19.11.2024, 17:27 ✶
Londyn, 15 sierpnia 1972
Droga Mono,
nie wiem jak mam zacząć ten list. Żadne słowo nie wydaje się odpowiednie, a jak staram się ułożyć jakiekolwiek zdanie, natychmiast rozsypuje się ono przez swoją nieadekwatność. Jedyne, co pozostaje mi w tej sytuacji, to uczciwie opowiedzieć Ci o wszystkim, co się stało. Jeśli nie chcesz tego listu czytać, zrozumiem. Nie ma nic na świecie lepiej uzasadnionego niż Twój żal do mnie.
Tamtego wieczoru, dziesięć lat temu, nie myślałem trzeźwo. Wiem, to dobra wymówka, ale naprawdę wtedy tak było. Byłem rozdarty, bałem się, że moja przyszłość legnie w gruzach. Teraz myślę, że było mi to przeznaczone, jak w starożytnej tragedii. Uciekasz przed losem, a on dopada Cię i tak. Ojciec zauważył moje rozdarcie. Znał mnie doskonale, w tym każdą moją słabość. Wykorzystał je. Nie pamiętam, co dokładnie wtedy powiedział. W głowie pozostało mi zdanie "wiesz, co robić". Nie wiem, czy to ono dokładnie wtedy padło, ale na pewno było to coś w tym rodzaju. Wtedy myślałem, że trzeba było zadać nam szybki cios, jak wojownik, który musi szybkim ruchem wyciągnąć strzałę z ciała. Rzecz w tym, że gdy wyciągniesz strzałę, tylko pogarszasz sytuację. Wtedy tego nie wiedziałem. Moje serce krwawiło, a ja próbowałem zatamować ranę papierem z ksiąg, którymi starałem się zająć moje myśli. Krew przesiąkała przez papier, cierpiałem w ciszy, przekonany o tym, że przeciąłem nić, która nas łączyła, że z własnej decyzji straciłem Cię na zawsze. Egzystowałem w pustce przez wiele lat. Dopiero gdy ojciec umarł, ta pustka zaczęła mnie pochłaniać. Prawie mnie wciągnęła, myślałem, że - skoro straciłem i historię, i Ciebie, i jego - nic dla mnie w życiu nie pozostało. Kiedy jednak tymczasowo pozbyłem się pragnienia śmierci, zdecydowałem się, by żyć substytutem szczęśliwego życia. Zacząłem pić, założyłem Convivium, podniszczałem się powoli.
Nie będę opowiadać o tym, co działo się na wieczorku singli. Nie było ze mną dobrze, Twoja obecność przypomniała mi o tym, że żyję iluzją szczęścia. Załamałem się, wpadłem w ciąg alkoholowy. Nie byłem sobą przez kilka dobrych dni, nie pozwalałem sobie na ani chwilę trzeźwości. Wtedy właśnie Basil uznał, że czas to zakończyć. Pokazał mi listy od Ciebie, które znalazł w gabinecie mojego ojca. Owszem. Mój ojciec chował listy od Ciebie przede mną. Przeczytałem każdy z nich, nie spałem, tylko siedziałem nad każdym z osobna, powtarzając sobie ich treść, żałując, że nie mogłem Ci odpisać. Gdybym je dostał... rzuciłbym wszystko. Wiem to na pewno. Rzuciłbym się na kolana i przepraszał, w nadziei, że mi wybaczysz.
Wyznam Ci, że zacząłem wątpić w to, w co wierzyłem przez tyle lat. Kiedy dowiedziałem się, że ojciec chował Twoje listy, moja wiara w niego i jego dobrą wolę została zachwiana. Czy kochał mnie, jeśli powstrzymywał mnie od szczęścia? Czy to, że uczył mnie swojego fachu wynikało z dostrzeżenia mojego potencjału czy z tego, że jedynie potrzebował mieć obok kogoś, kto bezkrytycznie by go podziwiał? Przypominam sobie rzeczy z przeszłości, to, kiedy karał mnie za to, że miewałem własne zdanie w sprawach, które były dla niego ważne. Czy on mnie wychowywał czy rzeźbił na swoje podobieństwo niczym jakaś spaczona wersja chrześcijańskiego Boga?
Ostatniej nocy śnił mi się on i śniłaś mi się Ty. Moje serce podpowiada mi właściwą ścieżkę, a jest nią próba naprawy tego, co zniszczyłem. Nie chcę już płakać na gruzach, rozmyślając o tym, jak zawiodłem wszystkich dookoła, Ciebie też. Dlatego Cię przepraszam, z całego mojego serca. Nie oczekuję przebaczenia, choć mam na nie nadzieję. Moja ręka drży, jak to piszę, być może niektóre litery tego listu będą rozmazane. Lecz, jeśli, jakimś cudem, będziesz chciała spotkać się, porozmawiać o wszystkim, pozwolić się przeprosić na żywo, pisz do mnie śmiało. Tym razem nikt nie przechwyci naszej korespondencji.
Twój,
Icarus Prewett