy...
...ale przecież rozmawiał z ekspertem, czyż nie?
Wymiana doświadczeń i wiedzy była tu naturalna.
Choć najchętniej powiedziałby po prostu kusza jak kusza, bo przecież nie był fascynatem broni. Za cholerę nie znał się na tym czy coś w niej było wyjątkowego, czy nie. Poza tym, że ewidentnie była nawiedzona, opętana czy tam przeklęta - jeden pies.
Choć bez wątpienia przyniosła więcej zalet niż wad, nawet jeśli wolałby, żeby tych drugich wcale nie było lub był w stanie faktycznie się ich pozbyć. Wtedy wszystko byłoby nieoczekiwanie naprawdę dobrze.
- Trzy? Ja mam na dziesięć - parsknął, oczywiście, że zamierzając wielokrotnie przebić jakąkolwiek liczbę, jaka padła. - Dziesięć i pół. Te pół to już na okazję, jeśli kiedykolwiek postanowisz sprawić sobie własną Mabel - co prawda nie wyglądało na to, żeby na tym polu coś miało ulec jakimkolwiek zmianom, ale skoro już mówili o takich absurdach jak rychłe śluby to mogli zacząć wpychać w to dodatkowe nonsense.
Nawet takie całkowicie tam nie pasujące. Szczególnie takie całkowicie tam nie pasujące.
- Ta choinkowa błyskotka to dla Nory na święta? Żeby mogła wygodniej ciągać cię za ucho? - Spytał z szerszym uśmiechem.
Tym zabawniej im trudniej było mu wyobrazić sobie tę sytuację, choćby z uwagi na różnice we wzroście pomiędzy Thomasem a jego siostrą. Nawet na tych jej absurdalnych szpilkach. Już między Greengrassem a Norą ta różnica wyglądała zabawnie, zaś Figg był od niego wyższy. Co prawda raptem o centymetr, czyli wcale, ale burza włosów robiła swoje i w zestawieniu z Norą jego kumpel wyglądał, piękne określenie, rozczulająco.
- Dobrze to słyszeć - stwierdził, przytakując kiwnięciem głowy, bo przecież komu należało ufać, jeśli nie bliskim.
Ci nie bez powodu byli w tym gronie. Jeśli Thomas by im nie ufał to coś byłoby mocno nie tak i należałoby kwestionować naprawdę wiele rzeczy.
- Zatem wszystko będzie właściwie. Wszyscy będą podejrzewać cię o zaawansowany alkoholizm, nikt o bycie eliksiralnym preppersem - stwierdził luźno, tym bardziej, że w żadnym wypadku nie wyobrażał sobie Figga w roli kogoś, kto pozyskiwał i chomikował eliksiry na niemalże każdą okazję.
To on. On był tym pojebem z połową apteki... ...no dobrze: niemalże z całą apteką w domu i jeszcze sporym składzikiem w mieszkaniu, bo po pierwsze kto bogatemu zabroni, po drugie taka była specyfika jego zawodu, natomiast po trzecie przy ilości sytuacji, w które sam ładował się przez lata dosyć trudno byłoby nie dostrzegać konieczności uzbrojenia się w środki medyczne na różne okazje.
A odkąd nie był już sam, tylko miał tego swojego porywczego, polującego narwańca to tym bardziej. Wątpił, by były dni, kiedy wychodziła z domu i wracała bez jakiegokolwiek obtarcia, rozcięcia czy czegokolwiek, co należało obejrzeć i opatrzeć albo chociaż zdezynfekować. No, ale takie już było życie z kimś, kto nie umiał usiedzieć pięć minut w jednym miejscu.
- Myślę, że obaj doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, co Nora zrobiłaby w takiej sytuacji. Z całą swoją sympatią i rodzinnością w stosunku do mnie, jeśli chodzi o twoje występki to może nawet byłaby zła, ale przymknęłaby oko - wzruszył ramionami, nawet nie czuł się z tym jakoś specjalnie urażony, bo on również zrobiłby coś takiego dla Roselyn, gdyby zaistniała podobna okoliczność.
Tak właściwie to nie tylko dla Roselyn, bo dla każdego, kto był mu bardzo bliski (całe szczęście dla nielicznych) i może nie do końca przymknąłby oko, bo raczej nie był tego typu osobą. Prędzej wszedłby do pomieszczenia, ogarnął je spojrzeniem, poczuł coś konkretnego zależnie od tego, kim byłaby zamordowana osoba. Zdecydowanie pogniewałby się, gdyby to był jego przyjaciel i mieliby spinę; z kimkolwiek innym pewnie przyjąłby to jako konieczność sytuacyjną.
Natomiast ostatecznie zebrałby wszelkie konieczne przedmioty. Złapałby za worki, ścierki, łopaty, inne eliksiry przyspieszające rozkład materii organicznej. Raczej z pominięciem różdżki w wypadku czegoś tak dyskretnego, przy czym magia mogłaby być wyczuwalna i wprost krzyczeć do przedstawicieli władzy.
Później zabraliby problem w jakieś właściwe miejsce, żeby się go ostatecznie pozbyć. Znalazłby nawet kilka całkiem odpowiednich krzaków do posadzenia w miejscu pozbycia się zwłok, żeby wszystko wyglądało idealnie, zgodnie ze stanem naturalnym w danym środowisku. No, po prostu klasa i standardy same w sobie.
Mógł tak myśleć, niekoniecznie mógł tak mówić, bo przecież miał okazję przekonać się o swoich sposobach postępowania z nieoczekiwanie pozyskanymi zwłokami.
Gdzieś tam w odległym gęstym lesie wśród krzewów jeżyn spoczywał już całkiem poważnie rozkładający się przemytnik z Nokturnu, który na początku sześćdziesiątego piątego zakończył swoje życie w pokoju na piętrze Białego Wiwerna.
William Billy Farciarz Rosier miał wyjątkowego niefarta nawet po śmierci, stając się brudnym sekretem pozostawionym głęboko w puszczy, w której nie świergotały o nim nawet ptaki ani nie szumiały liście. Zniknął, wyparował, nikt otwarcie go nie szukał. Zbrodnia z przypadku, tak właściwie z konieczności, może nawet z dobroci serca, bo został dobity, nie zabity z premedytacją, by ukrócić jego męki.
Tak czy inaczej, wciąż zginął. O ironio, będąc dokładnie tym zabitym posłańcem, który nie powinien ginąć, bo to nie były jego konflikty. On robił wyłącznie interesy. Na nieszczęście marne, nieprzemyślane.
Poniekąd był jednak również dowodem na to, że Greengrass potrafił sobie poradzić w sytuacji, która wymagała odsunięcia wyrzutów sumienia na bok i załatwienia trudnej sprawy. Szczególnie dla osób, na których mu zależało. Dla nich był w stanie ubabrać się po pas w smoczym łajnie, o ile tylko chciały mu zawierzyć i podzielić się tym, co się stało.
Nie wymagał wielu informacji. Był w stanie przyjąć zwykłe pomocy, ewentualnie bardziej rozwinięty zalążek planu trzeba go stąd zabrać i pozbyć się śladów. Nie zadawał miliarda pytań. To nie było w jego stylu. Głównie liczyło się jedno: jak bardzo jest źle? Zaś potem drugie: jak szybko, ile możemy mieć czasu?
Gdyby dowiedział się, że jakiś skurwysyn zrobił coś Norze wbrew jej woli, zmanipulował ją w jakiś naprawdę wstrętny sposób, wymusił coś na niej, wystawił ją na coś więcej niż wyłącznie złamanie kruchego serduszka...
...lekko i gładko mówiąc, nie tylko Billy Farciarz miałby wyjątkowego niefarta w związku ze spotkaniem go w swoim życiu.
To, że nie chciała o niczym mówić, jedynie smutno się uśmiechała, machała ręką, zmieniała temat, cały komplet różnorodnych reakcji pozwalał mu sądzić, że nie było konieczności poważniejszej interwencji, natomiast bez wątpienia miał swoje mocno wyrobione zdanie o tamtym człowieku. Nawet jeśli najpewniej go nie znał.
- To zależy. Jeśli tym kijem jest różdżką - zasugerował, unosząc brwi i wzruszając ramionami, choć wzrok nadal miał zamyślony a minę świadczącą o tym, że myśl o tym jak wyglądała ta sytuacja w dalszym ciągu była dla niego co najmniej niesmaczna, nieprzyjemna, niewłaściwa.
Brak brania odpowiedzialności za swoje uczynki, jakkolwiek fatalne i kwestionowalne były, był dla Greengrassa czymś naprawdę godnym pożałowania. To nie tak, że sam ochoczo brał na klatę całe gówno, jakie stanowiło pokłosie jego chujowych, często porywczych posunięć. Nie był czarodziejem z Arabii, nie rajcowały go takie rzeczy.
Natomiast wyznawał zasadę myślenia o tym, w co się ładuje i podejmowania decyzji o tym, czy należy przemyśleć wszystkie za i przeciw, czy może nie ma na to czasu i należy zadziałać szybko w jedną bądź w drugą stronę. A wtedy pogodzić się z tym, co może się stać, gdy plan nie jest przemyślany.
Często tłumaczył przed sobą swoje motywacje. Ślizgał się jak węgorz znajdując wyjaśnienie, którego mógłby użyć w swoim wewnętrznym przeżyciu. Niespecjalnie wybierał dopuszczanie do siebie, że może być po prostu nie do końca racjonalnym i opanowanym człowiekiem. Wbrew temu, za którego usiłował uchodzić.
Natomiast, gdy przychodziło co do czego i wszystkie karty musiały trafić na stół, był w stanie je tam wyłożyć. Nie bez oporów, nie bez kombinowania, ale potrafił mieć odwagę cywilną. Zresztą nigdy nie twierdził, że jest kimś krystalicznie czystym. Wręcz przeciwnie. O ile dla najbliższych starał się jak najmocniej. O tyle dla wielu innych bywał fatalny.
Wobec swojaków miał trochę luźniejsze podejście. Bardziej przymykał oko na ich zachowania, słowa i uczynki. Traktował ich niezaprzeczalnie faworyzująco, choć to nie znaczyło, że zawsze z taryfą ulgową. Miał wysokie standardy wobec siebie samego i wobec nich również - głównie przez to, że nie chciał, by robili głupoty, których on sam by nie zrobił.
- Oj to akurat mógł być jeden z powodów tego wcześniejszego postrzału - mrugnął z nieznacznym rozbawieniem, pokazując górny rząd zębów. - Powiedzmy, że nie zawsze było między nami cukierkowo. Możliwe, że raz czy dwa, ewentualnie dwanaście wymsknęło mi się coś o niesamowitej głupocie poszukiwaczy przygód - przyznał, rozkładając ręce: no co?
Nie miał w zwyczaju być nieszczery, kiedy sytuacja nie wymagała miarkowania się. A w niektórych wypadkach to już po prostu nie był w stanie trzymać języka za zębami i ust zamkniętych. Szczególnie, jeśli sytuacja nosiła od cholery znamion kompletnego absurdu i dało się ich uniknąć, gdyby tylko ta druga osoba (ta, która się w to wszystko władowała) pomyślała przez chwilę albo poprosiła o wsparcie.
Czego sam Ambroise nie robił zbyt często. Szczególnie nie prosił o pomoc, co zostało mu zasugerowane nawet tego wieczoru, no ale. Hipokryzja była w nim silna, co również niespecjalnie dostrzegał (bo nie chciał).
Tak właściwie to, co mówił Thomas było...
...logiczne i nie do podważenia. Co śmieszne, łączyło w sobie te dwa wcześniej wspomniane elementy. Poprzez brak poproszenia o oficjalną pomoc w szpitalu, tamci ludzie wykazywali się wyjątkową skłonnością do myślenia. I to nawet perspektywicznego.
- Tak właściwie to faktycznie. Mamy obowiązek informowania odpowiednich organów za każdym razem, gdy trafi do nas ktoś podejrzany albo sama sprawa trochę zbyt mocno śmierdzi - przyznał z powolnym kiwnięciem głowy; niespecjalnie mu się to podobało, ale reguły były regułami. - Niestety nie ma takich miejsc. Nawet na Nokturnie - wzruszył ramionami nie precyzując, co on właściwie mógł wiedzieć o ochronie zdrowia funkcjonującej w miejscu, gdzie zdrowie się raczej traci i to bardzo szybko, tak jak portfel, zęby a nawet życie. - Natomiast od czego jest prywatna posługa uzdrowicielska - oczywiście, o ile kogoś było stać na coś takiego, bo to zazwyczaj nie były tanie rzeczy.
Sam od lat świadczył podobne usługi, więc dosyć dobrze orientował się w tym, że większości osób parających się pokątnymi sprawkami w żadnym razie nie było stać na prywatne usługi medyczne. A jeśli już tak to raczej takie u konowałów, domorosłych uzdrowicieli, medycznych szarlatanów i ludzi o raczej niezbyt dobrych ani nie nazbyt skutecznych metodach.
Wbrew pozorom występek nie przynosił olbrzymiej fortuny. Przynajmniej nie większości osób ani nie od razu. To była raczej wprost przeciwna spirala w dół. Długi - czy to fizyczne, czy to znacznie gorsze, bo wdzięczności. Przekręty, tajemnice, sekrety mogące wypłynąć i zniszczyć starannie budowane życia, na momencie pozbawić dorobionej się fortuny. Nic dziwnego, że tacy ludzie często woleli zwiać ze szpitala i udać się do szarlatana zamiast zaryzykować dla własnego zdrowia. Bezpieczeństwo interesów często było ważniejsze od wyleczenia doznanych obrażeń.
- Nieee - zmrużył oczy, no to zabrzmiało absurdalnie i raczej niezgodnie z tym, co byłoby najbardziej logiczne i wskazane. - Sugeruję raczej jak najszybsze pozbycie się zwłok i oficjalne wysłanie mnie na jedną z tych twoich zagranicznych misji - stwierdził kwitując to wzruszeniem ramion, jakby wcale nie dawał rad, co zrobić w przypadku konieczności zamordowania go.
Rzecz jasna mogli mieć trochę zabawy z podrobieniem jego wyśmienitego lekarskiego pisma, żeby odbębnić kilka listów w odpowiednie miejsca, a i z pozbyciem się ciała mogli mieć pewien problem, bo Ambroise był postawy młodego tura - wysoki i ciężki, zresztą jak na wieloletniego sportowca przystało. Natomiast szczerze w nich wierzył. Mogli sobie poradzić.
- Poza tym w domu mamy od cholery eliksirów, których moglibyście użyć, żeby się z tego wywinąć. Tylko jeśli już to w beczce z odpowiedniego tworzywa a nie w cholernej ceramicznej lub, co gorsza, metalowej emaliowanej wannie - uprzedził, bo tak - warto było nie musieć mierzyć się z zarwanym sufitem i masą syfu dookoła na podłodze, szczególnie w mieszkaniu sąsiadów pod spodem; we własnej piwnicy również nie, bo krew i tkanki słabo czyściło się z klepiska, nawet przy wykorzystaniu różdżki.
Mógłby nawet wypić za powodzenie tej misji, bo czemu nie. Tylko byleby nie wino, bo cholernie nie przepadał za winem. Rzecz jasna pijał je w razie potrzeby, ale raczej nie był wybitnym koneserem. Miesiące bez ognistej, cydrów albo nalewek czy ziołowych likierów były nie do pomyślenia. Aż mimowolnie się skrzywił.
- Nic dziwnego, że czarodzieje stamtąd są tacy dziwni i nadmiernie wyszczerzeni. Morda też by mi się permanentnie wykrzywiła, gdybym musiał dzień w dzień pić jakieś kwaśne szczyny - skwitował parsknięciem, ciesząc się wewnętrznie, że mogli już sobie darować trzymanie języka za zębami i miarkowanie się w niekoniecznie ładnych, ale doskonale dosadnych i pasujących określeniach.
Nie to, że nie potrafił być ze wszech miar kulturalny i uprzejmy. Po prostu nie zawsze miał ku temu chęć. Czasami potrzebował być po prostu tą niereformowalnie bezpardonową wersją.
- Rozumiem, że zabierasz ze sobą trochę przy powrocie? - Spytał, unosząc szklaneczkę I racząc się płynem.
Co prawda nie miał pojęcia jak to wyglądało od strony praktycznej czy formalnej. Jak podchodzono do tego przy przekraczaniu granic. I czy w ogóle jakkolwiek do tego podchodzono. Natomiast on zdecydowanie postarałby się zaopatrzyć w jak największą ilość czegoś zdatnego do picia, aby móc się tym raczyć zamiast sączyć jakieś paskudztwo. Ich lokalne wyroby nie miały sobie lepszych.
- A to nie jest tak, że niektórzy martwi skurwiole nawet po śmierci chętnie zostawiają po sobie jakiś syf mający pojawić się po zdjęciu wcześniejszego syfu? Tak dla zasady? - To był całkiem ciekawy temat, prawdę mówiąc. - Nie, żeby coś, ale na ich miejscu dla samej zasady zostawiłbym po sobie kilka niespodzianek, coby nawet zza grobu mieć ostatnie słowo - wzruszył ramionami, nieznacznie wydymając wargi, bo tak - co prawda nie mówił, że ma jakieś ciągoty do rzucania klątw (bo nie miał, interesowała go inna część wspomnianej dziedziny magii), ale to wydawało mu się najlepszym posunięciem z perspektywy kogoś, kto zakładał te wszystkie zabezpieczenia bądź rzucał parszywe czary.
Cóż, mógł spodziewać się kolejnej odpowiedzi, którą uzyskał. Nie to, żeby go to satysfakcjonowało, no ale.
- Powiedziałbym, że to może od spożywanych procentów widzę coś, czego nie ma, ale nie pijemy spirytu - stwierdził powoli, nadając głosowi całkiem lekki ton i niewymuszoną barwę, ale w dalszym ciągu łypiąc na Thomasa bez większego przekonania. - Rozumiem - mimo to skinął głową. - Natomiast, jeśli kiedykolwiek ta stara bieda stanie się czymkolwiek, czym można byłoby się martwić to wiesz, gdzie mnie znaleźć i że nie będę pytać, jeśli to nie będzie konieczne - ani oceniać, ale to chyba było stosunkowo jasne, bo w przypadkach, w których należało faktycznie wstrzymać się przed osądami, rzeczywiście to robił.
- Nie ma sytuacji nie do rozwiązania - powtórzył sam po sobie, tym razem darując sobie tę część o marnych wymówkach i zamiast tego unosząc szklaneczkę w luźnym toaście. W końcu wszystko było okay, tak? - Jest tylko zbyt mała ilość alkoholu - stwierdził, racząc się cydrem.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (12304), Thomas Figg (7872)




Wiadomości w tym wątku
[okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 28.09.2024, 21:18
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Thomas Figg - 30.09.2024, 01:58
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 30.09.2024, 17:53
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Thomas Figg - 02.10.2024, 15:13
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 02.10.2024, 23:01
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Thomas Figg - 03.10.2024, 20:00
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 05.10.2024, 02:08
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Thomas Figg - 06.10.2024, 03:08
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.10.2024, 05:54
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Thomas Figg - 06.10.2024, 23:26
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 10.10.2024, 02:44
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Thomas Figg - 14.10.2024, 01:59
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 18.10.2024, 16:39
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Thomas Figg - 20.10.2024, 05:14
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 17.11.2024, 21:52
RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - przez Thomas Figg - 25.11.2024, 04:45

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa