• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine

[03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#13
19.11.2024, 02:13  ✶  
- Mm-ech - unosząc dłoń w górę zakołysał nią to w jedną, to w drugą stronę, jakby chciał zważyć jej słowa; no nie, niespecjalnie w to wierzył, przynajmniej tak zasugerowało jego spojrzenie.
W istocie wcale tak nie było. Może czuł przemożną narastającą irytację, lecz głównie na siebie i na okoliczność tego, że zabierali się do niezbędnego tematu tak późno. Spędzili razem już tyle lat, że Ambroise mógł zdecydowanie wcześniej dojść do tego, żeby poruszyć z nią temat, co tak właściwie wiedziała o medycynie. Szczególnie tej wstępnej, laickiej, wynikającej z konieczności udzielenia pierwszej pomocy sobie albo komuś innemu.
Potrzebowali bardzo mocnego impulsu. Niemalże tragedii do tego, aby siedzieć na dywanie i weryfikować wszystkie informacje, które sądził, że gdzieś tam miała (może niespecjalnie rozwinięte, ale) a których w rzeczywistości nie było. Jakimś cudem nie potrzebowała wiedzieć tego wszystkiego przez wiele lat obchodząc się bez tej praktyki czy nawet bez teorii.
Tymczasem to on. Jego cholerne poślizgnięcie się na nieoficjalnej ścieżce zawodowej. Pochopność, porywczość i wkurwienie Greengrassa sprawiło, że byli zmuszeni zweryfikować każdą jedną małą rzecz po kolei. Począwszy od tej jodełki, która zaczynała mu spędzać sen z powiek.
- Ta, jasne. Już to widzę - odburknął na tą naprawdę czczą i całkowicie niespełnialną deklarację.
Ani przez sekundę nie wierzył, że uda jej się (choćby przez tę sekundę) mu nie pyskować, trzymać język za zębami, nie komentować jego słów i zachowań. Tylko łypać na niego wściekle i z frustracją, bo tego nie wykluczyła w swoich słowach.
Nie dowierzał w to, że uda im się kontynuować proces nauczania bez narastającej irytacji po obu stronach. To było wręcz niemożliwe. Atmosfera zaczynała być ponura, pełna rozgoryczenia i uszczypliwości, które tylko czekały schowane na peryferiach umysłu, aby wydostać się po czubku języka na zewnątrz i wybrzmieć w ponurej ciszy.
- Za co tym razem? - Spytał mrugając kilkukrotnie, przy czym zmarszczył czoło i zaraz zmrużył oczy, posyłając Rinie nieprzekonane spojrzenie. - Czyżby to ta jodełka wyzwalała w tobie podobne - zaczął niemal od razu, praktycznie wchodząc jej w słowo przy drugiej części wypowiedzi, bo nie spodziewał się, że jakaś tam będzie. - Och - w pierwszej reakcji dał się zbić z tropu, ciężko wypuścił powietrze z płuc, próbując odzyskać rezon. - Długo jeszcze będziesz mi to wytykać?
Nie chciał zabrzmieć na aż tak sfrustrowanego, ale ten komentarz naprawdę nie był konieczny. Od paru dni, praktycznie odkąd odzyskał świadomość starał się wymazać to wrażenie. Usiłował nie być tak paskudny w rozmowach, gdy męczył się w łóżku, choć zazwyczaj nie miarkował się podczas choroby, narzekając i mamrocząc ile wlezie. Tym razem próbował współpracować.
Wczoraj po południu wygramolił się z pościeli, by nie tkwić tam zbyt długo jak jakaś nieruchawa niedorajda i niemota. Mimo że pewnie powinien tam zostać dłużej, chorując na tę swoją smoczą ospę, ale po prostu musiał coś robić. Padło na naukę, wkładał w to naprawdę dużo cierpliwości. Co z tego, że nie miał jej zbyt wiele?
Jeszcze nie warczał i nie syczał. Miarkował się. Przynajmniej jeszcze teraz. Nie ręczył za siebie później przy miliard pierwszej jodełce będącej wzorem wiejskim.
- Adrenalina. Ewentualnie wyrzut kortyzolu. Od biedy działanie reakcji uciekaj lub walcz, ale to powiedzą ci od Lecznicy Dusz, nie my w Mungu - machnął ręką, ostentacyjnie ignorując głupie pytanie i dając na nie nie tak głupią odpowiedź.
Upływające lata wspólnego doświadczenia miały pewne plusy. Wiedział mniej więcej, kiedy i na ile może sobie pozwolić. Przez resztę czasu improwizował.
- Zgadza się. Wszystkie - przytaknął biorąc na siebie ten gromny ciężar spojrzenia, bo to, co robił przynosiło skutek.
Cel uświęcał środki, czyż nie? W tym wypadku może na chwilę przystopował postęp ich prac nad tą zajebiście idealną jodełką, ale gdy jego dziewczyna ponownie zacięcie ruszyła do pracy, jej ruchy niemalże paliły jego skórę. Była zła, ale była też skuteczna.
Co prawda nie chwalił dnia przed zachodem słońca, bo ten jeszcze trwał. Słońce w dalszym ciągu było nisko na nieboskłonie, jeszcze nie schowało się za horyzontem. Mieli jeszcze szansę skończyć chociaż ten jeden nieszczęsny punkt z listy, jakim było bandażowanie, zanim naturalne światło dzienne całkowicie zgaśnie.
- Jestem lekarzem. Dostosowuję swój poziom do pacjenta. Czy tam ucznia. Uczennicy - odgryzł się bez cienia wyrzutów sumienia, szczególnie że w jego głosie nie było uszczypliwości, jedynie chęć utarcia Geraldine nosa za te wszystkie małe podszczypywania, jakie próbowała na nim stosować.
Byli siebie warci, nie? Ze wszech miar. W każdym stopniu. Nawet w takich rozmowach, w tych chwilach, w których żarli się bez faktycznego żarcia. Choć niewątpliwie mógłby ją ugryźć, ale w ten przyjemny, kręcący sposób. Nie ten, który sprawiał, że wywracał oczami. Nawet nie komentując dalej tych górskich trolli.
Zamiast tego z aprobatą przyjrzał się splotowi ich wspólnie wymęczonej sekwojki, na chwilę łapiąc dłoń dziewczyny, gdy przybiła mu piątkę i po prostu przytrzymując ją uniesioną w powietrzu. Bez powodu. Bez przyczyny. Splatając ich palce, uśmiechając się i do niej mrugając.
- Wobec tego zaliczenie będzie bardzo praktyczne. Zgodnie z pani życzeniem - w końcu nie mógł pozwolić na to, żeby straciła chęci na wszystko, co było związane z ich trwającym wieczorem, który był jeszcze młody.
Idealny na to, by wypełnić go szesnastoma kolejnymi punktami, co powtórzył bezgłośnie, poruszając tylko wargami i posyłając jej poważne spojrzenie. Niezbyt długo je utrzymał. Zbyt mocno rozbawiły go jej nagłe reakcje tak bardzo kontrastujące z tymi przez ostatnie godziny.
- Daj spokój, nie bądź mon flocon de neige, kible były stałą miejscówką dla wszystkich pokrzywdzonych przez los i przez eliksiry - machnął ręką, bo to była przecież oczywista oczywistość. - Wszystkie poza tym damskim na drugim piętrze. Ten był dla odważnych - stwierdził bez namysłu, bo choć minęło stosunkowo dużo lat odkąd w ogóle był w jakiejkolwiek swojej miejscówce w Hogwarcie to doskonale je wszystkie pamiętał.
To były... ...względnie dobre czasy. Z pewnością by do nich nie wrócił. A już szczególnie nie jako nauczyciel eliksirów czy zielarstwa. Ten dzień doskonale uświadamiał mu, dlaczego wolał pracować z ludźmi, którzy choć trochę znają się na medycynie. Z całym szacunkiem, jaki miał do swojej rozjuszonej piękności.
- Po pierwsze nie musisz posiłkować się przypuszczeniami. Przypominam ci, że byłem w szkolnej drużynie Quidditcha zanim - no cóż, to nie był jego ulubiony temat, szczególnie teraz, gdy ból w ciele trochę przypominał mu o tamtym okresie, sprawiając, że Ambroise urwał, wzruszając ramionami. - Po drugie tym gównem była u mnie opieka nad magicznymi stworzeniami i możesz się domyślić, jak to wtedy wyglądało - nieznacznie uniósł kąciki ust.
Które drgnęły mocniej na ten kolejny wyrzut.
- Tak mam - przyznał otwarcie, bez większego zastanowienia.
Nie miał pojęcia, czemu wybrała sobie aż tak obrzydliwe papierosy. Szczególnie, gdy rynek nie był już aż tak ubogi. A w domu naprawdę miała dużo więcej możliwości. Tyle tylko, że wolała w dalszym ciągu kopcić te swoje mugolskie śmieci. Nie tylko nie doceniając prawdziwej zielarskiej sztuki, lecz wręcz sobie z niej teraz drwiąc.
Cholernica.
- Riiiiinaa, ktoś mi się od tygodnia nie wyyyy - ten sam ton głosu, ten sam przesadny zaśpiew pełen politowania, bardzo znaczące urwanie w połowie słowa i spojrzenie, które padło w kierunku jego dziewczyny; no, nie musiał kończyć swojej odpowiedzi, tak było nawet bardziej zabawnie, bez utraty pola dla wymownego - mh-hm, dlateeeego - kląsnął językiem o podniebienie.
Dziwiła mu się? Nie powinna. Dostawał pierdolca w czterech ścianach mieszkania. Nie mógł wyjść do pracy, bo przecież miał smoczą ospę. Nie mógł zbyt efektywnie się ruszać, miał co najwyżej połowę dawnej fizycznej wydajności. I nawet jeśli starał się to jak najszybciej nadgonić to proces jego rekonwalescencji nie wyglądał zbyt dobrze.
W dodatku pozostawała jeszcze ta jedna drobna sprawa, która bardzo go wybijała z rytmu.
No, ta druga. Poza tą, do której pił kolejny raz z rzędu. Zarówno metaforycznie, jak i wiśniówkę wprost z butelki. Parsknął słysząc dalszą część tego melodyjnie niemelodyjnego zaśpiewu, ostentacyjnie unosząc wzrok na sufit.
- Wiesz, co? Kocham cię, ale cholernie się cieszę, że nie chodziliśmy razem do szkoły. Nie wysępiłabyś tym ode mnie żadnej fajki - ponownie prychnął, kręcąc głową.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (15255), Geraldine Greengrass-Yaxley (12894)




Wiadomości w tym wątku
[03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 18.11.2024, 01:19
RE: [03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 18.11.2024, 11:30
RE: [03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 18.11.2024, 13:02
RE: [03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 18.11.2024, 13:43
RE: [03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 18.11.2024, 14:34
RE: [03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 18.11.2024, 15:36
RE: [03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 18.11.2024, 16:47
RE: [03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 18.11.2024, 17:52
RE: [03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 18.11.2024, 18:53
RE: [03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 18.11.2024, 21:00
RE: [03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 18.11.2024, 22:31
RE: [03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 18.11.2024, 23:27
RE: [03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 19.11.2024, 02:13
RE: [03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 19.11.2024, 13:48
RE: [03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 19.11.2024, 15:43
RE: [03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 19.11.2024, 23:06
RE: [03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 20.11.2024, 04:15
RE: [03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 20.11.2024, 13:08
RE: [03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 20.11.2024, 16:13
RE: [03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 20.11.2024, 20:33
RE: [03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 20.11.2024, 21:44
RE: [03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 20.11.2024, 23:48
RE: [03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 21.11.2024, 02:28
RE: [03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 21.11.2024, 10:50
RE: [03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 21.11.2024, 13:39
RE: [03.1968] First aid, last resort || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 23.11.2024, 00:12

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa