19.11.2024, 16:36 ✶
Anthony okrzepły już nieco z wieściami, które w połowie przyniósł mu Morpheus. Okrzepł z myślą, że jest w klubie do którego nie został zaproszony. Okrzepł z wertowaniem listy swoich najbliższych i rozdzielaniem ich to w prawo to w lewo, ze względu na przekonania, te, którymi dzielili się z nimi szczerze. Okrzepł z paranoją skrzącą się na końcówkach neuronów, która kalkulowała potencjalne plany Śmierciożerców i możliwe kontry do nich. Jedna po drugiej, co sam by zrobił, żeby skrzywdzić swoich bliskich i jak można było temu przeciwdziałać. Okrzepł z myślą, że może nikt nie chciałby go słuchać, wiedząc przecież lepiej od niego.
Okrzepł z myślą, że Erik nie mówi mu wszystkiego. Nie znali się tak na prawdę zbyt dobrze, dopiero od początku sierpnia budowali tę relację "jak należy" a też nie udawało im się uniknąć cieni spędzania czasu takiego prawdziwego, bez złocistej posypki przygody.
Okrzepł z myślą, że Quintessa nie mówi mu wszystkiego. Był dość stanowczy podczas ich ostatniej kłótni. Zbyt dumny na śmierciożercę. Zbyt leniwy, zbyt wygodny na Bohatera z Doliny.
Najtrudniej było okrzepnąć mu z myślą, że Jonathan uznał go za niegodnego tej tajemnicy. Zbyt słabego.
Bolało go to, ale przecież nie wiedział w stu procentach. Morpheus nie podawał mu imion, lawirował w lojalności, która nie była kryształowa, ale wciąż istniała. Te trzy imiona przychodziły mu na myśl z oczywistych względów. Clemens również przewijał się na potencjalnej liście, głównie przez wzgląd na wycieczkę w Polsce, on był jednak ostatnią osobą ze wspólną historią, którą podejrzewałby o tego typu zwierzenia w jego kierunku.
Co musiało się stać, żeby Morpheus powrócił do tej rozmowy? O wiele bardziej wylewny, o wiele bardziej przestraszony. Pomagaj bez zadawania pytań - to była ostatnia dyrektywa i tak robił. A teraz? Czegoż oczekiwał od niego jego przyjaciel? Czego oczekiwał jego anam cara?
– Nie może być tak źle – zaczął, ale głos mu ugrzązł w głowie. Zawsze był tym, który tonował Longbottoma, łagodził płomień wizji, roztaczał chłód wody tam, gdzie był potrzebny, roztaczał łagodną linię, rozlewy możliwości. Ale teraz miał za mało danych. Był otoczony mgłą.
Oblizał wargi, stał w pewnej odległości od Morpheusa i nie patrzył się na niego, choć doskonale wiedział jaki grymas wątpliwie zdobi twarz przyjaciela. Zaciskał i rozluźniał palce, stalowe oczy zatrzymały się na stali celtyckiego symbolu.
Nie obchodzili go oni. Nie wszyscy, to pewne. Bezimienne sylwetki podziemia, umorusane kanałami, biegające po polanie i oddające życie w imię idei. Bezimienni bohaterowie. Somnia nie musiał dorzucać drwa do jego lęku.
Erik
To imię rozbrzmiewało w nim jasnym słonecznym światłem. Poczucie odpowiedzialności za niego, nieuzasadnione niczym, przecież nawet nie byli razem, wciąż mogło się okazać, że dla Longbottoma to przelotny romans, na zaleczenie ran przebrzmiałej miłości, do której wysłał list i z którą spotkał się lipcowego poranka. Quintessa, Morpheus i Jonathan byli starsi, bardziej doświadczeni, szczwani latami spędzonymi na ministerialnych korytarzach. Byli czujni... Ale Erik? Kochał prostotę jego spojrzenia, kochał tak bardzo łagodność sądów. Tylko, że to była wojna. Anthony w swojej głowie miał już dziesięć potencjalnych scenariuszy, jak można byłoby doprowadzić do ruiny jego ukochanego. Plotką, czy bezpośrednim atakiem, celując w niego, czy w jego najbliższych. Młody Longbottom zbyt łatwo odsłaniał swoje karty, był łatwym i tłustym kąskiem.
Jeśli Warownia upadnie, zapanuje chaos.
Przełknął ślinę.
– Co mogę zrobić? – Wesparł się o parapet, czując jak osuwa mu się grunt spod nóg. – Ja... mam za sobą już dwie rozmowy wiesz... mmm... szukam dla nas sojuszników, ale to wymaga czasu, mam... mam półtora roku w plecy Morpheus. Nie wiedziałem... nigdy nie sądziłem, że będę musiał to robić. – cichy szept drżał jak płomień w kominku, a łzy same napłynęły do oczu. Oni wszyscy umrą, on umrze... Strach o Erika zatrząsł jego ciałem, nie był w stanie udawać, nie potrafił osłonić grą tego, jak bardzo jest przerażony wizją, którą roztoczył przed nim Morpheus. Ześlizgnął się niczym wąż na podłogę i podciągnął kolana do twarzy obejmując je ciasno, jak przed dwoma tygodniami, gdy zawodził na podłodze prowansalskiej sypialni. Teraz jego łzy jednak płynęły bezgłośnie, w słabości, która została dopuszczona do głosu.
Okrzepł z myślą, że Erik nie mówi mu wszystkiego. Nie znali się tak na prawdę zbyt dobrze, dopiero od początku sierpnia budowali tę relację "jak należy" a też nie udawało im się uniknąć cieni spędzania czasu takiego prawdziwego, bez złocistej posypki przygody.
Okrzepł z myślą, że Quintessa nie mówi mu wszystkiego. Był dość stanowczy podczas ich ostatniej kłótni. Zbyt dumny na śmierciożercę. Zbyt leniwy, zbyt wygodny na Bohatera z Doliny.
Najtrudniej było okrzepnąć mu z myślą, że Jonathan uznał go za niegodnego tej tajemnicy. Zbyt słabego.
Bolało go to, ale przecież nie wiedział w stu procentach. Morpheus nie podawał mu imion, lawirował w lojalności, która nie była kryształowa, ale wciąż istniała. Te trzy imiona przychodziły mu na myśl z oczywistych względów. Clemens również przewijał się na potencjalnej liście, głównie przez wzgląd na wycieczkę w Polsce, on był jednak ostatnią osobą ze wspólną historią, którą podejrzewałby o tego typu zwierzenia w jego kierunku.
Oni wszyscy umrą
Co musiało się stać, żeby Morpheus powrócił do tej rozmowy? O wiele bardziej wylewny, o wiele bardziej przestraszony. Pomagaj bez zadawania pytań - to była ostatnia dyrektywa i tak robił. A teraz? Czegoż oczekiwał od niego jego przyjaciel? Czego oczekiwał jego anam cara?
– Nie może być tak źle – zaczął, ale głos mu ugrzązł w głowie. Zawsze był tym, który tonował Longbottoma, łagodził płomień wizji, roztaczał chłód wody tam, gdzie był potrzebny, roztaczał łagodną linię, rozlewy możliwości. Ale teraz miał za mało danych. Był otoczony mgłą.
Oblizał wargi, stał w pewnej odległości od Morpheusa i nie patrzył się na niego, choć doskonale wiedział jaki grymas wątpliwie zdobi twarz przyjaciela. Zaciskał i rozluźniał palce, stalowe oczy zatrzymały się na stali celtyckiego symbolu.
Nie obchodzili go oni. Nie wszyscy, to pewne. Bezimienne sylwetki podziemia, umorusane kanałami, biegające po polanie i oddające życie w imię idei. Bezimienni bohaterowie. Somnia nie musiał dorzucać drwa do jego lęku.
Erik
To imię rozbrzmiewało w nim jasnym słonecznym światłem. Poczucie odpowiedzialności za niego, nieuzasadnione niczym, przecież nawet nie byli razem, wciąż mogło się okazać, że dla Longbottoma to przelotny romans, na zaleczenie ran przebrzmiałej miłości, do której wysłał list i z którą spotkał się lipcowego poranka. Quintessa, Morpheus i Jonathan byli starsi, bardziej doświadczeni, szczwani latami spędzonymi na ministerialnych korytarzach. Byli czujni... Ale Erik? Kochał prostotę jego spojrzenia, kochał tak bardzo łagodność sądów. Tylko, że to była wojna. Anthony w swojej głowie miał już dziesięć potencjalnych scenariuszy, jak można byłoby doprowadzić do ruiny jego ukochanego. Plotką, czy bezpośrednim atakiem, celując w niego, czy w jego najbliższych. Młody Longbottom zbyt łatwo odsłaniał swoje karty, był łatwym i tłustym kąskiem.
Jeśli Warownia upadnie, zapanuje chaos.
Przełknął ślinę.
– Co mogę zrobić? – Wesparł się o parapet, czując jak osuwa mu się grunt spod nóg. – Ja... mam za sobą już dwie rozmowy wiesz... mmm... szukam dla nas sojuszników, ale to wymaga czasu, mam... mam półtora roku w plecy Morpheus. Nie wiedziałem... nigdy nie sądziłem, że będę musiał to robić. – cichy szept drżał jak płomień w kominku, a łzy same napłynęły do oczu. Oni wszyscy umrą, on umrze... Strach o Erika zatrząsł jego ciałem, nie był w stanie udawać, nie potrafił osłonić grą tego, jak bardzo jest przerażony wizją, którą roztoczył przed nim Morpheus. Ześlizgnął się niczym wąż na podłogę i podciągnął kolana do twarzy obejmując je ciasno, jak przed dwoma tygodniami, gdy zawodził na podłodze prowansalskiej sypialni. Teraz jego łzy jednak płynęły bezgłośnie, w słabości, która została dopuszczona do głosu.