18.11.2024, 01:38 ✶
- Charlie. – Skinął głową, nawet jeśli nie potrzebowała potwierdzenia. Ale nie o jej bracie chciał rozmawiać. Nie, gdy miał przy sobie prawdziwą perełkę tej podrzędnej rodziny. Może mógł przymknąć oko na to jak żałosna wydawała się krew czarownicy. Czy i ona była zrodzona z Malfoy'ówny, którą sprzedano jak ostatnią dziwkę, miast oddać któremuś rzeczywiście godnego jej genów?
Wyciągnął powoli dłoń w jej stronę. Ujął podbródek dziewczyny, unosząc jej głowę ku miękkiemu światłu w łazience; pozwalając ciepłu rozlać się w bladych tęczówkach, zmieszać z ich chłodnym błękitem. Mogła poczuć chłód sygnetu rodowego, tkwiącego na palcu Baldwina. Chropowatość długiej, ciągnącej się przez całe wnętrze dłoni blizny.
- Musisz śnić niezwykłe sny.- Mruknął przyglądając się wszystkiemu wyjątkowo uważnie. Chciał je zobaczyć na własne oczy, a cichy głosik w głowie podpowiadał, że przecież może. Wystarczyła odrobina chęci. Jedno proste zaklęcie. Jeden ruch wahadełka. Tak niewiele, by podświadomość dziewczęcia stała się jego nowym płótnem. Ostrożnie odłożył opatuloną w ręcznik Rozalindę na bok. Było coś wyjątkowo w takich krótkich, obdartych z fałszu i patosu, momentach.
Wysłuchał historii o zmarłej mentorce, ale widząc tą chwilę zawahania postanowił dalej nie drążyć tematu. Uznał za to za uczciwe, żeby jej odpowiedzieć. Opowieść za opowieść.
- Jestem stąd. W sumie to z Oxfordu. To całkiem niedaleko stąd.- Przechylił lekko głowę.- Moi rodzice jak zbawienia wyczekują dnia kiedy ktoś im powie, że zdechłem zapity w jakimś rowie na Nokturnie, więc no cóż... wspólne mieszkanie raczej odpada. - Odpowiedział lekkim tonem jakby mówił o pogodzie, przy czym wzruszył lekko ramionami.
To była historia stara jak świat. O niesfornym dziedzicu, który zajrzał zbyt głęboko w mętne wody czarnej magii. Który poprosił o zbyt wiele, pragnąc tak naprawdę tylko tego co mu się zwyczajnie należało; tego czego pragnęli od niego Bogowie. O dziecku, które pewnego dnia w kłótni wyszło trzaskając za sobą drzwiami; dziecku, od którego oczekiwano powrotu z podkulonym ogonem jak na syna marnotrawnego przystało.
Wrócił myślami do jej słów o zazdrości. Chciał dać odpowiedź, nawet jeśli ta nie była satysfakcjonująca. Bo Baldwin nie zamierzał jej okłamywać. Nie zamierzał twierdzić, że to wszystko to tylko praca, a po przedstawieniach to on z koleżankami chodzi na kremowe piwo. Nie liczył jak często gościł je w swoim łóżku, gdy odbierał to czego pozbawił go dramaturg; gdy dopisywał własne zakończenie. Sztuka rządziła się swoimi prawami, nienawidząc konwenansów i zasznurowanych obyczajów.
Dłoń, która dotychczas czule muskała jej policzek, zsunęła się odrobinę niżej. Zresztą wraz za nią powędrowało jego spojrzenie. Upajał się wizją zielonkawo-fioletowych siniaków na tej bladej skórze. Jego własnej pieczęci.
- Zapytałem Ciebie, bo twojej odpowiedzi byłem ciekaw.- Stwierdził, pozwalając ciszy zapaść między nimi na kilka, ciągnących się w nieskończoność sekund.
- A co jeśli Ci powiem, że pamiętam każdy jeden pocałunek wymieniony na scenie, każdą łzę uronioną ku uciesze tłumu?- Zapytał spokojnie.- Każdy. Jeden. Oddech.- Docisnął delikatnie kciuk do zgłębienia, gdzie mostek łączy się z szyją. Na tyle delikatnie by bez przeszkód mogła oddychać, na tyle stanowczo by poczuła ucisk, może lekki dyskomfort. Zaraz jednak odsunął palce. Cofnął rękę, bacznie obserwując czy spróbuje się zbliżyć wbrew naturalnym instynktom. Czy rzeczywiście to cielątko zdechło, zastąpione czymś zupełnie innym.- Co jeśli ci powiem, że nie jesteś pierwszą, która pije moje whisky? Pewnie nie jesteś też ostatnią. Tak jak ja nie jestem ostatnim dla Ciebie.- Zaśmiał się krótko. To mógł być prosty, uczciwy układ jeśli tylko by tego chciała.- Masz rację. Stajemy się nimi. Na tych kilka ulotnych chwil. Wypowiadamy słowa. Wymieniamy pocałunki i łzy. Ale to nie są nasze słowa. Nie nasze gesty. To niewiele warte wyznania spisane przed wiekami przez martwych poetów, tylko po to by pruderyjne pannice mogły sobie ulżyć przy zaczytywaniu się o miłości doskonałej.- Zmrużył lekko powieki. W tym świetle zdawała się być tak zachwycająco podobna do Cal...
Baldwin kochał teatr. A przynajmniej tak mu się zdawało. Upajał się cierpieniem i obłędem w oczach aktoreczek, które na parę godzin zapominały o swoim żałosnym życiu by wpaść w jego objęcia, marząc o chwili, gdy słowa Szekspira czy innego wieszcza, staną się tymi Malfoy’owymi. Upajał się swoim geniuszem, zasianym we własnej duszy przez Orfeusza, gdy w tłumie odnajdował swoją Dellilah, zawsze zajmującą to samo miejsce. Lorraine była mu kotwicą podczas tych wieczorów, gdzie zacierała się granica między światem snów i wspomnień, a rzeczywistością rozgrywającą się na scenie. Grał, aby dostrzec w jej pięknych oczach łzy wzruszenia. Tylko dla niej, nawet jeśli w kąciku oka widział sylwetkę swojej prawdziwej muzy.
- Aktorzy są niewiele więcej warci od kurew.- Zniżył głos do szeptu, przysuwając twarz nieco bliżej. Tylko po to, żeby mogła go usłyszeć. Każde ciche, przejmujące, zdawałoby się szczere do bólu słowo.- Co za różnica czy się pieprzysz czy obnażasz duszę za parę galeonów od widza? W gruncie rzeczy robimy to samo. Zamykamy oczy i wyobrażamy sobie, że przed nami nie stoi ta suka w peruce sprzed epoki.- Przez ułamek sekundy nawet zastanawiał się czy jej nie pocałować; tu, teraz, na tych chłodnych łazienkowych kafelkach. Ale tego nie zrobił.- Zazdrość i zdrada jest niczym w porównaniu do uczucia władzy jaką możesz mieć. Słodki jest ból Scarlett, gdy przygryzasz wargi do krwi, bo wiesz – tak dobrze wiesz, że ona jest tylko pustą skorupą, marionetką w rękach bogów i sztuki. Ale ty… Och, ty wiesz, że gdy tylko zgasną ostatnie lampy, on wsunie w twoje loki kwiaty; odzieje w szaty, które otulały ciało Ofelii, gdy obmyły ją wody lodowatej rzeki. Tylko po to by je z ciebie równie prędko zedrzeć.
Nie krył się z emocjami – z jego twarzy dało się bez trudu odczytać to typowe dla artystów natchnienie, cień hamowanego pożądania i dziwaczny, głęboki smutek.
Wyciągnął powoli dłoń w jej stronę. Ujął podbródek dziewczyny, unosząc jej głowę ku miękkiemu światłu w łazience; pozwalając ciepłu rozlać się w bladych tęczówkach, zmieszać z ich chłodnym błękitem. Mogła poczuć chłód sygnetu rodowego, tkwiącego na palcu Baldwina. Chropowatość długiej, ciągnącej się przez całe wnętrze dłoni blizny.
- Musisz śnić niezwykłe sny.- Mruknął przyglądając się wszystkiemu wyjątkowo uważnie. Chciał je zobaczyć na własne oczy, a cichy głosik w głowie podpowiadał, że przecież może. Wystarczyła odrobina chęci. Jedno proste zaklęcie. Jeden ruch wahadełka. Tak niewiele, by podświadomość dziewczęcia stała się jego nowym płótnem. Ostrożnie odłożył opatuloną w ręcznik Rozalindę na bok. Było coś wyjątkowo w takich krótkich, obdartych z fałszu i patosu, momentach.
Wysłuchał historii o zmarłej mentorce, ale widząc tą chwilę zawahania postanowił dalej nie drążyć tematu. Uznał za to za uczciwe, żeby jej odpowiedzieć. Opowieść za opowieść.
- Jestem stąd. W sumie to z Oxfordu. To całkiem niedaleko stąd.- Przechylił lekko głowę.- Moi rodzice jak zbawienia wyczekują dnia kiedy ktoś im powie, że zdechłem zapity w jakimś rowie na Nokturnie, więc no cóż... wspólne mieszkanie raczej odpada. - Odpowiedział lekkim tonem jakby mówił o pogodzie, przy czym wzruszył lekko ramionami.
To była historia stara jak świat. O niesfornym dziedzicu, który zajrzał zbyt głęboko w mętne wody czarnej magii. Który poprosił o zbyt wiele, pragnąc tak naprawdę tylko tego co mu się zwyczajnie należało; tego czego pragnęli od niego Bogowie. O dziecku, które pewnego dnia w kłótni wyszło trzaskając za sobą drzwiami; dziecku, od którego oczekiwano powrotu z podkulonym ogonem jak na syna marnotrawnego przystało.
Wrócił myślami do jej słów o zazdrości. Chciał dać odpowiedź, nawet jeśli ta nie była satysfakcjonująca. Bo Baldwin nie zamierzał jej okłamywać. Nie zamierzał twierdzić, że to wszystko to tylko praca, a po przedstawieniach to on z koleżankami chodzi na kremowe piwo. Nie liczył jak często gościł je w swoim łóżku, gdy odbierał to czego pozbawił go dramaturg; gdy dopisywał własne zakończenie. Sztuka rządziła się swoimi prawami, nienawidząc konwenansów i zasznurowanych obyczajów.
Dłoń, która dotychczas czule muskała jej policzek, zsunęła się odrobinę niżej. Zresztą wraz za nią powędrowało jego spojrzenie. Upajał się wizją zielonkawo-fioletowych siniaków na tej bladej skórze. Jego własnej pieczęci.
- Zapytałem Ciebie, bo twojej odpowiedzi byłem ciekaw.- Stwierdził, pozwalając ciszy zapaść między nimi na kilka, ciągnących się w nieskończoność sekund.
- A co jeśli Ci powiem, że pamiętam każdy jeden pocałunek wymieniony na scenie, każdą łzę uronioną ku uciesze tłumu?- Zapytał spokojnie.- Każdy. Jeden. Oddech.- Docisnął delikatnie kciuk do zgłębienia, gdzie mostek łączy się z szyją. Na tyle delikatnie by bez przeszkód mogła oddychać, na tyle stanowczo by poczuła ucisk, może lekki dyskomfort. Zaraz jednak odsunął palce. Cofnął rękę, bacznie obserwując czy spróbuje się zbliżyć wbrew naturalnym instynktom. Czy rzeczywiście to cielątko zdechło, zastąpione czymś zupełnie innym.- Co jeśli ci powiem, że nie jesteś pierwszą, która pije moje whisky? Pewnie nie jesteś też ostatnią. Tak jak ja nie jestem ostatnim dla Ciebie.- Zaśmiał się krótko. To mógł być prosty, uczciwy układ jeśli tylko by tego chciała.- Masz rację. Stajemy się nimi. Na tych kilka ulotnych chwil. Wypowiadamy słowa. Wymieniamy pocałunki i łzy. Ale to nie są nasze słowa. Nie nasze gesty. To niewiele warte wyznania spisane przed wiekami przez martwych poetów, tylko po to by pruderyjne pannice mogły sobie ulżyć przy zaczytywaniu się o miłości doskonałej.- Zmrużył lekko powieki. W tym świetle zdawała się być tak zachwycająco podobna do Cal...
Baldwin kochał teatr. A przynajmniej tak mu się zdawało. Upajał się cierpieniem i obłędem w oczach aktoreczek, które na parę godzin zapominały o swoim żałosnym życiu by wpaść w jego objęcia, marząc o chwili, gdy słowa Szekspira czy innego wieszcza, staną się tymi Malfoy’owymi. Upajał się swoim geniuszem, zasianym we własnej duszy przez Orfeusza, gdy w tłumie odnajdował swoją Dellilah, zawsze zajmującą to samo miejsce. Lorraine była mu kotwicą podczas tych wieczorów, gdzie zacierała się granica między światem snów i wspomnień, a rzeczywistością rozgrywającą się na scenie. Grał, aby dostrzec w jej pięknych oczach łzy wzruszenia. Tylko dla niej, nawet jeśli w kąciku oka widział sylwetkę swojej prawdziwej muzy.
- Aktorzy są niewiele więcej warci od kurew.- Zniżył głos do szeptu, przysuwając twarz nieco bliżej. Tylko po to, żeby mogła go usłyszeć. Każde ciche, przejmujące, zdawałoby się szczere do bólu słowo.- Co za różnica czy się pieprzysz czy obnażasz duszę za parę galeonów od widza? W gruncie rzeczy robimy to samo. Zamykamy oczy i wyobrażamy sobie, że przed nami nie stoi ta suka w peruce sprzed epoki.- Przez ułamek sekundy nawet zastanawiał się czy jej nie pocałować; tu, teraz, na tych chłodnych łazienkowych kafelkach. Ale tego nie zrobił.- Zazdrość i zdrada jest niczym w porównaniu do uczucia władzy jaką możesz mieć. Słodki jest ból Scarlett, gdy przygryzasz wargi do krwi, bo wiesz – tak dobrze wiesz, że ona jest tylko pustą skorupą, marionetką w rękach bogów i sztuki. Ale ty… Och, ty wiesz, że gdy tylko zgasną ostatnie lampy, on wsunie w twoje loki kwiaty; odzieje w szaty, które otulały ciało Ofelii, gdy obmyły ją wody lodowatej rzeki. Tylko po to by je z ciebie równie prędko zedrzeć.
Nie krył się z emocjami – z jego twarzy dało się bez trudu odczytać to typowe dla artystów natchnienie, cień hamowanego pożądania i dziwaczny, głęboki smutek.