Słodka młodości. Czy właśnie w ten sposób podpisał jej wypowiedzenie? Jak Visenya Rosier-Malfoy mogłaby później ukarać osobę, która nie rozpoznała Baldwina. Jak mogłaby ukarać osobę, która nie zareagowała właściwie w tej sytuacji.
– Oczywiście, już proszę – odpowiedziała młódka, z pewnością czystokrwista, choć pewnie czwarta, czy piąta córka z rzędu kogoś, kto rozpaczliwie chciał mieć jak najwięcej synów. Zniknęła na zapleczu tylko po to, by nie powrócić w kadry jego życia nigdy więcej.
Pąk zastąpiony dojrzałym kwiatem.
Jeśli była zaskoczona, ukryła to skrzętnie za lodową barierą wzniesioną momentalnie, gdy weszła do pomieszczenia dedykowanego klienteli. Gustowna sofka i dwa szczupłe acz wysokie fotele, przeszklony stoliczek kawowy z kilkoma projektami pozostawionymi, dla zajęcia czymś oka. Lada i dryfujące w powietrzu pudełeczka z narzędziami krawieckimi, dostępne zawsze pod ręką. Piękne obrazy przedstawiające smukłe czarownice przemieniające się w księżniczki z baśni Barda Beedla, najpiękniejsza była jednak ona - królowa matka odziana w czerwień, w koronie z własnych włosów, złocistych pukli splecionych warkoczem na czubku głowy. Długie mankiety obszyte satynowym złotem skrywały smukłe dłonie, które pracowały, choć przez wzgląd na majątek męża i własne wiano nie musiały tego robić. Ot, rozrywka. Prowadziła ten butik bo lubiła, bo była to jej przestrzeń.
Jej królestwo w którego progi wkroczył banita.
Oceniające spojrzenie ześlizgnęło się po ufryzowaniu, oceniło ostrość brzytwy biorąc pod uwagę stan zarostu.
Zapanowała między nimi ciężka atłasowa cisza. Visenya najwidoczniej nie zamierzała go powitać, czekając na to, cóż wydusi ze swojego skundlonego nokturnem gardła. Z drugiej strony - nie wyrzucała go, choć czy musiała to robić, skoro bijący od niej chłód jasno dawał do zrozumienia, że nie jest tu mile widziany? Z trzeciej strony... czy kiedykolwiek biło od niej ciepło?
– Oczywiście, już proszę – odpowiedziała młódka, z pewnością czystokrwista, choć pewnie czwarta, czy piąta córka z rzędu kogoś, kto rozpaczliwie chciał mieć jak najwięcej synów. Zniknęła na zapleczu tylko po to, by nie powrócić w kadry jego życia nigdy więcej.
Pąk zastąpiony dojrzałym kwiatem.
Jeśli była zaskoczona, ukryła to skrzętnie za lodową barierą wzniesioną momentalnie, gdy weszła do pomieszczenia dedykowanego klienteli. Gustowna sofka i dwa szczupłe acz wysokie fotele, przeszklony stoliczek kawowy z kilkoma projektami pozostawionymi, dla zajęcia czymś oka. Lada i dryfujące w powietrzu pudełeczka z narzędziami krawieckimi, dostępne zawsze pod ręką. Piękne obrazy przedstawiające smukłe czarownice przemieniające się w księżniczki z baśni Barda Beedla, najpiękniejsza była jednak ona - królowa matka odziana w czerwień, w koronie z własnych włosów, złocistych pukli splecionych warkoczem na czubku głowy. Długie mankiety obszyte satynowym złotem skrywały smukłe dłonie, które pracowały, choć przez wzgląd na majątek męża i własne wiano nie musiały tego robić. Ot, rozrywka. Prowadziła ten butik bo lubiła, bo była to jej przestrzeń.
Jej królestwo w którego progi wkroczył banita.
Oceniające spojrzenie ześlizgnęło się po ufryzowaniu, oceniło ostrość brzytwy biorąc pod uwagę stan zarostu.
Zapanowała między nimi ciężka atłasowa cisza. Visenya najwidoczniej nie zamierzała go powitać, czekając na to, cóż wydusi ze swojego skundlonego nokturnem gardła. Z drugiej strony - nie wyrzucała go, choć czy musiała to robić, skoro bijący od niej chłód jasno dawał do zrozumienia, że nie jest tu mile widziany? Z trzeciej strony... czy kiedykolwiek biło od niej ciepło?