– No i? – był w tym jakiś związek? Bo ona go nie dostrzegała – znaczy, doskonale wiedziała, że do bronienia samego siebie nie trzeba żadnych uprawnień. I była pewna, że Sauriel też o tym wie… – Kilka razy na szkoleniu aurorskim, ale w zasadzie byłam tylko zeznawać, to były szybkie akcje przynajmniej z mojej strony. Nie byłam żanym kluczowym świadkiem ani coś takiego – ledwie aurorem na szkoleniu, bo odkąd zdała egzaminy to jej się nie zdarzyło trafić na salę sądową. Śledztwa, w których obecnie brała udział, same ciągnęły się i ciągnęły… Nie chciała za to myśleć o tym, co Sauriel robił, że otrzymał ten cholerny tatuaż. Tatuaż, który mógłby zdradzić zbyt wiele… I który powinien mieć możliwość jakoś ukrywać przed światem. Ta myśl kiełkowała w niej od jakiegoś czasu, dojrzewając do tego, by w końcu zrobić dla niego maść, która mogłaby się dopasować kolorem do jego skóry i ukryć ten cholerny znak. Tak, ją też mogliby pewnie skazać za ukrywanie Śmierciożercy. …no i? Musieliby to najpierw wykryć; ją, jego. Nie zamierzała do tego dopuścić.
– Ooooch – wyrwało się z jej ust mimowolnie, gdy uniosła niemal kocio-proszące spojrzenie na Sauriela. Naprawdę się cieszył, że ją widział? Rzadko to w tak oczywisty sposób okazywał, ale jego słowa były śmiałe i nie widziała teraz tego cwaniackiego uśmieszku. Zrobiło jej się ciepło na sercu, nawet nie poczuła, kiedy usta wygięły się lekko w górę. Jeszcze niedawno była święcie przekonana, że jest niechciana, ale wszystko zmieniło się o 180 stopni. Co się właściwie stało? Coś w nim pękło? To przez to wyjście na słońce? Cokolwiek to było – było kochane, jakby otulał ją najmiększy i majmilszy kocyk, a były to jedynie słowa wypowiadane przez na co dzień wulgarnego Sauriela. – Mówiłam ci kiedyś, że jesteś słodki – przypomniała i oparła brodę na dłoni, zapatrzona w niego jak w obrazek, który widziała pierwszy raz w życiu. Taki obrazek, który bardzo jej się podobał. I zresztą niewiele się to zmieniło, kiedy przysunął do niej pudełeczko, a ona jak to niecierpliwe dziecko, szybciutko się do niego dobrała, odpakowując. W takich momentach można było zapomnieć, że to przecież poważna pani auror, wprawny oklumenta umiejący ukrywać swoje emocje przed ludźmi, bo one wszystkie były wypisane na jej twarzy: radość, ciekawość, niecierpliwość i ekscytacja. Bo prezent. Victoria była naprawdę banalnie prosta w obsłudze.
A potem wydała z siebie jakiś dziwaczny dźwięk, ni to chrumknięcie, ni to parsknięcie, kiedy usłyszała teorię o czerwonym mięsie i odchyliła się na krześle.
– To jakiś mugol, nie? To na pewno był mugol, tylko oni wymyślają takie bzdury – czy była uprzedzona? A i owszem, ale nie była to chyba żadna tajemnica. – Chyba nigdy nie widział kaczek, a one nie jedzą przecież czerwonego mięsa. Myślę, że powinien sobie pooglądać kaczki, tak – stwierdziła jak gdyby nigdy nic i zajrzała do tej podsuniętej miseczki, w której jednak nie było kocich chrupków. A potem zmierzyła Sauriela Wymownym Spojrzeniem, jednym z serii piorunujących. Na serio chciał to jeść?
Swoją drogą, ciekawe jak wyglądałby w wąsie? Nie to, że podobali jej się faceci z wąsami, bo nie, ale kiedy tak o tym powiedział, to aż próbowała to sobie wyobrazić.
Zaraz wyłowiła pierwszego cukierka, którego obejrzała sobie z zainteresowaniem z bliska, jego dziwną konsystencję i wpakowała sobie ot tak do buzi.
– Ojej, ostre – stwierdziła, zdziwiona, żując żelko-cukierka. Lekko zmarszczyła brwi i mruknęła coś pod nosem, potem zmrużyła oczy. – Ale śmieszny! – ale nie wyglądała przy tym na rozczarowaną. – Dziękuję! – i zaraz przytuliła do siebie pudełko jak małe dziecko misia. – Nie wiedziałam, że masz takie upodobania – kuliste. Zresztą była pewna, że jej jako kuli nie będzie do twarzy.
– Dobrze być w domu – Victoria na moment przymknęła oczy i poprawiła chustę, która opadła jej lekko z ramion. – Zdziwiłam się, że tu jesteś o tej porze, ale to tym bardziej miłe. Dość mam zresztą już chyba wycieczek na kolejne kilka miesięcy. Chyba się nie polubiłam z egipskimi czarodziejami – westchnęła cicho i uśmiechnęła się do Sauriela.