20.11.2024, 14:24 ✶
Absolutnie wszystkie zachowania Jonathana tej nocy wskazywały na to, że...jego paranoja rośnie w siłę i ma nerwy w strzępkach. Anthony nie powiedział tego jednak, spoglądając na przyjaciela smutno. Sam nie wyglądał jakoś wybitnie, wręcz przeciwnie - widocznie się nie golił, jego pochudła, zapadnięta twarz zdradzała bardzo dużo myśli i bardzo, bardzo mało snu.
To miała być rekonwalescencja, ale coś zdecydowanie poszło nie tak.
Shafiq milczał, wsłuchując się w pochrypły od nerwów głos przyjaciela. Gdy tylko ten opadł dramatycznie na fotel, podszedł do niego i wsunął w jego dłoń kryształ z ulubioną whisky. Żaden z nich nie przepadał za tym trunkiem, czasem jednak dobrze było okadzić umysł swądem dymu unoszącym się nad złocistym płynem. Dyplomata czuł, że to nie jest noc dedykowana słodkim trunkom. To zdecydowanie nie jest noc dedykowana winom, które nazbyt mogłyby przypominać dawnego kochanka.
Teraz Anthony mierząc swoją miarą Jonathana miał świadomość, że absolutnie wszystko mogłoby przypominać byłego kochanka, łącznie z nim samym, ze względu na oczywiste podobieństwo i typ jakim w sumie obaj kierowali się w doborze swoich romantycznych zainteresowań.
Kiedy Selwyn podniósł ku niemu głowę, jego dłoń opadła troskliwie na ramię. Może powinien go przytulić, nigdy jednak nie był zbyt wylewny w okazywaniu uczuć, nie fizycznie, ta sfera jego emocjonalności była dość skutecznie przez lata tłamszona i upodlana do tego stopnia, aby nie dawać jej się przebić nawet w tak prywatnych chwilach.
– Czy coś Tobie zrobił? Morpehusowi? Dzieciakom? – kalejdoskop podejrzeń rozbłysnął lodowatą feerią przeróżnej odcieni błękitów. Sam nie znał de la Rochefoucauld'a ot tej strony, starał się być głosem rozsądku, z drugiej strony nie mógł bagatelizować lęku Jonathana. Dłoń niespiesznym, łagodnym ruchem zaczęła rozmasowywać jego spięte łopatki. W drugiej ręce Anthony trzymał swoją whisky. Czy powinien pić? Niekoniecznie.
– Czy to jest powód, dla którego przyjechałeś do mnie tak szybko? – zapytał jeszcze, tchnięty niepokojem rzucając okiem na zegar stojący w przyjemnym, acz wyzutym z jakiegokolwiek shafiqowego indywidualizmu saloniku. Byli we wschodnim skrzydle - dla gości traktowanych jak rodzina. – Bankiet nie miał trwać jakoś... dłużej? – Srebrzyste oczy ześlizgiwały się po umęczonym Jonathanie, ze współczuciem, ale też spokojem, którego być może ten teraz najbardziej potrzebował.
To miała być rekonwalescencja, ale coś zdecydowanie poszło nie tak.
Shafiq milczał, wsłuchując się w pochrypły od nerwów głos przyjaciela. Gdy tylko ten opadł dramatycznie na fotel, podszedł do niego i wsunął w jego dłoń kryształ z ulubioną whisky. Żaden z nich nie przepadał za tym trunkiem, czasem jednak dobrze było okadzić umysł swądem dymu unoszącym się nad złocistym płynem. Dyplomata czuł, że to nie jest noc dedykowana słodkim trunkom. To zdecydowanie nie jest noc dedykowana winom, które nazbyt mogłyby przypominać dawnego kochanka.
Teraz Anthony mierząc swoją miarą Jonathana miał świadomość, że absolutnie wszystko mogłoby przypominać byłego kochanka, łącznie z nim samym, ze względu na oczywiste podobieństwo i typ jakim w sumie obaj kierowali się w doborze swoich romantycznych zainteresowań.
Kiedy Selwyn podniósł ku niemu głowę, jego dłoń opadła troskliwie na ramię. Może powinien go przytulić, nigdy jednak nie był zbyt wylewny w okazywaniu uczuć, nie fizycznie, ta sfera jego emocjonalności była dość skutecznie przez lata tłamszona i upodlana do tego stopnia, aby nie dawać jej się przebić nawet w tak prywatnych chwilach.
– Czy coś Tobie zrobił? Morpehusowi? Dzieciakom? – kalejdoskop podejrzeń rozbłysnął lodowatą feerią przeróżnej odcieni błękitów. Sam nie znał de la Rochefoucauld'a ot tej strony, starał się być głosem rozsądku, z drugiej strony nie mógł bagatelizować lęku Jonathana. Dłoń niespiesznym, łagodnym ruchem zaczęła rozmasowywać jego spięte łopatki. W drugiej ręce Anthony trzymał swoją whisky. Czy powinien pić? Niekoniecznie.
– Czy to jest powód, dla którego przyjechałeś do mnie tak szybko? – zapytał jeszcze, tchnięty niepokojem rzucając okiem na zegar stojący w przyjemnym, acz wyzutym z jakiegokolwiek shafiqowego indywidualizmu saloniku. Byli we wschodnim skrzydle - dla gości traktowanych jak rodzina. – Bankiet nie miał trwać jakoś... dłużej? – Srebrzyste oczy ześlizgiwały się po umęczonym Jonathanie, ze współczuciem, ale też spokojem, którego być może ten teraz najbardziej potrzebował.