Nie ma rzeczy niemożliwych – ta myśl przyświecała Victorii od kilku miesięcy każdego dnia. Stawiała swoje kroki, te trudne, a kiedy natrafiała na ścianę, powtarzała sobie słowa babci, wypowiedziane wtedy ustami Laurenta (choć w jej głowie miały już głos Elisabeth). Na tym świecie nie ma granic, były tylko tam, gdzie sami je postawiliśmy. Albo postawili inni, mówiąc, że czegoś nie dało się zrobić. Ależ dało. Dało. Tylko trzeba było do tego podejść inaczej, otworzyć swój umysł, pozwolić sobie rozpostrzeć skrzydła, albo ulepić je tak jak Dedal i Ikar… Trzeba było tylko uważać, żeby nie zbliżyć się za bardzo do słońca i nie spaść. Ale Victoria nabrała przekonania, że to, że czegoś nie umieliśmy nie znaczyło, że w istocie się nie da. Znaczyło to tylko, że mamy klapki na oczach. Może więc dało się uratować też duszę? Spaczenie było przecież jak choroba, jak śmierć ciała. Skoro więc dało się wydłużyć życie, wskrzesić kogoś, zakrzywić prawa natury… dlaczego nie dałoby się posklejać tych ran, które wypełniał mrok? Wyplenić go, jak zarazę, wyleczyć.
– Na żywo czy w książce? – uśmiechnęła się niewinnie, zatrzepotała firaną smoliście czarnych rzęs… I pomyślała sobie, że bardzo współczuje mężczyźnie, który w swej animagicznej formie przybrał kształt kaczora. – Kłótnia o powrót do domu? – zmarszczyła brwi w zastanowieniu, bo już zapomniała…. To było tak dawno. Ale po kilku sekundach milczenia i intensywnego myślenia jej twarz się rozpogodziła. – Ach, że po Beltane? Jak mnie wziąłeś z tego szpitaliku? To nie była kłótnia. Isabella była wtedy rozedrgana i zmartwiona, nie umie tego wszystkiego okazywać, ale wierz mi, to nie była kłótnia. Kłótnia to była w lipcu… – ostatnie zdanie powiedziała nieco ciszej, po czym złapała się za policzek, na którym jeszcze jakiś czas temu widniała rana po rozpryśniętym talerzu, na szczęście nie zostawiło to trwałego śladu, przejechała po nim, jakby chciała ją wyczuć pod palcami, a ostatecznie oparła się na dłoni.
Nie rozumiała tych złych spojrzeń, bo przecież powiedziała, że wciąga, a dwa cukierki zniknęły nie wiadomo kiedy, tak, że na stole były tylko po nich papierki (kujące Victorię w głowę, bo zaburzały jej feng shui). Czy to mu wyglądało, jakby jej nie smakowało? Jasne, mogła je zeżreć z głodu, albo grzeczności, ale prawda była taka, że twarz sama jej się uśmiechała, bo czuła się rozpieszczana.
– Jak egipski faraon? To musiałbyś świecić gołą klatą i taką śmieszną przepaską biodrową – widziała ich trochę na różnych malowidłach czy jak to się tam zwie… w Egipcie jak były z Brenną. – Możesz się wtopić w tłum jako kot. Dużo tam kotów. Ale wiesz co, ten faraon lepszy, byłoby się na co pogapić – dodała po sekundowym zastanowieniu i przewaleniu w głowie wszystkich za i przeciw, brakowało tylko, żeby mu język pokazała. Zaraz jednak szybko wzięła swoją filiżankę i upiła kilka łyków, spragniona, a potem spojrzała na Sauriela wymownie, widząc ile cukru nasypał sobie. – Teraz to już w ogóle będziesz słodki po całości – skwitowała, wyobrażając sobie te słodkie od herbaty usta… Przymknęła oczy i mało brakowało a pokręciłaby głową jak pies, żeby wyrzucić z myśli to wyobrażenie. Dobrze, że siedzieli w półmroku i że miała nieco ciemniejszą karnację, to i rumieniec nie był tak dobrze widoczny. Odchrząknęła.
– Według nekromantki, która mnie zbadała, nic nie zagraża mojemu życiu. Uważa, że jeśli miałabym wybuchnąć od nadmiaru energii, to już by się to stało. Bo według niej, ja nadal mam swoją energię, ale też i nadmiar innej, tej, którą zabrałam z Limbo. Nie potrafiła powiedzieć w jaki sposób, bardziej uważała, że sama powinnam to wiedzieć, natomiast zamiast wrócić do cyklu… to po prostu go odwróciłam. I zaczerpnęłam z niego. Jak Voldemort, tylko, że on dokładnie wiedział, co robi. Bo według tej nekromantki, on wszedł do Limbo w konkretnym celu: chciał przedłużyć swoje życie, albo życie kogoś innego. Mówiła, że ze mną nie jest źle, tylko nad wyraz dobrze, bo… no mam w sobie nadmiar energii, życia i co z tym zrobię to już sprawa moralna. Bo mogłabym się nauczyć nad tym panować i z tego korzystać, albo zwrócić to tam, skąd to zabrałam… Mówiła też, że to, że zabraliśmy te energię z Limbo i brak tej energii tam, może tworzyć anomalie w świecie. Wiesz… Jak ten dziwny, szalejący wiatr w Beltane, który przeszedł przez Dolinę Godryka. Albo to, jak ziemia i roślinność ciągle szaleją. Mamy wiatr, mamy ziemię… co będzie następne? Woda? Ogień? – westchnęła cicho i rozłożyła dłonie na blacie stołu. – Według niej największe zagrożenie jakie istnieje to to, że to wszystko odbiło się takim echem po naszym świecie. To, jak dużo czarodziejów o tym usłyszało. To, że kiedy zorientują się, jak to działa, to mogą to wziąć dla siebie. Że możemy być celem – uśmiechnęła się lekko, jakby była nieco zmęczona, bo… bo była. Na myśl o tym, że mogłaby się stać celem ataku czarodziejów, że mogliby chcieć ją wykorzystać… Bogowie. – Jak tamten czarodziej, który chciał mnie na żonę. Przecież nie dla pięknej buźki – a dla możliwości. Kto wiedział, kto się interesował, KTO MYŚLAŁ… Szczęście w nieszczęściu, że w Anglii tak mało ludzi orientowało się w nekromancji i że tak długo miała spokój. – Nekromancja… Nekromancja została u nas zakazana, bo dla ludzi energia, która płynie w ludzkich ciałach nie była wystarczająca. Bo mieli rozterki, czyje życie jest ważniejsze, życie mordercy z więzienia, czy umierającego dziecka? Przecież można było poświecić jedno życie za drugie. A ja… mam w sobie nadmiar życia. Oczywiście o ile teoria tej czarownicy była prawdziwa, ale sądzę, że tak. Część z tego, co mówiła, pokrywała się z moim doświadczeniem stamtąd. Wiem o czy mówiła. Wiem, o co jej chodziło, co chciała mi przekazać. Szkoda tylko, że na samej teorii się nie skończyło, chciała sprawdzić mnie i tą moc w praktyce. Wzięła z klatki jedną jaszczurkę, jak gdyby nigdy nic walnęła w nią Avadą, a potem chciała, żebym ją wskrzesiła energią z Limbo. A kiedy odmówiłam, to stwierdziła, że weźmie to ze mnie po dobroci, albo siłą, nazwała mnie chodzącą żyłą energetyczną, z której można by czerpać i czerpać… i czerpać. I wtedy doszło do walki. Straciła przytomność, przeczyściłam jej trochę pamięć i ją zamknęłyśmy tam u niej i się ulotniłyśmy. Prędzej czy później sobie przypomni, że u niej byłam – Victoria zmarkotniała trochę, wypuściła bardzo głośno powietrze przez usta. – Nie chciałam tego przy niej robić. Nie chciałam, żeby miała potwierdzenie, nie chciałam, żeby miała choć ułamek tego, co jest we mnie – dodała ciszej i spojrzała na swoje dłonie.