– Zwłaszcza jak próbujesz zaprzeczać – dodała jak gdyby nigdy nic. Pewnie nikt więcej poza nią nie nazwałby go słodkim, ale miała to gdzieś. W zakochaniu już tak było, że na tę jedną osobę patrzyło się zupełnie inaczej, niż robił to ogół. Zresztą była przekonana, że Sauriel przy niej zachowywał się inaczej niż przy kolegach, albo przy zupełnie obcych ludziach. Ona przecież też tak robiła, chodziło o poziom zażyłości, o to, na co sobie człowiek pozwalał, na co nie i przy kim. Pominęła uwagę o tym, że cukier pewnie mógł zabić. Chyba mógł, nie znała się na tym tak bardzo, a poza tym to nie o to chodziło! I wcale nie chciała też, by obchodzono się z nią jak z jajkiem, albo jak z trędowatą. Przecież wiedziała, jak wygląda sytuacja, jaka jest diagnoza… I że miała dwie kompletnie sprzeczne. Mogła więc sobie wybrać, która pasuje jej bardziej.
– Smakują ci? – tak się nimi zajadał, że chyba odpowiedź była twierdząca. Ona ich chyba nigdy nie jadła, nie przypominała sobie w każdym razie. Oczywiście nic nie zrozumiała z jego bełkotu kiedy jednocześnie jadł i gadał, tylko się uśmiechnęła i schyliła, pogłaskać Kwiatuszka, a Lunę zaraz zgarnęła na ręce i przytuliła do siebie, pozwalając Saurielowi faktycznie wybrać dla niej herbatę, bo koty znowu miały jej atencję, a przynajmniej na chwilę. Oba nie były u niej nawet miesiąca, a już tak się do nich przyzwyczaiła i pokochała je, zwłaszcza malutką Lunę, która była u niej troszkę dłużej, a z racji na swój wiek zżyła się z nią znacznie bardziej. – Kaczory, mój drogi, to degeneraci i gwałciciele – odpowiedziała jak gdyby nigdy nic, jakby mówiła o pogodzie, głaszcząc małego, mruczącego i przytulonego do piersi koteczka. – I robią to dość często jeśli spojrzeć na statystykę. Atakują tak inne kaczory, kaczki… No i jedzą zboże. Temu fetyszyście od chrupków na pewno spodobałby się kaczy penis – z Victorią to nigdy nie było wiadomo, czy mówi na poważnie, czy sobie żartuje, zwłaszcza, kiedy się tak uśmiechała jak teraz… A teraz mówiła całkowicie poważnie! Tak jak wtedy o bezoarze…
– Myślałam po tej konsystencji, że to będzie bardziej karmelowe – stwierdziła bez ogródek, po czym odłożyła Lunę na stół, gdzie sama podeszła do pudełka i zaczęła je obwąchiwać. – O nie, nie zamierzam! Prezentów się nie wyrzuca – zamrugała, patrząc na Sauriela, a potem… jej dłoń niby to ukradkiem znalazła się znowu w pudełku i zaraz porwała drugiego cukierka. Żaden był z niej asasyn, to zupełnie jak Luna, kiedy na coś polowała. A potem pod stołem odwinęła papierek i wsadziła sobie kolejnego cukierka do ust. – Wciąga. Niby dziwne i w ogóle, ale hmm… – nie umiała powiedzieć o co chodzi, no ale chyba jej smakowało.
– No słodziak, mówię – to było naprawdę miłe z jego strony, że na nią czekał. Że mu się chciało, że czuł potrzebę i tak dalej. A po poprzednich słowach uznała, że nie czekał dlatego, że chciał jak najszybciej dostać w ręce prezent z Egiptu. – Ha… No… Być może dwóm czarnoksiężnikom? – zaintonowała niewinnie, mrugając przy tym rzęskami. – Nasz przypadek wśród zainteresowanych z nekromantów z Egiptu też jest na pewien sposób sławny, a oni patrzą na to zupełnie inaczej iii… Chyba jednemu się za bardzo spodobałam i chciał mnie porwać do swojego haremu i zrobić ze mnie swoją narzeczoną. Nie byłam zainteresowana – cóż, jeśli patrzyli na nią jak na żyłę energii… I na to, co mogą odziedziczyć potencjalne dzieci. Och rany. A poza tym, jej zainteresowania znajdowały się tu, w Anglii, w Londynie, obecnie w jej mieszkaniu. – No i… ta nekromantka, do której byłyśmy umówione na konsultacje. Jakby hmm… Zaatakowała nas. Chciała mnie dla siebie – uśmiechnęła się krzywo. – Musiałam się bronić, rozumiesz. Dobrze, że była ze mną Brenna.