19.11.2024, 20:29 ✶
Zajmując się zbieraniem wody przy pomocy różdżki i pozbywaniem się spod butów, Greengrass nie od razu zareagował na pytanie, które padło od strony rudowłosej niewiasty, właściwie to praktycznie dziecka.
Choć tak właściwie było zadziwiająco logiczne. Szczególnie jak na to, że jeszcze przed chwilą kurwiła bez ładu i składu, teraz nagle odzywając się z pewnym sensem.
No, ale nie chwalił dnia przed zachodem słońca. Wcale nie otrzeźwiała skoro w dalszym ciągu rwała krzak, jakby chciała wydrzeć go z korzeniami. Co, rzecz jasna, nie miało jej się powieść. Były zbyt długie, gęste i rozłożyste. Szczególnie w przypadku tak starych egzemplarzy jak te tutaj, prawdopodobnie jednych ze starszych w kraju, szczególnie że żarnowiec miotlasty zazwyczaj nie wytrzymywał zbyt wielu sezonów.
Ten tutaj miał prawdopodobnie dziesiątki lat, jeśli Ambroise dobrze pamiętał opowieści babki, a teraz nagle stanął przed ryzykiem zostania całkowicie zdezintegrowanym przez jakąś furiatkę. Koleje losu były naprawdę posrane. Dokładnie tak jak decyzje i pomysły niektórych ludzi.
- To oryginalny żywopłot z czasów, w których w Dolinie nie było jeszcze aż tak gęstej zabudowy. Nawet jeśli istniałyby takie prawa, egzekwowanie ich w przypadku niemalże pomników natury byłoby co najmniej niedorzeczne - stwierdził bardzo powoli, niezmiernie informatywnie, jakby prowadził rozmowę z dzieckiem.
Poniekąd właśnie tak było, czyż nie? Panienka przed nim była niezbyt wyrośnięta, co usilnie próbowała nadrabiać agresją i zaciętością. A także kompletnym brakiem pomyślunku, szacunku do otoczenia czy chociażby przelotnej próby zrozumienia...
...że...
...tych...
...krzaków...
...się...
...tak...
...nie...
...traktuje.
Koniec. Kropka.
Już zaczęły jeszcze bardziej żreć jej miotłę, stając się w tym coraz bardziej zawzięte. To nie miała być równa walka. W żadnym wypadku.
- Wystarczy je poprosić - powtórzył ignorując wszelkie inwektywy płynące zarówno w stronę krzewów, jak i obecnie najwyraźniej coraz częściej również jego.
Stojąc już teraz z rękami całkowicie wepchniętymi do kieszeni, przypatrywał się rozwojowi sytuacji. Kolejnym szelestom liści i ruchom gałązek coraz bardziej zaganiających sobie miotłę panienki, której odzyskanie z minuty na minutę robiło się coraz bardziej niemożliwe.
A gdy część witek pękła sprawiając, że miotła jeszcze bardziej osunęła się w kierunku wnętrza krzaku, rozłożył ręce, jakby mówił czego się spodziewałaś?, co prawda nie komentując tego na głos, ale zdecydowanie nie musiał. Wystarczyło, że spojrzała na niego idealnie w tym samym momencie.
Dziamdzianie, tyrada, Jęcząca Marta pod postacią ognistowłosego gnoma. Niestety nie ogrodowego, bo ogrodowy wiedziałby, co robić. Ogrodowy miałby również zapewne choć trochę więcej kultury.
- Rób. Co. Chcesz. Robię co chcę. Komentuję bieżącą sytuację, droga panno - odpowiedział bez zawahania.
Nie, to zdecydowanie nie była Weasleyówna. Weasleyowie, nawet ci najbardziej niedorzeczni, potrafili zachować twarz w podobnej sytuacji. Może na sam koniec wcale z nią nie wychodząc, bo no to wciąż byli Weasleyowie, jednak przynajmniej próbowali.
O tym tutaj dziewczęciu można było powiedzieć wiele, natomiast nie to, że miała w sobie choć knut taktu i dobrego wychowania. Nawet po tak krótkiej acz intensywnej interakcji, Ambroise był w stanie stwierdzić, że ma do czynienia z jednym z tych zbuntowanych typów panien. Takich, które wręcz żyły oznajmieniem całemu światu, jakie to są żywe, energiczne i autentyczne.
Z tym, że w jego oczach wyglądało to raczej śmiesznie. Zupełnie niczym szczekanie małego pieska. I jak to szczekanie: z początku było zabawne, interesujące, jednak po paru chwilach zaczęło stawać się coraz bardziej irytujące.
Gdyby jakkolwiek obchodziło go to, co teraz próbowała na niego wylać, zdecydowanie mógłby stwierdzić, że współczuje jej rodzinie. Może nawet partnerowi, jeśli w ogóle jakiegoś miała. W co śmiałby powątpiewać - ponownie: gdyby go to w jakikolwiek sposób interesowało, nawet po tak przelotnej interakcji.
- No cóż za niekulturalna roślina. Ktoś jej wlatuje w naturalny habitat naruszając integralność gałązek, najpewniej raniąc pień i próbując ją w dalszym ciągu uszkadzać. A ona się broni. W dodatku bezczelnie chcąc odzyskać część sił dzięki szybkiej przekąsce, która sama w nią wpadła - skinął głową, unosząc brwi w wyrazie zrozumienia, jakby to, co mówiła było całkowicie logiczne.
Bowiem było, czyż nie? Każdy spokojnie rosnący element flory wyłącznie czekał na to, aby mieć możliwość utrudnienia komuś życia. Krzewy, szczególnie żarnowca miotlastego wprost ustawiały się w kolejce (stąd tworzyły rząd, to w żadnym razie nie był tylko nieszkodliwy żywopłot), żeby wyczekiwać tam na swoją przydziałową okazję do przemiany w kurwikrzaki. Wiedział to każdy botanik.
- Wyjątkowy pokaz złej roślinnej woli - stwierdził, spoglądając na nią z ukosa i bardzo nieznacznie unosząc kąciki ust.
Czy był jakikolwiek sens w dalszym ciągu dyskutować z kimś kto nawet nie próbował zrozumieć, co się do niej mówiło? No niekoniecznie. Oceniając sytuację jako zupełnie pozbawioną szans na powodzenie, odsunął się lekko, próbując zrobić przy tym na tyle długi krok, żeby ominąć kałużę wody, którą przysiągłby, że usunął dosłownie przed chwilą.
Uniósł brwi, przyglądając się wodzie a następnie sunąc spojrzeniem w kierunku, z którego musiał wyciekać strumień. Jedna z jego brwi ponownie lekko drgnęła.
- Powodzenia w paleniu krzaków - pokręcił głową z politowaniem, nie musząc chyba dodawać, czemu zupełnie nie dostrzegał szans na powodzenie.
To było całkiem oczywiste, choć nie tak jak to, co zaraz i tak opuściło usta Greengrassa.
- Żarnowiec miotlasty tego pokroju nie jest łatwopalny - jedna lekcja zielarstwa w Hogwarcie, no naprawdę.
Nie był tu jednak od tego, by udzielać niechcianych wykładów, dawać rady czy nawet pomagać komuś, kto nie chciał jego pomocy. Nie zamierzał robić tego na siłę. Wręcz przeciwnie, skłonił się lekko przed niewiastą, nie kryjąc drwiny zawartej w tym geście, po czym długim krokiem przekroczył największą strużkę (tak właściwie to strumień) wody, oddalając się bez dalszych pytań. Jedna oferta pomocy była wystarczająca.
Choć tak właściwie było zadziwiająco logiczne. Szczególnie jak na to, że jeszcze przed chwilą kurwiła bez ładu i składu, teraz nagle odzywając się z pewnym sensem.
No, ale nie chwalił dnia przed zachodem słońca. Wcale nie otrzeźwiała skoro w dalszym ciągu rwała krzak, jakby chciała wydrzeć go z korzeniami. Co, rzecz jasna, nie miało jej się powieść. Były zbyt długie, gęste i rozłożyste. Szczególnie w przypadku tak starych egzemplarzy jak te tutaj, prawdopodobnie jednych ze starszych w kraju, szczególnie że żarnowiec miotlasty zazwyczaj nie wytrzymywał zbyt wielu sezonów.
Ten tutaj miał prawdopodobnie dziesiątki lat, jeśli Ambroise dobrze pamiętał opowieści babki, a teraz nagle stanął przed ryzykiem zostania całkowicie zdezintegrowanym przez jakąś furiatkę. Koleje losu były naprawdę posrane. Dokładnie tak jak decyzje i pomysły niektórych ludzi.
- To oryginalny żywopłot z czasów, w których w Dolinie nie było jeszcze aż tak gęstej zabudowy. Nawet jeśli istniałyby takie prawa, egzekwowanie ich w przypadku niemalże pomników natury byłoby co najmniej niedorzeczne - stwierdził bardzo powoli, niezmiernie informatywnie, jakby prowadził rozmowę z dzieckiem.
Poniekąd właśnie tak było, czyż nie? Panienka przed nim była niezbyt wyrośnięta, co usilnie próbowała nadrabiać agresją i zaciętością. A także kompletnym brakiem pomyślunku, szacunku do otoczenia czy chociażby przelotnej próby zrozumienia...
...że...
...tych...
...krzaków...
...się...
...tak...
...nie...
...traktuje.
Koniec. Kropka.
Już zaczęły jeszcze bardziej żreć jej miotłę, stając się w tym coraz bardziej zawzięte. To nie miała być równa walka. W żadnym wypadku.
- Wystarczy je poprosić - powtórzył ignorując wszelkie inwektywy płynące zarówno w stronę krzewów, jak i obecnie najwyraźniej coraz częściej również jego.
Stojąc już teraz z rękami całkowicie wepchniętymi do kieszeni, przypatrywał się rozwojowi sytuacji. Kolejnym szelestom liści i ruchom gałązek coraz bardziej zaganiających sobie miotłę panienki, której odzyskanie z minuty na minutę robiło się coraz bardziej niemożliwe.
A gdy część witek pękła sprawiając, że miotła jeszcze bardziej osunęła się w kierunku wnętrza krzaku, rozłożył ręce, jakby mówił czego się spodziewałaś?, co prawda nie komentując tego na głos, ale zdecydowanie nie musiał. Wystarczyło, że spojrzała na niego idealnie w tym samym momencie.
Dziamdzianie, tyrada, Jęcząca Marta pod postacią ognistowłosego gnoma. Niestety nie ogrodowego, bo ogrodowy wiedziałby, co robić. Ogrodowy miałby również zapewne choć trochę więcej kultury.
- Rób. Co. Chcesz. Robię co chcę. Komentuję bieżącą sytuację, droga panno - odpowiedział bez zawahania.
Nie, to zdecydowanie nie była Weasleyówna. Weasleyowie, nawet ci najbardziej niedorzeczni, potrafili zachować twarz w podobnej sytuacji. Może na sam koniec wcale z nią nie wychodząc, bo no to wciąż byli Weasleyowie, jednak przynajmniej próbowali.
O tym tutaj dziewczęciu można było powiedzieć wiele, natomiast nie to, że miała w sobie choć knut taktu i dobrego wychowania. Nawet po tak krótkiej acz intensywnej interakcji, Ambroise był w stanie stwierdzić, że ma do czynienia z jednym z tych zbuntowanych typów panien. Takich, które wręcz żyły oznajmieniem całemu światu, jakie to są żywe, energiczne i autentyczne.
Z tym, że w jego oczach wyglądało to raczej śmiesznie. Zupełnie niczym szczekanie małego pieska. I jak to szczekanie: z początku było zabawne, interesujące, jednak po paru chwilach zaczęło stawać się coraz bardziej irytujące.
Gdyby jakkolwiek obchodziło go to, co teraz próbowała na niego wylać, zdecydowanie mógłby stwierdzić, że współczuje jej rodzinie. Może nawet partnerowi, jeśli w ogóle jakiegoś miała. W co śmiałby powątpiewać - ponownie: gdyby go to w jakikolwiek sposób interesowało, nawet po tak przelotnej interakcji.
- No cóż za niekulturalna roślina. Ktoś jej wlatuje w naturalny habitat naruszając integralność gałązek, najpewniej raniąc pień i próbując ją w dalszym ciągu uszkadzać. A ona się broni. W dodatku bezczelnie chcąc odzyskać część sił dzięki szybkiej przekąsce, która sama w nią wpadła - skinął głową, unosząc brwi w wyrazie zrozumienia, jakby to, co mówiła było całkowicie logiczne.
Bowiem było, czyż nie? Każdy spokojnie rosnący element flory wyłącznie czekał na to, aby mieć możliwość utrudnienia komuś życia. Krzewy, szczególnie żarnowca miotlastego wprost ustawiały się w kolejce (stąd tworzyły rząd, to w żadnym razie nie był tylko nieszkodliwy żywopłot), żeby wyczekiwać tam na swoją przydziałową okazję do przemiany w kurwikrzaki. Wiedział to każdy botanik.
- Wyjątkowy pokaz złej roślinnej woli - stwierdził, spoglądając na nią z ukosa i bardzo nieznacznie unosząc kąciki ust.
Czy był jakikolwiek sens w dalszym ciągu dyskutować z kimś kto nawet nie próbował zrozumieć, co się do niej mówiło? No niekoniecznie. Oceniając sytuację jako zupełnie pozbawioną szans na powodzenie, odsunął się lekko, próbując zrobić przy tym na tyle długi krok, żeby ominąć kałużę wody, którą przysiągłby, że usunął dosłownie przed chwilą.
Uniósł brwi, przyglądając się wodzie a następnie sunąc spojrzeniem w kierunku, z którego musiał wyciekać strumień. Jedna z jego brwi ponownie lekko drgnęła.
- Powodzenia w paleniu krzaków - pokręcił głową z politowaniem, nie musząc chyba dodawać, czemu zupełnie nie dostrzegał szans na powodzenie.
To było całkiem oczywiste, choć nie tak jak to, co zaraz i tak opuściło usta Greengrassa.
- Żarnowiec miotlasty tego pokroju nie jest łatwopalny - jedna lekcja zielarstwa w Hogwarcie, no naprawdę.
Nie był tu jednak od tego, by udzielać niechcianych wykładów, dawać rady czy nawet pomagać komuś, kto nie chciał jego pomocy. Nie zamierzał robić tego na siłę. Wręcz przeciwnie, skłonił się lekko przed niewiastą, nie kryjąc drwiny zawartej w tym geście, po czym długim krokiem przekroczył największą strużkę (tak właściwie to strumień) wody, oddalając się bez dalszych pytań. Jedna oferta pomocy była wystarczająca.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down