18.11.2024, 14:34 ✶
- Zapewniam cię, że moi studenci potrafią utrzymać skalpel w ręku. Nie mają potrzeby w nic nim rzucać ani bić się z niedźwiedziami. Wystarczy, że będą w stanie zawalczyć ze śmiercią - stwierdził poważnie, może trochę do przesady pompatycznie, czując jak zaczyna mu drgać lewa powieka.
Wdech i wydech, wydech i wdech. Jodełka, która znacznie bardziej przypominała mu wzory ludowe i to plecione przez starą, na wpół ślepą czarownicę o sztywnych palcach za to wyjątkowo giętkim i ostrym języku.
- Mhm - mruknął na to jej nic mi się nie dzieje, ale trudno byłoby powiedzieć, że jakkolwiek się z nią w tym zgodził.
Wręcz przeciwnie. Bardzo znacząco przyzezował na własne poobijane, tęczowe przedramię, szramę na bicepsie i powoli zasklepiające się rozcięcie w okolicach obojczyka. Jemu też się praktycznie nic nigdy nie działo. W przeciwieństwie do niej był w stanie sobie w tym niedzianiusię pomóc w jakikolwiek sposób.
- Nigdy nie mówiłem, że jesteś zjebana. Miarkuj się - skoro już traktował ją jak swoją protegowaną ze szpitala to nie zamierzał tolerować podobnych odzywek, szczególnie na jej własny temat. - Wolałbym tutaj przy tobie opleciony twoimi nogami a nie tutaj na dywanie chaotycznie zaplatany bandażem, ale to twój wybór jak spędzimy resztę wieczoru... ...wieczorów w tym tygodniu, może jeszcze w następnym - no, ale nie mogli mieć wszystkiego, skoro potrzebowali czasem zająć się bardziej praktycznymi, koniecznymi rzeczami niż sobą nawzajem.
Szczególnie, że nieważne jak bardzo chciałby porzucić obecne czynności na rzecz odbicia sobie ostatnich dni obolałej, burkliwej, niechętnej posuchy, podobne rozwiązanie nie wchodziło w grę. Zamiast tego musieli nadgonić kilka lat całkowitego ignorowania problemu, który teraz stał się całkowicie dostrzegalny.
Darował sobie komentarz na temat śmierci od chujowego bandażowania. Jedynie znowu pokręcił głową, zrzucając zbyt luźny bandaż z przedramienia. Znowu. Kolejny raz. Miliardowa powtórka.
Bardzo powoli zaczerpnął powietrza, robiąc głęboki wdech i wydech, tysięczny tego popołudnia, żeby zabrzmieć informatywnie. Logicznie, spokojnie, wyjaśniająco. Nie każdy musiał wiedzieć o tym, co jemu wydawało się całkowicie jasne i logiczne. Przypomniał sobie o tym jakiś milionowy raz odkąd zaczęli powolny proces nauczania, upominając się w myślach, że miał nie być dla niej surowym nauczycielem akademickim tylko wsparciem w zakresie zdobycia informacji, które mogą jej się przydać w praktyce.
- Zobaczymy czy będą z ciebie ludzie. Pierwsza pomoc to nie gra w zgadywanki - skwitował krótko, nie siląc się na pochwałę. - To kwestia pojemności całkowitej fiolki albo butelki - odpowiedział całkiem spokojnie, kiwając głową i starając się dobierać odpowiednie słowa, nie wdając się w niepotrzebne szczegóły. - Wiesz jak wygląda maść. Jaki ma stan skupienia, konsystencję i tak dalej - zakładał, że to akurat wiedziała, nawet jeśli powoli zaczynał wątpić nawet w to, że jego dziewczyna nazywa się Geraldine a nie Georgina, tylko o tym zapomniała.
No dobra. Może on również odrobinę, ale tylko odrobinę!, przesadzał ze swoim krytycznym myśleniem. Nigdy nie wątpił w to, że jego ukochana wie jak się nazywa. Głównie dlatego, że znał jej ojca, ale to były już szczegóły, tak? Usiłował być dla niej pomocny, nie ostry i przesadnie wymagający. Próbował używać takich słów, by go rozumiała, nie musząc dopytywać go o znaczenia poszczególnych wyrażeń.
- Wytwarzając maść w formie płynnej, która następnie pod wpływem zmieszania ze składnikiem trzymanym osobno albo na przykład po prostu pod wpływem pH skóry zacznie zamieniać się w bardziej - spróbował znaleźć jakieś odpowiednie określenie, żeby nie korzystać ze słów takich jak emulacja, emulgatory, bo i tak usłyszałby na to te jej chuje muje dzikie węże i tylko załamałby ręce - zacznie być bardziej maziasta. Dzięki temu jesteś w stanie zabrać ze sobą więcej przydatnego lekarstwa. To zrozumiałe? - Spytał poważnie, nie uśmiechając się, ale też nie będąc aż tak nachmurzonym.
Takie pytania z jej strony były całkiem zrozumiałe. Przynajmniej mówił sobie, że powinny takie być i powinien traktować je jako chęć uzyskania wiedzy a nie skrytykowania całego zakresu medycyny od teraz do tysięcy lat wstecz. Widział, że jest tego bliska.
- Bardzo śmieszne. Ha. Ha - nawet nie drgnął mu kącik ust, spojrzenie również pozostało nieprzekonane i chmurne, posępne. - Ta, eliksir wiggenowy i Episkey, wybitny duet każdego młodego medyka, łowcy, akrobaty. No ni chuja, Rina, ni chuja nie wystarczy ci eliksir wiggenowy. O Episkey nawet nie próbuj - parsknął bez rozbawienia, raczej zdecydowanie zbyt wymęczony próbami tłumaczenia każdemu, kto przytoczył się na ich oddział, jak beznadziejne to było połączenie.
Naprawdę nie rozumiał czemu ludzie tak bardzo usrali się, że są w stanie załatwić wszystko na jeden z tych dwóch sposobów.
- Równie dobrze możesz jeść jedno jabłko dziennie. To przyniesie ten sam skutek w razie kryzysu - mruknął pod nosem, kręcąc głową. - W jodełkę, poproszę. Skup się na jodełce, bo prawie ci wychodzi - no za chuja jej to nie wychodziło, przynajmniej nie jak na jego standardy, ale usiłował spuścić z tonu, żeby dać jej do zrozumienia, że zaczyna to łapać.
Może za setnym razem oboje będą zadowoleni.
Wdech i wydech, wydech i wdech. Jodełka, która znacznie bardziej przypominała mu wzory ludowe i to plecione przez starą, na wpół ślepą czarownicę o sztywnych palcach za to wyjątkowo giętkim i ostrym języku.
- Mhm - mruknął na to jej nic mi się nie dzieje, ale trudno byłoby powiedzieć, że jakkolwiek się z nią w tym zgodził.
Wręcz przeciwnie. Bardzo znacząco przyzezował na własne poobijane, tęczowe przedramię, szramę na bicepsie i powoli zasklepiające się rozcięcie w okolicach obojczyka. Jemu też się praktycznie nic nigdy nie działo. W przeciwieństwie do niej był w stanie sobie w tym niedzianiusię pomóc w jakikolwiek sposób.
- Nigdy nie mówiłem, że jesteś zjebana. Miarkuj się - skoro już traktował ją jak swoją protegowaną ze szpitala to nie zamierzał tolerować podobnych odzywek, szczególnie na jej własny temat. - Wolałbym tutaj przy tobie opleciony twoimi nogami a nie tutaj na dywanie chaotycznie zaplatany bandażem, ale to twój wybór jak spędzimy resztę wieczoru... ...wieczorów w tym tygodniu, może jeszcze w następnym - no, ale nie mogli mieć wszystkiego, skoro potrzebowali czasem zająć się bardziej praktycznymi, koniecznymi rzeczami niż sobą nawzajem.
Szczególnie, że nieważne jak bardzo chciałby porzucić obecne czynności na rzecz odbicia sobie ostatnich dni obolałej, burkliwej, niechętnej posuchy, podobne rozwiązanie nie wchodziło w grę. Zamiast tego musieli nadgonić kilka lat całkowitego ignorowania problemu, który teraz stał się całkowicie dostrzegalny.
Darował sobie komentarz na temat śmierci od chujowego bandażowania. Jedynie znowu pokręcił głową, zrzucając zbyt luźny bandaż z przedramienia. Znowu. Kolejny raz. Miliardowa powtórka.
Bardzo powoli zaczerpnął powietrza, robiąc głęboki wdech i wydech, tysięczny tego popołudnia, żeby zabrzmieć informatywnie. Logicznie, spokojnie, wyjaśniająco. Nie każdy musiał wiedzieć o tym, co jemu wydawało się całkowicie jasne i logiczne. Przypomniał sobie o tym jakiś milionowy raz odkąd zaczęli powolny proces nauczania, upominając się w myślach, że miał nie być dla niej surowym nauczycielem akademickim tylko wsparciem w zakresie zdobycia informacji, które mogą jej się przydać w praktyce.
- Zobaczymy czy będą z ciebie ludzie. Pierwsza pomoc to nie gra w zgadywanki - skwitował krótko, nie siląc się na pochwałę. - To kwestia pojemności całkowitej fiolki albo butelki - odpowiedział całkiem spokojnie, kiwając głową i starając się dobierać odpowiednie słowa, nie wdając się w niepotrzebne szczegóły. - Wiesz jak wygląda maść. Jaki ma stan skupienia, konsystencję i tak dalej - zakładał, że to akurat wiedziała, nawet jeśli powoli zaczynał wątpić nawet w to, że jego dziewczyna nazywa się Geraldine a nie Georgina, tylko o tym zapomniała.
No dobra. Może on również odrobinę, ale tylko odrobinę!, przesadzał ze swoim krytycznym myśleniem. Nigdy nie wątpił w to, że jego ukochana wie jak się nazywa. Głównie dlatego, że znał jej ojca, ale to były już szczegóły, tak? Usiłował być dla niej pomocny, nie ostry i przesadnie wymagający. Próbował używać takich słów, by go rozumiała, nie musząc dopytywać go o znaczenia poszczególnych wyrażeń.
- Wytwarzając maść w formie płynnej, która następnie pod wpływem zmieszania ze składnikiem trzymanym osobno albo na przykład po prostu pod wpływem pH skóry zacznie zamieniać się w bardziej - spróbował znaleźć jakieś odpowiednie określenie, żeby nie korzystać ze słów takich jak emulacja, emulgatory, bo i tak usłyszałby na to te jej chuje muje dzikie węże i tylko załamałby ręce - zacznie być bardziej maziasta. Dzięki temu jesteś w stanie zabrać ze sobą więcej przydatnego lekarstwa. To zrozumiałe? - Spytał poważnie, nie uśmiechając się, ale też nie będąc aż tak nachmurzonym.
Takie pytania z jej strony były całkiem zrozumiałe. Przynajmniej mówił sobie, że powinny takie być i powinien traktować je jako chęć uzyskania wiedzy a nie skrytykowania całego zakresu medycyny od teraz do tysięcy lat wstecz. Widział, że jest tego bliska.
- Bardzo śmieszne. Ha. Ha - nawet nie drgnął mu kącik ust, spojrzenie również pozostało nieprzekonane i chmurne, posępne. - Ta, eliksir wiggenowy i Episkey, wybitny duet każdego młodego medyka, łowcy, akrobaty. No ni chuja, Rina, ni chuja nie wystarczy ci eliksir wiggenowy. O Episkey nawet nie próbuj - parsknął bez rozbawienia, raczej zdecydowanie zbyt wymęczony próbami tłumaczenia każdemu, kto przytoczył się na ich oddział, jak beznadziejne to było połączenie.
Naprawdę nie rozumiał czemu ludzie tak bardzo usrali się, że są w stanie załatwić wszystko na jeden z tych dwóch sposobów.
- Równie dobrze możesz jeść jedno jabłko dziennie. To przyniesie ten sam skutek w razie kryzysu - mruknął pod nosem, kręcąc głową. - W jodełkę, poproszę. Skup się na jodełce, bo prawie ci wychodzi - no za chuja jej to nie wychodziło, przynajmniej nie jak na jego standardy, ale usiłował spuścić z tonu, żeby dać jej do zrozumienia, że zaczyna to łapać.
Może za setnym razem oboje będą zadowoleni.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down