20.11.2024, 13:55 ✶
W ponurych ciemnościach panujących w przynabrzeżnym magazynie trudno było mu bez kontrastu wspominać poprzedni wieczór, klimat ogródka i domku w Whitby. Spokój panujący w tamtym miejscu, kolory wypełniające znajome, ich przestrzenie, zapachy nieodmiennie kojarzące się z bezpieczeństwem, teksturę pościeli pod palcami, muśnięcia długich włosów łaskoczące go w nos i policzki.
Tu tego nie było. To pomieszczenie było chłodne i wilgotne, ponure, ciemne i tak wysokie, że jego sufit niemalże całkowicie niknął w mroku. Gęstego i prawie nieprzeniknionego, przez który wyłącznie od czasu do czasu przebijało się na tyle jasne światło z ulicy, żeby trochę bardziej rozproszyć czerń zalewającą wnętrze magazynu.
Ambroise potrzebował dłuższej chwili, aby przyzwyczaić oczy do zmiany. Cały ten wieczór, noc tak właściwie wymagała ciągłych przeskoków od stanu do stanu. Szybkich ruchów. Cichych, ale zdecydowanych. Skradania się, które po tylu latach przychodziło mu całkiem naturalnie, lecz z pewnością nie wyjątkowo lekko. Szczególnie w takich warunkach jak te tutaj.
Zdecydowanie wolałby obracać się w pościeli. Obejmować Geraldine do białego rana, uśmiechając się pod nosem na wspomnienie mijającego dnia. Choć zazwyczaj nie miał przy niej żadnych problemów z zasypianiem, tym razem nie zmrużył oka nawet na chwilę. Wyłącznie udał, że zasypia, leżąc w ciemnościach i czekając na odpowiednią chwilę, żeby po cichu się wymknąć.
Szczególnie, że miał wszystko gotowe do tego, by opuścić dom jak najszybciej, praktycznie bezdźwięcznie, choć nie bez wydobycia z siebie ciężkiego westchnięcia, gdy już wyszedł na zewnątrz do ogrodu, zmierzając w dostatecznie odległy punkt, żeby przypadkiem nie obudzić Riny dźwiękiem towarzyszącym teleportacji.
W mroku nocy wszystkie odgłosy wydawały się głośniejsze i bardziej intensywne. Zwłaszcza, gdy nie były tak naturalne jak dźwięk fal uderzających o brzeg albo szum wiatru w liściach drzew i krzewów w ogrodzie. Kiedy opuszczał Whitby, ten w dalszym ciągu był zlany subtelnym światłem kilku zaczarowanych lamp rozwieszonych co kilka metrów od siebie.
Ogródek z dbałością pielęgnowany przez lata emanował spokojem i harmonią. Wiatr niósł subtelny zapach morskiej bryzy. Był lodowaty, ale nie aż tak przeszywający jak zimno panujące w magazynie na nabrzeżu. Okna szklarni pokrywał pierwszy delikatny szron. Tutaj osadziła się na nich woda i para a zapach wilgoci nieprzyjemnie drażnił nozdrza.
W Piaskownicy gra cieni rzucanych przez drzewa i krzewy tworzyła malowniczy widok. Światło lamp odbijało się od okien, blask księżyca lśnił na falach. Rześkie powietrze niosło ze sobą nie tylko morską woń, ale i zapach świeżości. Nie brudu, kurzu, zgnilizny i nieświeżych ryb.
Dźwięki miasta były tu przytłumione, bardzo odległe, ale nie dawały o sobie zapomnieć. Nasłuchując źródła wcześniejszego odgłosu, który odznaczył się na ich tle, Greengrass zastygł na długą chwilę, cały czas próbując przeszyć wzrokiem mrok.
Zabezpieczenia się nie odezwały. Nie dały znać o nikim, kto nie miałby prawa pojawić się tutaj tej nocy. Pomieszczenie pozostało ciche, zaklęcia nienaruszone. Być może nie był w nich specjalistą. Tak właściwie to szły mu cholernie topornie, mimo upływu lat i wielu okazji, by je szlifować.
Nieważne jak bardzo by się starał, nie był ekspertem tylko samoukiem, rzeźnikiem sztuki ochronnej tworzącym pokraczne zlepki i twory działające raz tak, raz inaczej. Mimo to powoli rozluźnił napięte mięśnie, opuścił ręce wzdłuż tułowia, robiąc jeszcze dwa kroki w tył, żeby oprzeć się o jedną ze skrzyń.
Sól wewnątrz poruszyła się, przesypała się odrobinę, jej smak stał się znacznie bardziej wyczuwalny na ustach a zapach w powietrzu.
Nie były to wygodne meble ogrodowe, na których aż chciało się usiąść. Lekko wyblakłe od słońca, ale w dalszym ciągu funkcjonalne. Nie. To były mokre, twarde dechy, ale musiały wystarczyć do czasu, kiedy pojawi się reszta uczestników spotkania.
Liczył, że wszystko pójdzie szybko i w miarę możliwości bez większych problemów. Teoretycznie miał tu rozmawiać wyłącznie z jedną osobą, jednakże profilaktycznie nastawił się na okoliczność kontaktu z co najmniej dwiema. Ci ludzie zazwyczaj chodzili w duetach. Jeden potrafił czytać, drugi pisać. Żaden nie kierował się logiką, jedynie własnymi korzyściami.
Wybiła ustalona godzina. Powietrze zgęstniało i niemal fizycznie zadrżało. Lekki błysk zasugerował przerwanie ciągłości rzuconego zaklęcia, które nagięło się na kilka sekund, po czym tarcza wróciła na miejsce jak gdyby nigdy nic. Jedna osoba powolnym krokiem przeszła przez ochronny czar podążając w kierunku środka magazynu.
Roise wysunął się z cienia, tym razem otwarcie wychodząc naprzeciw drugiej postaci. Niższej, znacznie smuklejszej, od stóp do głów zakrytej warstwami ciemnego materiału ściśle przylegających ubrań. Nie dał po sobie poznać, że spodziewał się tu kogoś zupełnie innego. Przyjął tę samą przesadnie zrelaksowaną postawę co zazwyczaj, kiwając głową.
- Bertrand - chłodny kobiecy głos odbił się echem od ścian magazynu, choć rozmówczyni wcale nie mówiła głośno.
W ciszy nawet szept brzmiał jak nieprzyjemny zgrzyt paznokcia na tablicy.
- Colette - odpowiedział jej krótko, całkowicie bezemocjonalnie, jakby wcale nie zaskoczyła go jej obecność. - Od kiedy Orson przysyła swoje myszki zamiast sam pojawić się na spotkaniu? - Chłodne, nieco prześmiewcze pytanie niemal od razu padło z jego ust.
To, że nie zamierzał dawać po sobie poznać, że na chwilę zbiła go z tropu nie oznaczało, że zamierzał to przemilczeć. Coś takiego było zupełnym brakiem szacunku. Szczególnie, że ich ustalenia były jasne i klarowne. Spotykał się z Orsonem, nikim innym. Nawet nie jego kobietą.
- Sonny jest... ...niedysponowany - w odpowiedzi jaka nadeszła niemalże od razu trudno było się doszukiwać przejawów głębokiego uczucia tamtej dwójki.
No, ale. To zawsze były interesy. W takich przypadkach należało poddawać w powątpiewanie wszystko dookoła. Nawet, a może szczególnie?, romantyczne układy ludzi tego pokroju.
- Niedysponowanie Sonny'ego - zaczął korzystając dokładnie z tego samego znaczącego tonu głosu, co jego towarzyszka, dając jej tym samym do zrozumienia, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co kryje się pod tym łagodnym określeniem.
Martwy.
Orson Marlow, sztucznie wykreowana persona, alter ego człowieka, który do tej pory miał tu wiele do powiedzenia, był zimnym trupem. Karty zaczęły się tasować.
- Niewiele mnie obchodzi - stwierdził po chwili znaczącej ciszy, kręcąc głową. - Mam układy z Marlowem. Wyłącznie z Marlowem. Tylko z nim. Nieważne jakie dyspozycje ci wydał zanim - ponownie znacząco urwał, nie kryjąc drwiny i cynizmu, gdy podjął przerwaną wypowiedź - postanowił udać się na urlop - długi i wieczny, z którego miał już nie wrócić. - Z pewnością jesteś mnie w stanie zrozumieć. Tacy ludzie jak my muszą pilnować, z kim utrzymują i nawiązują stosunki. Inaczej wda się zbytnia... ...dysharmonia - podkreślił, cały czas posiłkując się tym samym przesadnie wymownym, kulturalnym tonem.
W końcu nie chcieli się wzajemnie obrazić, prawda?
- Zgadzam się, nie możemy sobie pozwolić na dysharmonię. To byłoby niedopuszczalne - ten sam ton, te same słowne zabiegi, oboje lawirowali wokół siebie jednocześnie stojąc w miejscu - a jednak nie możemy powstrzymać biegu wydarzeń, zresztą przecież istnieje tak wiele sposobów, by utrzymać równowagę - stwierdziła, bardzo powoli robiąc jeszcze jeden krok w przód.
- Znamy się nie od dziś. Wiem, że jesteś rozsądnym człowiekiem. Ty wiesz, że nie rzucam słów na wiatr. Oboje wiemy, że pewnych zmian nie da się uniknąć. Brak zaangażowania oznacza opowiedzenie się po jakiejś stronie a to nie zawsze - teraz to ona wymownie urwała wypowiedź; mógłby przysiąc, że uśmiechając się pod nosem, choć nie widział wyrazu jej twarzy. Wiesz, czasami trzeba pójść na mały kompromis, by nie stracić... ...może nawet zyskać coś naprawdę cennego - uniosła długie palce o ostrych paznokciach, powoli zginając je jeden po drugim - Champ des Esprits. Conspectus Arcanorum. Aenigma Mortuorum? Sonny'ego z pewnością nie poruszy ta... ...wymiana. Tymczasem ja... ...no... ...my... ...potrzebujemy dzisiaj jedynie drobnej, malutkiej przysługi.
Tu tego nie było. To pomieszczenie było chłodne i wilgotne, ponure, ciemne i tak wysokie, że jego sufit niemalże całkowicie niknął w mroku. Gęstego i prawie nieprzeniknionego, przez który wyłącznie od czasu do czasu przebijało się na tyle jasne światło z ulicy, żeby trochę bardziej rozproszyć czerń zalewającą wnętrze magazynu.
Ambroise potrzebował dłuższej chwili, aby przyzwyczaić oczy do zmiany. Cały ten wieczór, noc tak właściwie wymagała ciągłych przeskoków od stanu do stanu. Szybkich ruchów. Cichych, ale zdecydowanych. Skradania się, które po tylu latach przychodziło mu całkiem naturalnie, lecz z pewnością nie wyjątkowo lekko. Szczególnie w takich warunkach jak te tutaj.
Zdecydowanie wolałby obracać się w pościeli. Obejmować Geraldine do białego rana, uśmiechając się pod nosem na wspomnienie mijającego dnia. Choć zazwyczaj nie miał przy niej żadnych problemów z zasypianiem, tym razem nie zmrużył oka nawet na chwilę. Wyłącznie udał, że zasypia, leżąc w ciemnościach i czekając na odpowiednią chwilę, żeby po cichu się wymknąć.
Szczególnie, że miał wszystko gotowe do tego, by opuścić dom jak najszybciej, praktycznie bezdźwięcznie, choć nie bez wydobycia z siebie ciężkiego westchnięcia, gdy już wyszedł na zewnątrz do ogrodu, zmierzając w dostatecznie odległy punkt, żeby przypadkiem nie obudzić Riny dźwiękiem towarzyszącym teleportacji.
W mroku nocy wszystkie odgłosy wydawały się głośniejsze i bardziej intensywne. Zwłaszcza, gdy nie były tak naturalne jak dźwięk fal uderzających o brzeg albo szum wiatru w liściach drzew i krzewów w ogrodzie. Kiedy opuszczał Whitby, ten w dalszym ciągu był zlany subtelnym światłem kilku zaczarowanych lamp rozwieszonych co kilka metrów od siebie.
Ogródek z dbałością pielęgnowany przez lata emanował spokojem i harmonią. Wiatr niósł subtelny zapach morskiej bryzy. Był lodowaty, ale nie aż tak przeszywający jak zimno panujące w magazynie na nabrzeżu. Okna szklarni pokrywał pierwszy delikatny szron. Tutaj osadziła się na nich woda i para a zapach wilgoci nieprzyjemnie drażnił nozdrza.
W Piaskownicy gra cieni rzucanych przez drzewa i krzewy tworzyła malowniczy widok. Światło lamp odbijało się od okien, blask księżyca lśnił na falach. Rześkie powietrze niosło ze sobą nie tylko morską woń, ale i zapach świeżości. Nie brudu, kurzu, zgnilizny i nieświeżych ryb.
Dźwięki miasta były tu przytłumione, bardzo odległe, ale nie dawały o sobie zapomnieć. Nasłuchując źródła wcześniejszego odgłosu, który odznaczył się na ich tle, Greengrass zastygł na długą chwilę, cały czas próbując przeszyć wzrokiem mrok.
Zabezpieczenia się nie odezwały. Nie dały znać o nikim, kto nie miałby prawa pojawić się tutaj tej nocy. Pomieszczenie pozostało ciche, zaklęcia nienaruszone. Być może nie był w nich specjalistą. Tak właściwie to szły mu cholernie topornie, mimo upływu lat i wielu okazji, by je szlifować.
Nieważne jak bardzo by się starał, nie był ekspertem tylko samoukiem, rzeźnikiem sztuki ochronnej tworzącym pokraczne zlepki i twory działające raz tak, raz inaczej. Mimo to powoli rozluźnił napięte mięśnie, opuścił ręce wzdłuż tułowia, robiąc jeszcze dwa kroki w tył, żeby oprzeć się o jedną ze skrzyń.
Sól wewnątrz poruszyła się, przesypała się odrobinę, jej smak stał się znacznie bardziej wyczuwalny na ustach a zapach w powietrzu.
Nie były to wygodne meble ogrodowe, na których aż chciało się usiąść. Lekko wyblakłe od słońca, ale w dalszym ciągu funkcjonalne. Nie. To były mokre, twarde dechy, ale musiały wystarczyć do czasu, kiedy pojawi się reszta uczestników spotkania.
Liczył, że wszystko pójdzie szybko i w miarę możliwości bez większych problemów. Teoretycznie miał tu rozmawiać wyłącznie z jedną osobą, jednakże profilaktycznie nastawił się na okoliczność kontaktu z co najmniej dwiema. Ci ludzie zazwyczaj chodzili w duetach. Jeden potrafił czytać, drugi pisać. Żaden nie kierował się logiką, jedynie własnymi korzyściami.
Wybiła ustalona godzina. Powietrze zgęstniało i niemal fizycznie zadrżało. Lekki błysk zasugerował przerwanie ciągłości rzuconego zaklęcia, które nagięło się na kilka sekund, po czym tarcza wróciła na miejsce jak gdyby nigdy nic. Jedna osoba powolnym krokiem przeszła przez ochronny czar podążając w kierunku środka magazynu.
Roise wysunął się z cienia, tym razem otwarcie wychodząc naprzeciw drugiej postaci. Niższej, znacznie smuklejszej, od stóp do głów zakrytej warstwami ciemnego materiału ściśle przylegających ubrań. Nie dał po sobie poznać, że spodziewał się tu kogoś zupełnie innego. Przyjął tę samą przesadnie zrelaksowaną postawę co zazwyczaj, kiwając głową.
- Bertrand - chłodny kobiecy głos odbił się echem od ścian magazynu, choć rozmówczyni wcale nie mówiła głośno.
W ciszy nawet szept brzmiał jak nieprzyjemny zgrzyt paznokcia na tablicy.
- Colette - odpowiedział jej krótko, całkowicie bezemocjonalnie, jakby wcale nie zaskoczyła go jej obecność. - Od kiedy Orson przysyła swoje myszki zamiast sam pojawić się na spotkaniu? - Chłodne, nieco prześmiewcze pytanie niemal od razu padło z jego ust.
To, że nie zamierzał dawać po sobie poznać, że na chwilę zbiła go z tropu nie oznaczało, że zamierzał to przemilczeć. Coś takiego było zupełnym brakiem szacunku. Szczególnie, że ich ustalenia były jasne i klarowne. Spotykał się z Orsonem, nikim innym. Nawet nie jego kobietą.
- Sonny jest... ...niedysponowany - w odpowiedzi jaka nadeszła niemalże od razu trudno było się doszukiwać przejawów głębokiego uczucia tamtej dwójki.
No, ale. To zawsze były interesy. W takich przypadkach należało poddawać w powątpiewanie wszystko dookoła. Nawet, a może szczególnie?, romantyczne układy ludzi tego pokroju.
- Niedysponowanie Sonny'ego - zaczął korzystając dokładnie z tego samego znaczącego tonu głosu, co jego towarzyszka, dając jej tym samym do zrozumienia, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co kryje się pod tym łagodnym określeniem.
Martwy.
Orson Marlow, sztucznie wykreowana persona, alter ego człowieka, który do tej pory miał tu wiele do powiedzenia, był zimnym trupem. Karty zaczęły się tasować.
- Niewiele mnie obchodzi - stwierdził po chwili znaczącej ciszy, kręcąc głową. - Mam układy z Marlowem. Wyłącznie z Marlowem. Tylko z nim. Nieważne jakie dyspozycje ci wydał zanim - ponownie znacząco urwał, nie kryjąc drwiny i cynizmu, gdy podjął przerwaną wypowiedź - postanowił udać się na urlop - długi i wieczny, z którego miał już nie wrócić. - Z pewnością jesteś mnie w stanie zrozumieć. Tacy ludzie jak my muszą pilnować, z kim utrzymują i nawiązują stosunki. Inaczej wda się zbytnia... ...dysharmonia - podkreślił, cały czas posiłkując się tym samym przesadnie wymownym, kulturalnym tonem.
W końcu nie chcieli się wzajemnie obrazić, prawda?
- Zgadzam się, nie możemy sobie pozwolić na dysharmonię. To byłoby niedopuszczalne - ten sam ton, te same słowne zabiegi, oboje lawirowali wokół siebie jednocześnie stojąc w miejscu - a jednak nie możemy powstrzymać biegu wydarzeń, zresztą przecież istnieje tak wiele sposobów, by utrzymać równowagę - stwierdziła, bardzo powoli robiąc jeszcze jeden krok w przód.
- Znamy się nie od dziś. Wiem, że jesteś rozsądnym człowiekiem. Ty wiesz, że nie rzucam słów na wiatr. Oboje wiemy, że pewnych zmian nie da się uniknąć. Brak zaangażowania oznacza opowiedzenie się po jakiejś stronie a to nie zawsze - teraz to ona wymownie urwała wypowiedź; mógłby przysiąc, że uśmiechając się pod nosem, choć nie widział wyrazu jej twarzy. Wiesz, czasami trzeba pójść na mały kompromis, by nie stracić... ...może nawet zyskać coś naprawdę cennego - uniosła długie palce o ostrych paznokciach, powoli zginając je jeden po drugim - Champ des Esprits. Conspectus Arcanorum. Aenigma Mortuorum? Sonny'ego z pewnością nie poruszy ta... ...wymiana. Tymczasem ja... ...no... ...my... ...potrzebujemy dzisiaj jedynie drobnej, malutkiej przysługi.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down