20.11.2024, 04:15 ✶
- Pomyliły ci się przyczyny stania jedną nogą w grobie? - Spytał ironicznie, całkowicie bez ceregieli i bez poczucia, że znowu przypominał im obojgu o wydarzeniach sprzed kilku dni. - Mam dwadzieścia dziewięć lat. Nie sto dwadzieścia dziewięć.
I zdecydowanie zamierzał dobić przynajmniej tę różnicę, żeby tylko udowodnić jej, że na stare lata będzie z rozrzewnieniem wspominać jego ugodowy charakter i przyjacielskie usposobienie. Szczególnie, kiedy już przyjdzie mu faktycznie na nowo spotkać się z Zasłoną, zostać dębem czy po prostu wykorkować bez pośmiertnego życia.
No, bo skoro już sama powtarzała mu to raz za razem to on mógł to jednokrotnie zrobić. Mógł jej przypomnieć, że tak - prawie umarł, ale nie z powodu sędziwego wieku.
Tylko własnej pochopności, cudzych akcji i tego, że nie przećwiczyli wcześniej żadnych elementów pierwszej pomocy. Zwłaszcza po to, żeby jeszcze bardziej ją rozjuszyć. Jodełka sama się nie układała. Pod jej rękami też niezbyt, ale zmierzali do tego, prawda?
Powstała.
Nie jodełka, ale sekwojka.
- To miała być jodełka - przytaknął bez próby udawania, że nie miało być inaczej. - Ale jak zwykle robisz wszystko po swojemu. Sekwojka jest dostateczna. Sequoiadendron giganteum. Może być kanadyjska - stwierdził całkiem ugodowo jak na to, że jeszcze chwilę wcześniej niemalże pienił się na samą myśl o miliardzie nieudanych jodełek.
Teraz mu przeszło. Tym bardziej, że alkohol zaczął powoli działać, rozluźniając ciało, język i (miał nadzieję) umysł.
Co prawda kusiło go, żeby nie uściślać swojej wypowiedzi i nie wyprowadzać Geraldine z błędu, w który całkiem celowo ją wprowadził, ale nie był aż takim palantem. Przynajmniej już nie. No, może tylko trochę. Nieznacznie.
Ten obecny palant nie chciał, żeby miała o nim aż tak fałszywe mniemanie. To nie tak, że czegokolwiek się wstydził. Nie czuł nawet cienia żenady na myśl o swoich szkolnych podbojach. Te wszystkie historie były częścią jego życia. Tego, kim był kiedyś. Nie teraz. Ukształtowały go. Może trochę pokracznie, ale w dalszym ciągu wyszedł na ludzi, prawda?
Jedynie nie czuł potrzeby zbyt długo wciskać Rinie czegoś, co wcale nie brzmiało tak atrakcyjnie. Właściwie to było całkiem godne politowania. Niby nie mógł powiedzieć, że był całkowicie niewinny i nigdy czegoś takiego nie zrobił, ale skończyło się na jednym razie. To mu w zupełności wystarczyło, żeby nie sięgnął po powtórkę w żadnym kiblu.
- Kopciłem papierosy, jarałem zioło i warzyłem eliksiry - odpowiedział gładko mając już gotową odpowiedź, tym bardziej, że spodziewał się po niej takiej a nie innej reakcji.
Z powodzeniem mogła to dostrzec w jego rozbawionych oczach i w sposobie, w który Ambroise znacząco uniósł brwi, błyskając górnym rzędem zębów w uśmiechu. Bardzo nieznacznie pokręcił głową, rzucając Yaxleyównie pobłażliwe spojrzenie. Naprawdę miała go za aż taki element?
- Kible, toalety, miejsca sanitarne i tak dalej, przynajmniej te publiczne, bo naszą łazienkę... ...łazienki bez wątpienia lubię - raczył zaznaczyć powolnym, leniwym tonem głosu, uśmiechając się jeszcze bardziej znacząco - są pełne bakterii. Wykorzystywanie ich w celach, o których myślisz jest cholernie niehigieniczne. Nie to, żeby sam seks był higieniczny - przekrzywił głowę ze wzruszeniem ramion, pozwalając sobie na tę drobną dygresję, skoro mieli się uczyć - natomiast nawet jako niewyżyty nastolatek miałem swoje standardy.
Być może nie były wybitnie wysokie, ale też nie żałośnie niskie. Lubił sięgać pod szaty dziewcząt, dostawać od nich wiele bardzo bliskiej uwagi, dogłębnie studiować z nimi zielarstwo, dawać im korki z eliksirów, pokazywać im swoją miotłę. Natomiast nigdy nie zniżał się do czegoś, co byłoby choć trochę niesmaczne.
Co prawda w przypadku legend o damskich toaletach musiał sam się o tym przekonać, żeby stwierdzić, że to było pozbawione jakiejkolwiek rozrywki i tak właściwie całkiem niewygodne a do tego obrzydliwe. Natomiast później odkrył łazienkę prefektów i mięsiste uda jednej z miłościwie im panujących koleżanek z Hufflepuffu. Tam. Tam to był standard.
Natomiast postanowił zostawić to dla siebie. To, że nie mieli wobec siebie tajemnic i nieświadomie doskonale upewnili się, że wiedziały gały co brały nie oznaczało, że musiał zaznajamiać ją z każdą swoją przelotną przygodą.
Szczególnie, że żadna nie była nią. Żadna nie zagościła w jego życiu ani w sercu, nie zagrzała w nim miejsca. Prawdę mówiąc prawie każda ledwo była w stanie ogrzać mu pościel, bo zazwyczaj potrafił zasugerować stosunkowo szybkie rozstanie po miłym wieczorze. Miał w tym szerokie doświadczenie.
Którego nie planował nigdy więcej wykorzystywać. Mieli siebie, byli ze sobą na stałe i na wyłączność. Nigdy nie wyobrażał sobie, aby mogło być inaczej. Upływ czasu wyłącznie go w tym utwierdzał. Był zdecydowany, zakochany, poniekąd w dalszym ciągu trochę rozgoryczony daniem mu kosza, gdy spytał ją o możliwości.
Zresztą teraz również niepokojąco zmrużył oczy słysząc to słowo, które mimowolnie odświeżyło mu pamięć o tamtej chwili. Mimowolnie sięgnął do niej wspomnieniem, praktycznie od razu podsuwając odpowiedź.
- Uwarowit - stwierdził bez zawahania. - Nie musi błyszczeć. Musi być wyjątkowy i rzadki. Uwarowit - kląsnął językiem o podniebienie, nie zamierzając dyskutować o tym, skąd wzięło się akurat to przekonanie.
Nie to o byciu gwiazdą, rzecz jasna. O tym doskonale wiedział. Zdawał sobie sprawę z tego jak zajebiście dobry był w Quidditchu. Przez kilka lat mydlił sobie oczy gigantyczną karierą. Inni zresztą wcale mu w tym nie przeszkadzali, swoim entuzjazmem nakręcając tę spiralę, dopóki nie wystrzeliła i wszystkie plany nie poszły w łeb.
Czy żałował? Oczywiście. Ta myśl w dalszym ciągu nie była dla niego czymś przyjemnym. Natomiast przeżył już swoje, znalazł inną ścieżkę kariery i trzymał się jej jak do tej pory bardzo zdecydowanie, skutecznie, uparcie idąc po swoje.
Co zaś tyczyło się komentarza z ust jego najdroższej, Roise jedynie uśmiechnął się w charakterystyczny sposób, unosząc przy tym prawą brew. Miał to sobie odnotować. Jej całe uwielbienie dla tej jego niezmąconej pewności siebie. Skoro już to powiedziała.
- Bezbłędnie. Poradziłby sobie bezbłędnie. A gdyby tylko była trochę starsza - oboje wiedzieli, jakby to wtedy wyglądało, prawda?
Nie wątpił, że prędzej czy później skończyliby razem w jakimś ustronnym miejscu jak to zwykli robić nawet jako dorośli, poważni czarodzieje. Nie wątpił, że to, że spotkali się dopiero wiele lat później miało swoją przyczynę i znaczenie.
Natomiast wraz z upływem czasu nie sądził, aby mogli mieć kiedykolwiek swój zły czas, złe miejsce. Byli sobie pisani. Wkurwiała go tym czasem niemożliwie, nawet tego wieczoru, ale nie wyobrażał sobie siebie u boku kogokolwiek innego.
To, że znacznie szybciej znaleźliby się bliżej (bardzo, bardzo blisko) nie mogłoby im wyjść na złe. Może mieliby więcej specyficznych problemów, których uniknęli świadomie wiążąc się dopiero u wrót jego starokawalerstwa, co było całkiem śmiesznym pojęciem, ale na pewno jakoś daliby radę.
Była jego. Zawsze miała być jego.
- Mógłbym cię po prostu resuscytować, ale od cholernie dawna dajesz mi do zrozumienia, że wtedy po prostu mnie zabijesz - odparł wprost, rozkładając ręce. - Jeśli miałbym zginąć to w przyjemniejszy sposób.
Miał ich co najmniej kilka, każdy znacznie lepszy od wcześniejszego i wszystkie kręciły się wokół jednej problematyki. Tego, że od tygodnia zgrabnie odrzucała jego wszystkie umizgi, zaloty, zaproszenia, jawne gesty. Każdy jeden znak, że naprawdę nie musi go karać ani traktować jak nieporadnego.
Z tym jednym z pewnością miał sobie poradzić. A potem z drugim, z trzecim.
- Każesz mi się gonić? Kuszące - odpowiedział ze zmrużeniem powiek, bo mógłby się nad tym tak właściwie zastanowić.
Gdyby nie to, że w tym stanie niespecjalnie czuł się do tego na siłach. Może mieli duże mieszkanie. Wiele możliwości. Być może to nie byłby pierwszy raz, gdy urozmaicali sobie doznania. Tak właściwie nawet żaden przesadny eksces. Mieli na koncie zdecydowanie lepsze i bardziej godne uwagi (a także rychłego powtórzenia).
Aczkolwiek to nie było coś na teraz. Nie zamierzał o tym mówić. Utrzymał twarz, zadowolony uśmiech, prowokacyjnie zmrużone oczy, ale wolałby uniknąć gonitwy po pokojach. Przynajmniej jeszcze przez chwilę, bo teraz czuł się jak obolały starzec. Pan profesor, nie najjaśniejsza gwiazda drużyny Quidditcha. Ten tutaj obrońca wolał nie gonić swojej ścigającej. Jeszcze przez kilka dni.
I wcale nie chodziło mu o to, że jest młodsza.
Choć nie na tyle, by jego matematyka faktycznie mogła tu funkcjonować?
- Cholera. Coś w tym jest - musiał jej to przyznać, nawet jeśli niechętnie, zaraz zresztą broniąc swojej racji w inny sposób. - Byłem wybitny. Rzecz jasna. Natomiast tak jak już wspomnieliśmy: w Quidditchu. Reszta niespecjalnie mnie interesowała. Poza moimi niszami, wiadomo, ale cóż. W tę resztę najwidoczniej wliczają się też takie elementy jak młodziutkie Yaxleyówny - zawyrokował, bo bezsprzecznie i niepodważalnie nadal sądził, że po prostu nie miał okazji jej poznać.
Jak? Nie wnikał. To byłoby zbyt problematyczne, szczególnie że nadal wybierał upieranie się, że znał dosłownie każdego.
- Może gdybyśmy w tym dormitorium dzielili jedno łóżko - tak, to było aż nadto przesadne i właściwie pozbawione skrępowania z jego strony; po prostu znów rozłożył ręce.
Co poradzić. Lgnął do tej swojej pyskaczki, postrachu Ślizgonów, wielkiej miłości. Wysokiej - znaczy się. Ale nie najwyższej.
- Nie, nie byłaś - nie musiał zastanawiać się wiele - wręcz pokuszę się o stwierdzenie, że wiem to z autopsji. Jedna taka sztuka mnie kiedyś prawie zadźgała paluchem. Była wyższa. Na pewno - nie wyrokował, stwierdzał fakt.
Tamto dziewczę było potworem. Zmorą tego konkretnego dnia i kilku kolejnych również. Potem jeszcze co najmniej kilkunastu innych okoliczności.
Zawtórował Geraldine uniesieniem własnej butelki i upiciem solidnego łyka. Tak za dawne czasy.
- Wracamy do pracy? - Spytał, przy okazji odstawiając butelkę i sięgając palcami do zapiętych guzików lekkiej domowej lnianej koszuli z barwionego materiału.
Powinni, zdecydowanie powinni.
I zdecydowanie zamierzał dobić przynajmniej tę różnicę, żeby tylko udowodnić jej, że na stare lata będzie z rozrzewnieniem wspominać jego ugodowy charakter i przyjacielskie usposobienie. Szczególnie, kiedy już przyjdzie mu faktycznie na nowo spotkać się z Zasłoną, zostać dębem czy po prostu wykorkować bez pośmiertnego życia.
No, bo skoro już sama powtarzała mu to raz za razem to on mógł to jednokrotnie zrobić. Mógł jej przypomnieć, że tak - prawie umarł, ale nie z powodu sędziwego wieku.
Tylko własnej pochopności, cudzych akcji i tego, że nie przećwiczyli wcześniej żadnych elementów pierwszej pomocy. Zwłaszcza po to, żeby jeszcze bardziej ją rozjuszyć. Jodełka sama się nie układała. Pod jej rękami też niezbyt, ale zmierzali do tego, prawda?
Powstała.
Nie jodełka, ale sekwojka.
- To miała być jodełka - przytaknął bez próby udawania, że nie miało być inaczej. - Ale jak zwykle robisz wszystko po swojemu. Sekwojka jest dostateczna. Sequoiadendron giganteum. Może być kanadyjska - stwierdził całkiem ugodowo jak na to, że jeszcze chwilę wcześniej niemalże pienił się na samą myśl o miliardzie nieudanych jodełek.
Teraz mu przeszło. Tym bardziej, że alkohol zaczął powoli działać, rozluźniając ciało, język i (miał nadzieję) umysł.
Co prawda kusiło go, żeby nie uściślać swojej wypowiedzi i nie wyprowadzać Geraldine z błędu, w który całkiem celowo ją wprowadził, ale nie był aż takim palantem. Przynajmniej już nie. No, może tylko trochę. Nieznacznie.
Ten obecny palant nie chciał, żeby miała o nim aż tak fałszywe mniemanie. To nie tak, że czegokolwiek się wstydził. Nie czuł nawet cienia żenady na myśl o swoich szkolnych podbojach. Te wszystkie historie były częścią jego życia. Tego, kim był kiedyś. Nie teraz. Ukształtowały go. Może trochę pokracznie, ale w dalszym ciągu wyszedł na ludzi, prawda?
Jedynie nie czuł potrzeby zbyt długo wciskać Rinie czegoś, co wcale nie brzmiało tak atrakcyjnie. Właściwie to było całkiem godne politowania. Niby nie mógł powiedzieć, że był całkowicie niewinny i nigdy czegoś takiego nie zrobił, ale skończyło się na jednym razie. To mu w zupełności wystarczyło, żeby nie sięgnął po powtórkę w żadnym kiblu.
- Kopciłem papierosy, jarałem zioło i warzyłem eliksiry - odpowiedział gładko mając już gotową odpowiedź, tym bardziej, że spodziewał się po niej takiej a nie innej reakcji.
Z powodzeniem mogła to dostrzec w jego rozbawionych oczach i w sposobie, w który Ambroise znacząco uniósł brwi, błyskając górnym rzędem zębów w uśmiechu. Bardzo nieznacznie pokręcił głową, rzucając Yaxleyównie pobłażliwe spojrzenie. Naprawdę miała go za aż taki element?
- Kible, toalety, miejsca sanitarne i tak dalej, przynajmniej te publiczne, bo naszą łazienkę... ...łazienki bez wątpienia lubię - raczył zaznaczyć powolnym, leniwym tonem głosu, uśmiechając się jeszcze bardziej znacząco - są pełne bakterii. Wykorzystywanie ich w celach, o których myślisz jest cholernie niehigieniczne. Nie to, żeby sam seks był higieniczny - przekrzywił głowę ze wzruszeniem ramion, pozwalając sobie na tę drobną dygresję, skoro mieli się uczyć - natomiast nawet jako niewyżyty nastolatek miałem swoje standardy.
Być może nie były wybitnie wysokie, ale też nie żałośnie niskie. Lubił sięgać pod szaty dziewcząt, dostawać od nich wiele bardzo bliskiej uwagi, dogłębnie studiować z nimi zielarstwo, dawać im korki z eliksirów, pokazywać im swoją miotłę. Natomiast nigdy nie zniżał się do czegoś, co byłoby choć trochę niesmaczne.
Co prawda w przypadku legend o damskich toaletach musiał sam się o tym przekonać, żeby stwierdzić, że to było pozbawione jakiejkolwiek rozrywki i tak właściwie całkiem niewygodne a do tego obrzydliwe. Natomiast później odkrył łazienkę prefektów i mięsiste uda jednej z miłościwie im panujących koleżanek z Hufflepuffu. Tam. Tam to był standard.
Natomiast postanowił zostawić to dla siebie. To, że nie mieli wobec siebie tajemnic i nieświadomie doskonale upewnili się, że wiedziały gały co brały nie oznaczało, że musiał zaznajamiać ją z każdą swoją przelotną przygodą.
Szczególnie, że żadna nie była nią. Żadna nie zagościła w jego życiu ani w sercu, nie zagrzała w nim miejsca. Prawdę mówiąc prawie każda ledwo była w stanie ogrzać mu pościel, bo zazwyczaj potrafił zasugerować stosunkowo szybkie rozstanie po miłym wieczorze. Miał w tym szerokie doświadczenie.
Którego nie planował nigdy więcej wykorzystywać. Mieli siebie, byli ze sobą na stałe i na wyłączność. Nigdy nie wyobrażał sobie, aby mogło być inaczej. Upływ czasu wyłącznie go w tym utwierdzał. Był zdecydowany, zakochany, poniekąd w dalszym ciągu trochę rozgoryczony daniem mu kosza, gdy spytał ją o możliwości.
Zresztą teraz również niepokojąco zmrużył oczy słysząc to słowo, które mimowolnie odświeżyło mu pamięć o tamtej chwili. Mimowolnie sięgnął do niej wspomnieniem, praktycznie od razu podsuwając odpowiedź.
- Uwarowit - stwierdził bez zawahania. - Nie musi błyszczeć. Musi być wyjątkowy i rzadki. Uwarowit - kląsnął językiem o podniebienie, nie zamierzając dyskutować o tym, skąd wzięło się akurat to przekonanie.
Nie to o byciu gwiazdą, rzecz jasna. O tym doskonale wiedział. Zdawał sobie sprawę z tego jak zajebiście dobry był w Quidditchu. Przez kilka lat mydlił sobie oczy gigantyczną karierą. Inni zresztą wcale mu w tym nie przeszkadzali, swoim entuzjazmem nakręcając tę spiralę, dopóki nie wystrzeliła i wszystkie plany nie poszły w łeb.
Czy żałował? Oczywiście. Ta myśl w dalszym ciągu nie była dla niego czymś przyjemnym. Natomiast przeżył już swoje, znalazł inną ścieżkę kariery i trzymał się jej jak do tej pory bardzo zdecydowanie, skutecznie, uparcie idąc po swoje.
Co zaś tyczyło się komentarza z ust jego najdroższej, Roise jedynie uśmiechnął się w charakterystyczny sposób, unosząc przy tym prawą brew. Miał to sobie odnotować. Jej całe uwielbienie dla tej jego niezmąconej pewności siebie. Skoro już to powiedziała.
- Bezbłędnie. Poradziłby sobie bezbłędnie. A gdyby tylko była trochę starsza - oboje wiedzieli, jakby to wtedy wyglądało, prawda?
Nie wątpił, że prędzej czy później skończyliby razem w jakimś ustronnym miejscu jak to zwykli robić nawet jako dorośli, poważni czarodzieje. Nie wątpił, że to, że spotkali się dopiero wiele lat później miało swoją przyczynę i znaczenie.
Natomiast wraz z upływem czasu nie sądził, aby mogli mieć kiedykolwiek swój zły czas, złe miejsce. Byli sobie pisani. Wkurwiała go tym czasem niemożliwie, nawet tego wieczoru, ale nie wyobrażał sobie siebie u boku kogokolwiek innego.
To, że znacznie szybciej znaleźliby się bliżej (bardzo, bardzo blisko) nie mogłoby im wyjść na złe. Może mieliby więcej specyficznych problemów, których uniknęli świadomie wiążąc się dopiero u wrót jego starokawalerstwa, co było całkiem śmiesznym pojęciem, ale na pewno jakoś daliby radę.
Była jego. Zawsze miała być jego.
- Mógłbym cię po prostu resuscytować, ale od cholernie dawna dajesz mi do zrozumienia, że wtedy po prostu mnie zabijesz - odparł wprost, rozkładając ręce. - Jeśli miałbym zginąć to w przyjemniejszy sposób.
Miał ich co najmniej kilka, każdy znacznie lepszy od wcześniejszego i wszystkie kręciły się wokół jednej problematyki. Tego, że od tygodnia zgrabnie odrzucała jego wszystkie umizgi, zaloty, zaproszenia, jawne gesty. Każdy jeden znak, że naprawdę nie musi go karać ani traktować jak nieporadnego.
Z tym jednym z pewnością miał sobie poradzić. A potem z drugim, z trzecim.
- Każesz mi się gonić? Kuszące - odpowiedział ze zmrużeniem powiek, bo mógłby się nad tym tak właściwie zastanowić.
Gdyby nie to, że w tym stanie niespecjalnie czuł się do tego na siłach. Może mieli duże mieszkanie. Wiele możliwości. Być może to nie byłby pierwszy raz, gdy urozmaicali sobie doznania. Tak właściwie nawet żaden przesadny eksces. Mieli na koncie zdecydowanie lepsze i bardziej godne uwagi (a także rychłego powtórzenia).
Aczkolwiek to nie było coś na teraz. Nie zamierzał o tym mówić. Utrzymał twarz, zadowolony uśmiech, prowokacyjnie zmrużone oczy, ale wolałby uniknąć gonitwy po pokojach. Przynajmniej jeszcze przez chwilę, bo teraz czuł się jak obolały starzec. Pan profesor, nie najjaśniejsza gwiazda drużyny Quidditcha. Ten tutaj obrońca wolał nie gonić swojej ścigającej. Jeszcze przez kilka dni.
I wcale nie chodziło mu o to, że jest młodsza.
Choć nie na tyle, by jego matematyka faktycznie mogła tu funkcjonować?
- Cholera. Coś w tym jest - musiał jej to przyznać, nawet jeśli niechętnie, zaraz zresztą broniąc swojej racji w inny sposób. - Byłem wybitny. Rzecz jasna. Natomiast tak jak już wspomnieliśmy: w Quidditchu. Reszta niespecjalnie mnie interesowała. Poza moimi niszami, wiadomo, ale cóż. W tę resztę najwidoczniej wliczają się też takie elementy jak młodziutkie Yaxleyówny - zawyrokował, bo bezsprzecznie i niepodważalnie nadal sądził, że po prostu nie miał okazji jej poznać.
Jak? Nie wnikał. To byłoby zbyt problematyczne, szczególnie że nadal wybierał upieranie się, że znał dosłownie każdego.
- Może gdybyśmy w tym dormitorium dzielili jedno łóżko - tak, to było aż nadto przesadne i właściwie pozbawione skrępowania z jego strony; po prostu znów rozłożył ręce.
Co poradzić. Lgnął do tej swojej pyskaczki, postrachu Ślizgonów, wielkiej miłości. Wysokiej - znaczy się. Ale nie najwyższej.
- Nie, nie byłaś - nie musiał zastanawiać się wiele - wręcz pokuszę się o stwierdzenie, że wiem to z autopsji. Jedna taka sztuka mnie kiedyś prawie zadźgała paluchem. Była wyższa. Na pewno - nie wyrokował, stwierdzał fakt.
Tamto dziewczę było potworem. Zmorą tego konkretnego dnia i kilku kolejnych również. Potem jeszcze co najmniej kilkunastu innych okoliczności.
Zawtórował Geraldine uniesieniem własnej butelki i upiciem solidnego łyka. Tak za dawne czasy.
- Wracamy do pracy? - Spytał, przy okazji odstawiając butelkę i sięgając palcami do zapiętych guzików lekkiej domowej lnianej koszuli z barwionego materiału.
Powinni, zdecydowanie powinni.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down