Babcia Anh Sáng podziękowała za watę cukrową z lekkim ukłonem głowy, jakby był to najważniejszy gest dnia. Nieśpiesznie posmakowała słodkości, wyciągając język niczym dziecko. Jej oczy, okraszone pomarszczoną twarzą, rozbłysły figlarnie, a chwilę później, z charakterystycznym, melodyjnym śmiechem, wepchnęła sobie watę cukrową w usta niemal na jeden raz.
Pot kapał z czół muzyków, wybałuszone mugolskie oczy odetchnęły jednak z ulgą, gdy wiedźma skryta pod niepozorną kwiecistą suknią w końcu odpuściła zaklęcie zmuszające ich do gry. Nie musieli tego zauważyć, w końcu w jej ogorzałej dłoni nie było różdżki, a gesty zdawały się tylko tańcem ciała poddanego rytmowi. Tymczasem to rytm poddany był jej woli. Ale już nie, już był spokój, już mogli zmienić reperturar, choć tak na prawdę grupię z Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów pożegnały pospieszne odgłosy trzaskających futerałów - muzycy uciekali póki mogli, póki mała dziwaczna azjatka nie zmieni zdania.
Ulice Soho zdawały się wciąż ślepe i głuche na to. Pulsowały barwami i dźwiękami, a dyplomatka zanurzała się w ten chaos z dziecięcym zafascynowaniem. Zatrzymywała się przy każdym stoisku z jedzeniem, porównując zapachy i tekstury z tym, co znała z Kambodży, choć nie zdradzała, co faktycznie myśli. Jej delikatne palce z gracją omijały rozstawione na straganach drobiazgi, jakby szukała czegoś konkretnego, lecz finalnie nie kupiła nic, ciężko było więc zrozumieć jej gusta w tym zakresie.
Zatrzymała się przy grupie dzieci bawiących się w pobliżu fontanny. Na moment zdjęła sandały i zanurzyła stopy w chłodnej wodzie, ignorując wszelkie spojrzenia przechodniów, być może i skonsternowane spojrzenia Isaaca i Rity, ale zanim zdążyli coś powiedzieć, starsza kobieta uniosła palec do ust, wyciszając ich w pół gestu.
– Cicho, słuchajcie – powiedziała, wskazując na starszego mężczyznę, który w oddali stroił gitarę.
Po kilku chwilach gitarzysta zaczął grać. Melodia była spokojna, nostalgiczna, z nutą smutku. Babcia Anh Sáng stała w bezruchu, zamykając oczy. Jej twarz z powagą wsłuchiwała się w każdy dźwięk, a jej ręce delikatnie spoczywały splecione przed nią, gdy bose nogi obmywała wciąż woda z fontanny. Dziecięce śmiechy umilkły, wszystko stało się cichsze, skupione na smutnym fado złamanej duszy.
Kiedy utwór dobiegł końca, tym razem nie zmusiła muzyka do jego powtórzenia, godząc się z nieuchronnością czasu. Wyjęła z torebki kilka drobnych monet i włożyła je do kapelusza leżącego przed muzykiem, po czym wróciła do swoich towarzyszy, jakby nic się nie stało. Isaac zauważył, że jej wzrok był teraz spokojniejszy, prawie miękki.
Za wskazaniem Bagshota zbliżyli się do pubu, ale zanim zdążyli przekroczyć próg, starsza kobieta nagle przystanęła, a jej wyraz twarzy zmienił się w coś bardziej wyrachowanego, niemal badawczego. Spojrzała na szyld z takim skupieniem, jakby coś jej przypominał.
– Nie, nie tu – rzuciła krótko, wyciągając z torebki kawałek pomiętego papieru. Był to stary przewodnik po Londynie, z zakreślonymi na czerwono miejscami bardzo odległymi od majestatycznego centrum. – Jeszcze jeden punkt.
Nie czekając na ich odpowiedź, ruszyła w kierunku pobliskiego przystanku autobusowego, gdzie przeszklona wiata lśniła od wieczornego światła latarni. Przez chwilę wyglądało to, jakby chciała kontynuować trasę sama, ale opiekunowie mieli jasny przykaz spędzić to popołudnie z nią.
Wkrótce dotarli do niewielkiego parku, niemal pustego o tej godzinie. Na środku stała samotna ławka otoczona rzędami niskich lampionów. Starsza kobieta usiadła, wyciągnęła z torby kawałek suchego chleba i zaczęła rozkruszać go dla ptaków, które najwyraźniej znały to miejsce – przyleciały niemal od razu.
– Widzisz? – zwróciła się nieoczekiwanie do Rity, wskazując małego wróbla, który usiadł jej na dłoni. Najwidoczniej zupełnie już nie potrzebowała rozmówek, najwidoczniej wcale jej angielski nie był taki kiepski, by wszystko sprawdzać w pomiętej książeczce. Jej twarz rozpromieniła się w łagodności, gubiąc wszelką drapieżność, gubiąc nieustępliwość, którą dała im odczuć na swoich plecach, samej decydując jak będzie wyglądało to popołudnie. – Dom jest wszędzie, jeśli umiesz patrzeć.
Chwilę później wstała, otrzepała dłonie i oznajmiła, że nadszedł czas na powrót. Jej kroki znów były lekkie, a twarz promieniowała spokojem. Dźwięki gitary przepłynęły przez nią i pozostawiła je za sobą. Doświadczenia dały jej słodycz cukrowej waty, ale nie uwiązały jej do przestrzeni, które zwiedzali. Babcia ánh sáng, żegnając się, złożyła dłonie jak do modlitwy i skłoniła się lekko, z cichym „dziękuję” w swoim ojczystym języku.
A potem zniknęła w tłumie, jakby nigdy jej tam nie było.
Pot kapał z czół muzyków, wybałuszone mugolskie oczy odetchnęły jednak z ulgą, gdy wiedźma skryta pod niepozorną kwiecistą suknią w końcu odpuściła zaklęcie zmuszające ich do gry. Nie musieli tego zauważyć, w końcu w jej ogorzałej dłoni nie było różdżki, a gesty zdawały się tylko tańcem ciała poddanego rytmowi. Tymczasem to rytm poddany był jej woli. Ale już nie, już był spokój, już mogli zmienić reperturar, choć tak na prawdę grupię z Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów pożegnały pospieszne odgłosy trzaskających futerałów - muzycy uciekali póki mogli, póki mała dziwaczna azjatka nie zmieni zdania.
Ulice Soho zdawały się wciąż ślepe i głuche na to. Pulsowały barwami i dźwiękami, a dyplomatka zanurzała się w ten chaos z dziecięcym zafascynowaniem. Zatrzymywała się przy każdym stoisku z jedzeniem, porównując zapachy i tekstury z tym, co znała z Kambodży, choć nie zdradzała, co faktycznie myśli. Jej delikatne palce z gracją omijały rozstawione na straganach drobiazgi, jakby szukała czegoś konkretnego, lecz finalnie nie kupiła nic, ciężko było więc zrozumieć jej gusta w tym zakresie.
Zatrzymała się przy grupie dzieci bawiących się w pobliżu fontanny. Na moment zdjęła sandały i zanurzyła stopy w chłodnej wodzie, ignorując wszelkie spojrzenia przechodniów, być może i skonsternowane spojrzenia Isaaca i Rity, ale zanim zdążyli coś powiedzieć, starsza kobieta uniosła palec do ust, wyciszając ich w pół gestu.
– Cicho, słuchajcie – powiedziała, wskazując na starszego mężczyznę, który w oddali stroił gitarę.
Po kilku chwilach gitarzysta zaczął grać. Melodia była spokojna, nostalgiczna, z nutą smutku. Babcia Anh Sáng stała w bezruchu, zamykając oczy. Jej twarz z powagą wsłuchiwała się w każdy dźwięk, a jej ręce delikatnie spoczywały splecione przed nią, gdy bose nogi obmywała wciąż woda z fontanny. Dziecięce śmiechy umilkły, wszystko stało się cichsze, skupione na smutnym fado złamanej duszy.
Kiedy utwór dobiegł końca, tym razem nie zmusiła muzyka do jego powtórzenia, godząc się z nieuchronnością czasu. Wyjęła z torebki kilka drobnych monet i włożyła je do kapelusza leżącego przed muzykiem, po czym wróciła do swoich towarzyszy, jakby nic się nie stało. Isaac zauważył, że jej wzrok był teraz spokojniejszy, prawie miękki.
Za wskazaniem Bagshota zbliżyli się do pubu, ale zanim zdążyli przekroczyć próg, starsza kobieta nagle przystanęła, a jej wyraz twarzy zmienił się w coś bardziej wyrachowanego, niemal badawczego. Spojrzała na szyld z takim skupieniem, jakby coś jej przypominał.
– Nie, nie tu – rzuciła krótko, wyciągając z torebki kawałek pomiętego papieru. Był to stary przewodnik po Londynie, z zakreślonymi na czerwono miejscami bardzo odległymi od majestatycznego centrum. – Jeszcze jeden punkt.
Nie czekając na ich odpowiedź, ruszyła w kierunku pobliskiego przystanku autobusowego, gdzie przeszklona wiata lśniła od wieczornego światła latarni. Przez chwilę wyglądało to, jakby chciała kontynuować trasę sama, ale opiekunowie mieli jasny przykaz spędzić to popołudnie z nią.
Wkrótce dotarli do niewielkiego parku, niemal pustego o tej godzinie. Na środku stała samotna ławka otoczona rzędami niskich lampionów. Starsza kobieta usiadła, wyciągnęła z torby kawałek suchego chleba i zaczęła rozkruszać go dla ptaków, które najwyraźniej znały to miejsce – przyleciały niemal od razu.
– Widzisz? – zwróciła się nieoczekiwanie do Rity, wskazując małego wróbla, który usiadł jej na dłoni. Najwidoczniej zupełnie już nie potrzebowała rozmówek, najwidoczniej wcale jej angielski nie był taki kiepski, by wszystko sprawdzać w pomiętej książeczce. Jej twarz rozpromieniła się w łagodności, gubiąc wszelką drapieżność, gubiąc nieustępliwość, którą dała im odczuć na swoich plecach, samej decydując jak będzie wyglądało to popołudnie. – Dom jest wszędzie, jeśli umiesz patrzeć.
Chwilę później wstała, otrzepała dłonie i oznajmiła, że nadszedł czas na powrót. Jej kroki znów były lekkie, a twarz promieniowała spokojem. Dźwięki gitary przepłynęły przez nią i pozostawiła je za sobą. Doświadczenia dały jej słodycz cukrowej waty, ale nie uwiązały jej do przestrzeni, które zwiedzali. Babcia ánh sáng, żegnając się, złożyła dłonie jak do modlitwy i skłoniła się lekko, z cichym „dziękuję” w swoim ojczystym języku.
A potem zniknęła w tłumie, jakby nigdy jej tam nie było.
Postać opuszcza sesję