18.11.2024, 13:02 ✶
No zaczynała przesadzać.
- Moi studenci nie idą w teren zdani sami na siebie. Moi studenci nie mają być w stanie wrócić do mnie do domu w jednym kawałku - burknął z rozdrażnieniem, posyłając grobowe spojrzenie w kierunku swojej najlepszej studentki, która w tym momencie zaczynała przeginać pałę.
Nie dodał tego jasnego komunikatu, który zabrzmiałby jak coś w stylu z moimi studentami nie chciałem się żenić, choć przeszło mu to przez myśl, ale odegnał to jakże światłe spostrzeżenie. W dalszym ciągu był zły na to, w jaki sposób potraktowała wtedy jego pytanie. Może starał się twierdzić, że to obopólna decyzja, aby wepchnąć temat z powrotem do szafy, lecz w żadnym wypadku nie był z tego zadowolony.
Machnął ręką. Tym razem dosłownie. Bandaż znowu się rozwiązał. Chuj nie jodełka oznajmiło spojrzenie, które Greengrass posłał Yaxleyównie, jednocześnie zaciskając usta i po prostu znów wyciągając rękę przed siebie, by mogła zacząć od nowa. Jak na jego oko to jakiś osiemdziesiąty, dziewięćdziesiąty raz, ale w którymś momencie stracił rachubę. Równie dobrze to mógł być raptem dwudziesty.
- A więc wiesz jak wygląda drzewo jodły. Wyśmienicie. Przynajmniej z jednym nie mamy nic do nadgonienia - wymamrotał pod nosem bardziej do siebie niż do Geraldine, głównie po to, żeby dać ujście narastającej frustracji.
Zajebiście. Ciekawe czy znała też świerki, sosny i sekwoje i potrafiła je od siebie odróżnić. Może następnym etapem ich zajebiście dobrze idącej współpracy naukowej będzie wycieczka krajoznawcza do lasu i pokazywanie palcem na klony, leszczyny i dęby. Być może nawet uda mu się dowiedzieć czy do tej pory nie próbowała nazywać mirabelki ałyczą a z ałyczy nie zrobiła dajmy na to dużej wiśni.
Przynajmniej mógł mieć cień pewności, że w lesie nie próbowała zeżreć czegoś trującego, ale to było marną pociechą, bo wynikającą po prostu z tego, że z własnej nieprzymuszonej woli nie sięgała po warzywa i owoce.
Nie mogła się przejechać na rajskich jabłkach, jeśli wolała dziczyznę prosto z ogniska. W dodatku praktycznie doprawioną jedynie solą, może pieprzem, bo znajomość leśnych ziół też miała daleko gdzieś. Zupełnie tak, jakby nigdy nie brała pod uwagę tego, że będzie musiała pospiesznie znaleźć coś, co zastąpi jej eliksir już maść. Bo po co?
- Nie będzie takiej konieczności, jeśli nawet nie ruszymy się stąd w kierunku łóżka. A się nie ruszymy, dopóki nie będziesz w stanie zrobić ze mnie cholernej mumii. Idealną. Jodełką - taką, że jak już go chuj strzeli to będzie mógł snuć się bez problemu i obawy, że mu zjadą te przeklęte bandaże. - Mam coraz większe wrażenie, że moja usrana śmierć jest blisko. Nastąpi tu i teraz. Będziesz mnie do niej bandażować - najchętniej wplótłby tam jakąś solidną kurwę, ale starał się tego nie zrobić.
Siedział na tej podłodze. Na poduszce na dywanie. Łypał na Geraldine i miał wrażenie, że jego ból dupy ma już swój własny ból dupy. Zarówno ten metaforyczny jak i faktyczny wynikający ze zbyt długiego siedzenia na podłodze.
Jak na to, że jego luba nie lubiła nic robić powoli, spędzali tu od cholery dłużące się minuty.
- Pijesz Elixir Salubris, smarujesz tym drugim - twierdząco kiwnął głową, jednocześnie nie okazując zbyt wiele pochwały i zadowolenia, bo miał wrażenie, że strzelała; to, że udało jej się trafić nie było dla niego w żaden sposób pocieszające ani nawet dostateczne.
- Unguentum Salubre to jest to drugie. Unguentum zawsze będzie się odnosić do czegoś do użytku zewnętrznego. Zazwyczaj do maści, nawet jeśli konsystencja w fiolce będzie taka sama lub zbliżona do eliksiru, natomiast określenie Elixir w zależności od źródła pochodzenia substancji nie świadczy już o tym, że zawartość jest pijalna we wszystkich przypadkach - podkreślił starając się nie okazywać zmęczenia i narastającej irytacji na to, jakie podejście prezentowała mu jego dziewczyna.
Nie to, że jego własne było w tym momencie jakkolwiek lepsze. Tak właściwie stosunkowo niewiele brakowało mu do tego, żeby również kurwić pod nosem ile wlezie. To była kolejna godzina, którą tu spędzali. Jeszcze jeden dzień z rzędu, gdy próbował dzielić się z nią wiedzą na poziomie, który uznawał za naprawdę elementarny.
I choć wydawało mu się, że ma do niej naprawdę wiele cierpliwości, no, bo w końcu wie, że ma do czynienia z kompletnym laikiem w temacie, to zupełnie nie spodziewał się, do jakiego poziomu będą zmuszeni się cofnąć.
To godziło w niego personalnie, bo kilka lat spędził w błogiej nieświadomości tego jak bardzo powinien przysiąść z nią do tego, żeby przeżywając jakiś syf podczas polowania nie zabiła się bezpośrednio po walce. Próbując leczyć swoje rany lub co gorsza bagatelizując je i olewając, bo miała trudność z opanowaniem wściekłości.
A gdy ona nią ziała, on również zaczynał jej wtórować. Niby wiedział z czego to się bierze. Zdawał sobie sprawę z tego, że powinien być w stosunku do niej ciepły, wyrozumiały i cierpliwy. Zupełnie tak jak do nikogo innego. Zależało mu na tym, by ich nauka nie była męczarnią, jaką się stała. Jednakże miał wrażenie, że od jakiegoś czasu kręcą się w kółko.
Zaraz go trafi jasna cholera.
- A jeśli nie masz podpisów na fiolkach to jak rozróżniasz substancję do użytku zewnętrznego od tej do użytku wewnętrznego? - Spytał twardo, w dalszym ciągu grobowo.
Jednocześnie w akcie desperacji sięgając po różdżkę, obracając ją w palcach lewej dłoni, bo prawą dawał jej do opatrywania. Ewidentnie zaciekle o czymś myślał. O tej jebanej jodełce.
- Moi studenci nie idą w teren zdani sami na siebie. Moi studenci nie mają być w stanie wrócić do mnie do domu w jednym kawałku - burknął z rozdrażnieniem, posyłając grobowe spojrzenie w kierunku swojej najlepszej studentki, która w tym momencie zaczynała przeginać pałę.
Nie dodał tego jasnego komunikatu, który zabrzmiałby jak coś w stylu z moimi studentami nie chciałem się żenić, choć przeszło mu to przez myśl, ale odegnał to jakże światłe spostrzeżenie. W dalszym ciągu był zły na to, w jaki sposób potraktowała wtedy jego pytanie. Może starał się twierdzić, że to obopólna decyzja, aby wepchnąć temat z powrotem do szafy, lecz w żadnym wypadku nie był z tego zadowolony.
Machnął ręką. Tym razem dosłownie. Bandaż znowu się rozwiązał. Chuj nie jodełka oznajmiło spojrzenie, które Greengrass posłał Yaxleyównie, jednocześnie zaciskając usta i po prostu znów wyciągając rękę przed siebie, by mogła zacząć od nowa. Jak na jego oko to jakiś osiemdziesiąty, dziewięćdziesiąty raz, ale w którymś momencie stracił rachubę. Równie dobrze to mógł być raptem dwudziesty.
- A więc wiesz jak wygląda drzewo jodły. Wyśmienicie. Przynajmniej z jednym nie mamy nic do nadgonienia - wymamrotał pod nosem bardziej do siebie niż do Geraldine, głównie po to, żeby dać ujście narastającej frustracji.
Zajebiście. Ciekawe czy znała też świerki, sosny i sekwoje i potrafiła je od siebie odróżnić. Może następnym etapem ich zajebiście dobrze idącej współpracy naukowej będzie wycieczka krajoznawcza do lasu i pokazywanie palcem na klony, leszczyny i dęby. Być może nawet uda mu się dowiedzieć czy do tej pory nie próbowała nazywać mirabelki ałyczą a z ałyczy nie zrobiła dajmy na to dużej wiśni.
Przynajmniej mógł mieć cień pewności, że w lesie nie próbowała zeżreć czegoś trującego, ale to było marną pociechą, bo wynikającą po prostu z tego, że z własnej nieprzymuszonej woli nie sięgała po warzywa i owoce.
Nie mogła się przejechać na rajskich jabłkach, jeśli wolała dziczyznę prosto z ogniska. W dodatku praktycznie doprawioną jedynie solą, może pieprzem, bo znajomość leśnych ziół też miała daleko gdzieś. Zupełnie tak, jakby nigdy nie brała pod uwagę tego, że będzie musiała pospiesznie znaleźć coś, co zastąpi jej eliksir już maść. Bo po co?
- Nie będzie takiej konieczności, jeśli nawet nie ruszymy się stąd w kierunku łóżka. A się nie ruszymy, dopóki nie będziesz w stanie zrobić ze mnie cholernej mumii. Idealną. Jodełką - taką, że jak już go chuj strzeli to będzie mógł snuć się bez problemu i obawy, że mu zjadą te przeklęte bandaże. - Mam coraz większe wrażenie, że moja usrana śmierć jest blisko. Nastąpi tu i teraz. Będziesz mnie do niej bandażować - najchętniej wplótłby tam jakąś solidną kurwę, ale starał się tego nie zrobić.
Siedział na tej podłodze. Na poduszce na dywanie. Łypał na Geraldine i miał wrażenie, że jego ból dupy ma już swój własny ból dupy. Zarówno ten metaforyczny jak i faktyczny wynikający ze zbyt długiego siedzenia na podłodze.
Jak na to, że jego luba nie lubiła nic robić powoli, spędzali tu od cholery dłużące się minuty.
- Pijesz Elixir Salubris, smarujesz tym drugim - twierdząco kiwnął głową, jednocześnie nie okazując zbyt wiele pochwały i zadowolenia, bo miał wrażenie, że strzelała; to, że udało jej się trafić nie było dla niego w żaden sposób pocieszające ani nawet dostateczne.
- Unguentum Salubre to jest to drugie. Unguentum zawsze będzie się odnosić do czegoś do użytku zewnętrznego. Zazwyczaj do maści, nawet jeśli konsystencja w fiolce będzie taka sama lub zbliżona do eliksiru, natomiast określenie Elixir w zależności od źródła pochodzenia substancji nie świadczy już o tym, że zawartość jest pijalna we wszystkich przypadkach - podkreślił starając się nie okazywać zmęczenia i narastającej irytacji na to, jakie podejście prezentowała mu jego dziewczyna.
Nie to, że jego własne było w tym momencie jakkolwiek lepsze. Tak właściwie stosunkowo niewiele brakowało mu do tego, żeby również kurwić pod nosem ile wlezie. To była kolejna godzina, którą tu spędzali. Jeszcze jeden dzień z rzędu, gdy próbował dzielić się z nią wiedzą na poziomie, który uznawał za naprawdę elementarny.
I choć wydawało mu się, że ma do niej naprawdę wiele cierpliwości, no, bo w końcu wie, że ma do czynienia z kompletnym laikiem w temacie, to zupełnie nie spodziewał się, do jakiego poziomu będą zmuszeni się cofnąć.
To godziło w niego personalnie, bo kilka lat spędził w błogiej nieświadomości tego jak bardzo powinien przysiąść z nią do tego, żeby przeżywając jakiś syf podczas polowania nie zabiła się bezpośrednio po walce. Próbując leczyć swoje rany lub co gorsza bagatelizując je i olewając, bo miała trudność z opanowaniem wściekłości.
A gdy ona nią ziała, on również zaczynał jej wtórować. Niby wiedział z czego to się bierze. Zdawał sobie sprawę z tego, że powinien być w stosunku do niej ciepły, wyrozumiały i cierpliwy. Zupełnie tak jak do nikogo innego. Zależało mu na tym, by ich nauka nie była męczarnią, jaką się stała. Jednakże miał wrażenie, że od jakiegoś czasu kręcą się w kółko.
Zaraz go trafi jasna cholera.
- A jeśli nie masz podpisów na fiolkach to jak rozróżniasz substancję do użytku zewnętrznego od tej do użytku wewnętrznego? - Spytał twardo, w dalszym ciągu grobowo.
Jednocześnie w akcie desperacji sięgając po różdżkę, obracając ją w palcach lewej dłoni, bo prawą dawał jej do opatrywania. Ewidentnie zaciekle o czymś myślał. O tej jebanej jodełce.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down