To chyba nie brzmiało tak źle? To uczucie, zakochanie, miłość, czy jak to nazwać. To, że byli dla siebie i starali się dla siebie nawzajem, a nie tylko samolubnie. To, że robili dla tej drugiej osoby różne rzeczy, dobre rzeczy, że czuło się, że ma się wsparcie tego drugiego. Tak, to była szansa. Sauriel ją miał, Victoria też mu to mówiła: że to, że odrodził się jako wampir, było dla niego szansą. Zaczęła gadać takie rzeczy już po Beltane, po tym spotkaniu z absolutem, którego tam doświadczyła. Bardzo poważnie zaczęła podchodzić do wiary, szans i tak dalej. Wtedy też przestała się wzbraniać przed uczuciem, jakie ją wypełniało – bo sama czuła, że dostała szansę, że mogłaby to wszystko spieprzyć, a na koniec odejść niespełniona.
– Jak widzisz kaczego penisa, to trudno oczy oderwać, uwierz mi – ten kształt… i w ogóle. Niby człowiek się brzydzi, ale oczu oderwać nie może… mam jeszcze z kaczką. Odpalaj. – Mów, ale chcę to zobaczyć – starcie Isabelli z Saurielem to byłoby coś, chociaż nie uwierzyła, że byłby skłonny pójść na skargę do jej mamusi. Zresztą… w jakim niby celu? Chyba nie miał jej za całkowicie pruderyjną dziewuszkę, która zapiśnie na widok penisa i nie będzie wiedziała, co z nim zrobić? Zaraz, jak to było…? To nie z nim przeprowadziła najdziwniejszą w swoim życiu rozmowę na temat potencjalnego zbliżenia seksualnego?
Pokiwała głową i nieco nieufnie zajrzała do miseczki. Rzeczywiście nie było tam kociego żarcia, nawet przysunęła to sobie do nosa. Pachniało… normalnie. Neutralnie. Na spróbowanie wzięła sobie jedną kuleczkę kukurydzianą i powoli ją rozgryzła, z miną myśliciela kontemplującego sufit własnej kuchni, kiedy Sauriel parzył dla niej herbatę. A potem sięgnęła po kolejną i kolejną, i jeszcze następną…
– Co do kosza! – Victoria przesunęła pudełeczko po stole, by przytulić je do swojej piersi, jakby mówiła „moje, nie oddam, zostaw”. – Powiedziałam, że się nie wyrzuca przecież. Moje jest, czemu się złościsz? – już przecież przeprowadzili tamtą rozmowę. Nie oddała żaby bo tak, a dlatego, że sytuacja tego wymagała. A poza tym, on bajerował inne laski, a ją nie, czuła się usprawiedliwiona (nawet jeśli nie zrobiła tego na złość, żeby się odegrać albo by wzbudzić zazdrość).
– Nie płacę. Poza tym nie będziesz pływać do Egiptu specjalnie po to, nie ma mowy – za bardzo ceniła sobie jego życie i jego skażoną duszę, którą też warto było chronić przed całkowitą degradacją, nie zamierzała do tego pozwolić ze swojego powodu. Sauriel… Wart był poświęcenia, tej mały ogień, który się w nim tlił, był ważny, by go ochronić. – I co się cieszysz. To nie jest śmieszne – aż się nadęła, jak mała obrażona dziewczynka, ale zaraz jej dłonie z chęcią oplotły się na filiżance. Powinna być gorąca, trudna do złapania, ale nie dla niej, nie. Przecież i tak było jej zimno. – Właściwie, to był owocny. Pomijając trochę upierdliwych problemów… Trochę się dowiedziałam. W sumie to sporo. Chcesz posłuchać? – uśmiechnęła się lekko i raz jeszcze poprawiła szal na swoich ramionach.