20.11.2024, 02:34 ✶
Koniec października, który praktycznie przez większość życia kojarzył mu się głównie raczej w negatywny, męczący i ponury sposób jako kolejna cyfra do odhaczenia i nic więcej, od kilku lat zaczął robić się znośnejszy. Nie, nawet nie znośniejszy. Takim określeniem odebrałby swojej dziewczynie zasłużone uznanie.
Odkąd spędzali ze sobą życie, trzydziesty października stał się dobry, szczęśliwy. Może nieszczególnie wyczekiwany, ale do pewnego stopnia dał się polubić. Ambroise w dalszym ciągu nie lubił tej daty. Nie sądził, żeby kiedykolwiek zmienił swoje podejście odnośnie urodzin. To w dalszym ciągu był dla niego okres refleksji.
Paradoksalnie wtedy nigdy nie był w stanie dłużej chować przed sobą pewnych przemyśleń. Pozwalał sobie na ten rodzaj introspekcji, którego nie miał przez całą resztę roku. Nieważne ile razy to robił, to nie było łatwe. Nie czerpał żadnej satysfakcji z urządzania sobie tego prywatnego podsumowania roku. Znacznie bardziej istotnego niż jakakolwiek inna data, kiedy większość ludzi skłaniała się ku podobnym myślom.
Niektórzy mieli koniec roku. Nowy Rok. Koniec zimy i początek wiosny, czyli naturalny Nowy Rok.
Dla niego to była data urodzin. No, tak właściwie to kilka dni przed nimi i kilka dni po nich. Mniej więcej pełen tydzień, gdy stawał się może nie bardziej nieprzyjemny, ale na pewno wyraźnie markotny i odległy myślami.
Jednakże za każdym razem we własne urodziny starał się zachowywać tak, jakby wszystko, co organizowała dla niego Rina sprawiało mu przyjemność. Możliwe, że trochę oszukiwał tym samego siebie. Przynajmniej z początku, bo wielokrotnie powtarzany uśmiech w końcu sięgał oczu i kończył się bardziej szczerym wybuchem śmiechu.
W tym roku szczególnie na widok kamiennego ciasta zdobytego skądś przez jego kobietę (na pewno nie upieczonego przez Geraldine, tego był pewien), które najwidoczniej zaliczyło kilka kraks po drodze. Ostatnią w kuchni w Piaskownicy, patrząc po śladach na szafkach i suficie.
Przynajmniej próbowali je zjeść. Jakimś cudem komuś (tu już patrząc na tłuczek w kuchni rozważał Geraldine) nawet udało się wbić tam świeczki, więc pierwsze podejścia były całkiem ochocze. Każde kolejne wywoływało tylko jeszcze więcej wesołości.
Cały ten wieczór był naprawdę wspaniały. Tegoroczny zaliczał do jednego z najlepszych, nawet jeśli gdzieś tam z tyłu głowy wciąż tkwiła mu myśl o konieczności wymknięcia się w środku nocy, by załatwić naglące interesy. Starał się, żeby to nie popsuło im wszystkiego, co sobie zorganizowali.
No dobrze - w czym on miał wyłącznie udział dopiero na sam koniec, wcześniej nie znając zbyt wielu szczegółów. Nieważne jak bardzo by o nie dopytywał, przypominając o tym, jak to bardzo nie lubi niespodzianek.
Tylko po to, aby jak szczeniak cieszyć się z prezentu, pobytu na plaży, klimatu w ogrodzie, w którym spędzili większość wieczoru. A potem klejnotu koronnego zakończonego niemal bezwładnym osunięciem się w przyjemnie zimną dla rozpalonej skóry pościel. Nie mógł wymarzyć sobie lepszych urodzin.
Nie. Mógłby.
W swoje idealne urodziny nigdzie by się nie wymykał, nie pisałby krótkiej notatki na poduszkę ani nie rzucałby spojrzenia w kierunku śpiącej dziewczyny, odgarniając jej delikatnie kilka kosmyków z twarzy i szepcząc, że ją kurewsko kocha. Nie żegnał się, ale tak na wszelki wypadek. Nie chciał wychodzić bez słowa w noc.
Końcówka października przynosiła ciemne i ponure wieczory. Może nie w ich domu w Whitby, gdzie ta noc była chłodna, ale gwiaździsta. Idealna, aby przez kilka godzin rozmawiali pod gołym niebem. Nie. Za to tutaj w dokach na nabrzeżu była zupełnie inna. Trudno byłoby mówić o jej uroku i czarze. Była jak gęsty, obrzydliwy, lepki woal. Nie całun, choć to właśnie to słowo jako pierwsze przyszło mu na myśl.
Odepchnął je od siebie. Musiał się skupić. Przede wszystkim dbając o to, na co miał czas dzięki przybyciu tu zdecydowanie wcześniej. Co prawda wcześniejsze przybycie nigdy nie oznaczało, że nie musi się spieszyć, ale dzięki temu ograniczał wpływ elementu zaskoczenia.
Cichy trzask gdzieś w głębi pomieszczenia sprawił, że Ambroise zastygł w całkowitym bezruchu, następnie bardzo ostrożnie, powoli przesuwając się głębiej w cień. Mamrotane słowa ucichły, gdy mocniej ścisnął różdżkę w dłoni. Do spotkania pozostało jeszcze trochę czasu. To mógł być szczur, kawałek blachy rwanej wiatrem, cokolwiek, ale wciąż nie zamierzał ryzykować.
Miał plany na następny dzień. Na resztę nocy i poranek. One były nadrzędne.
Odkąd spędzali ze sobą życie, trzydziesty października stał się dobry, szczęśliwy. Może nieszczególnie wyczekiwany, ale do pewnego stopnia dał się polubić. Ambroise w dalszym ciągu nie lubił tej daty. Nie sądził, żeby kiedykolwiek zmienił swoje podejście odnośnie urodzin. To w dalszym ciągu był dla niego okres refleksji.
Paradoksalnie wtedy nigdy nie był w stanie dłużej chować przed sobą pewnych przemyśleń. Pozwalał sobie na ten rodzaj introspekcji, którego nie miał przez całą resztę roku. Nieważne ile razy to robił, to nie było łatwe. Nie czerpał żadnej satysfakcji z urządzania sobie tego prywatnego podsumowania roku. Znacznie bardziej istotnego niż jakakolwiek inna data, kiedy większość ludzi skłaniała się ku podobnym myślom.
Niektórzy mieli koniec roku. Nowy Rok. Koniec zimy i początek wiosny, czyli naturalny Nowy Rok.
Dla niego to była data urodzin. No, tak właściwie to kilka dni przed nimi i kilka dni po nich. Mniej więcej pełen tydzień, gdy stawał się może nie bardziej nieprzyjemny, ale na pewno wyraźnie markotny i odległy myślami.
Jednakże za każdym razem we własne urodziny starał się zachowywać tak, jakby wszystko, co organizowała dla niego Rina sprawiało mu przyjemność. Możliwe, że trochę oszukiwał tym samego siebie. Przynajmniej z początku, bo wielokrotnie powtarzany uśmiech w końcu sięgał oczu i kończył się bardziej szczerym wybuchem śmiechu.
W tym roku szczególnie na widok kamiennego ciasta zdobytego skądś przez jego kobietę (na pewno nie upieczonego przez Geraldine, tego był pewien), które najwidoczniej zaliczyło kilka kraks po drodze. Ostatnią w kuchni w Piaskownicy, patrząc po śladach na szafkach i suficie.
Przynajmniej próbowali je zjeść. Jakimś cudem komuś (tu już patrząc na tłuczek w kuchni rozważał Geraldine) nawet udało się wbić tam świeczki, więc pierwsze podejścia były całkiem ochocze. Każde kolejne wywoływało tylko jeszcze więcej wesołości.
Cały ten wieczór był naprawdę wspaniały. Tegoroczny zaliczał do jednego z najlepszych, nawet jeśli gdzieś tam z tyłu głowy wciąż tkwiła mu myśl o konieczności wymknięcia się w środku nocy, by załatwić naglące interesy. Starał się, żeby to nie popsuło im wszystkiego, co sobie zorganizowali.
No dobrze - w czym on miał wyłącznie udział dopiero na sam koniec, wcześniej nie znając zbyt wielu szczegółów. Nieważne jak bardzo by o nie dopytywał, przypominając o tym, jak to bardzo nie lubi niespodzianek.
Tylko po to, aby jak szczeniak cieszyć się z prezentu, pobytu na plaży, klimatu w ogrodzie, w którym spędzili większość wieczoru. A potem klejnotu koronnego zakończonego niemal bezwładnym osunięciem się w przyjemnie zimną dla rozpalonej skóry pościel. Nie mógł wymarzyć sobie lepszych urodzin.
Nie. Mógłby.
W swoje idealne urodziny nigdzie by się nie wymykał, nie pisałby krótkiej notatki na poduszkę ani nie rzucałby spojrzenia w kierunku śpiącej dziewczyny, odgarniając jej delikatnie kilka kosmyków z twarzy i szepcząc, że ją kurewsko kocha. Nie żegnał się, ale tak na wszelki wypadek. Nie chciał wychodzić bez słowa w noc.
Końcówka października przynosiła ciemne i ponure wieczory. Może nie w ich domu w Whitby, gdzie ta noc była chłodna, ale gwiaździsta. Idealna, aby przez kilka godzin rozmawiali pod gołym niebem. Nie. Za to tutaj w dokach na nabrzeżu była zupełnie inna. Trudno byłoby mówić o jej uroku i czarze. Była jak gęsty, obrzydliwy, lepki woal. Nie całun, choć to właśnie to słowo jako pierwsze przyszło mu na myśl.
Odepchnął je od siebie. Musiał się skupić. Przede wszystkim dbając o to, na co miał czas dzięki przybyciu tu zdecydowanie wcześniej. Co prawda wcześniejsze przybycie nigdy nie oznaczało, że nie musi się spieszyć, ale dzięki temu ograniczał wpływ elementu zaskoczenia.
Cichy trzask gdzieś w głębi pomieszczenia sprawił, że Ambroise zastygł w całkowitym bezruchu, następnie bardzo ostrożnie, powoli przesuwając się głębiej w cień. Mamrotane słowa ucichły, gdy mocniej ścisnął różdżkę w dłoni. Do spotkania pozostało jeszcze trochę czasu. To mógł być szczur, kawałek blachy rwanej wiatrem, cokolwiek, ale wciąż nie zamierzał ryzykować.
Miał plany na następny dzień. Na resztę nocy i poranek. One były nadrzędne.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down