20.11.2024, 15:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.11.2024, 15:07 przez Charlotte Kelly.)
Charlotte Crouch, mimo młodego wieku, zdawała sobie sprawę z tego, jak problematyczne będzie zamknięcie Hogwartu dla mugolaków i osób z biedniejszych rodzin.
Z typowym dla siebie egoizmem myślała jednak głównie o sobie. A ona nie chciała tracić kontaktu z rówieśnikami, nie chciała wracać pod opiekę guwernantki i nie chciała, aby uczyli ją jacyś idioci – bo nie podzielała optymizmu Anthony’ego. Oczywiście, że oboje mieli najlepszych nauczycieli, ale wtedy, gdy nie było o tych wielkiej konkurencji. A najlepsi z najlepszych… cóż, jeśli w ogóle chcieli uczyć, robili to tutaj. W Hogwarcie.
Dłoń Charlotte wystrzeliła w górę, złapała za kaptur szaty Jonathana i bezlitośnie pociągnęła w tył.
– Nigdzie nie idziesz, bo spuścimy cię z oka i zaraz wpadniesz w kłopoty – oświadczyła stanowczo. Nie wiedziała, co planował, ale była pewna, że coś bardzo głupiego. Gryfoni, jeśli w ogóle cokolwiek planowali, to coś głupiego.
Wbiła spojrzenie błękitnych oczu w Anthony’ego, w milczeniu wysłuchując jego przemowy. Wciąż nie puszczała kaptura Jonathana.
– To nie ma sensu – oceniła, bardzo spokojnie. – Śmierć Marty to finał, już wcześniej działy się dziwne rzeczy. Wątpię, by uznali to za wypadek, a nawet jeżeli, jeśli dojdzie do kolejnego… wypadku, znajdziemy się w tej samej sytuacji – stwierdziła, a potem zmarszczyła jasne brwi.
– Jeżeli mielibyśmy szczęście i winny by się przestraszył, wystarczyłoby kogoś w to wrobić – stwierdziła z zamyśleniem, czternastolatka o niewinnej, wciąż odrobinę krągłej buzi. Właściwie rozwiązanie czyli szukanie prawdziwego winnego nawet nie przyszło jej do głowy. Nauczyciele powinni zastosować to właściwe rozwiązanie i coś im nie szło, więc po co miałaby zawracać sobie głowę? – Ale jeżeli nie, to… dla mnie jest oczywiste, co powinno się zrobić. Nie szukać dojść do Ślizgonów, tylko ich wszystkich wywalić – oświadczyła beztrosko. – Jak się ich potrzyma miesiąc poza szkołą i nic nie będzie się działo, to potwierdzą, że to ktoś od nich. Przecież słyszeliście te plotki… Dziedzic Slytherina powrócił, by oczyścić szkołę… – powiedziała, ostatnie słowa wygłaszając pompatycznym tonem, naśladując jednego z uczniów Slytherinu ze starszego rocznika, co szło jej całkiem udatnie, aż do tego momentu, w którym przewróciła oczami, psując cały efekt. – Lepiej pozbyć się jednej czwartej uczniów niż wszystkich – dodała, trochę obronnym tonem, na wypadek, gdyby chcieli protestować. – Mogą te parę lat tych uczniów uczyć gdzieś indziej. Bez szlam. Będą szczęśliwi. Może nawet te starsze rody przyklasną pomysłowi takiej selekcji. No… pierwszaki i drugoklasiści mogliby zostać, jedenastolatki to ciągle uczą się lumos.
Z typowym dla siebie egoizmem myślała jednak głównie o sobie. A ona nie chciała tracić kontaktu z rówieśnikami, nie chciała wracać pod opiekę guwernantki i nie chciała, aby uczyli ją jacyś idioci – bo nie podzielała optymizmu Anthony’ego. Oczywiście, że oboje mieli najlepszych nauczycieli, ale wtedy, gdy nie było o tych wielkiej konkurencji. A najlepsi z najlepszych… cóż, jeśli w ogóle chcieli uczyć, robili to tutaj. W Hogwarcie.
Dłoń Charlotte wystrzeliła w górę, złapała za kaptur szaty Jonathana i bezlitośnie pociągnęła w tył.
– Nigdzie nie idziesz, bo spuścimy cię z oka i zaraz wpadniesz w kłopoty – oświadczyła stanowczo. Nie wiedziała, co planował, ale była pewna, że coś bardzo głupiego. Gryfoni, jeśli w ogóle cokolwiek planowali, to coś głupiego.
Wbiła spojrzenie błękitnych oczu w Anthony’ego, w milczeniu wysłuchując jego przemowy. Wciąż nie puszczała kaptura Jonathana.
– To nie ma sensu – oceniła, bardzo spokojnie. – Śmierć Marty to finał, już wcześniej działy się dziwne rzeczy. Wątpię, by uznali to za wypadek, a nawet jeżeli, jeśli dojdzie do kolejnego… wypadku, znajdziemy się w tej samej sytuacji – stwierdziła, a potem zmarszczyła jasne brwi.
– Jeżeli mielibyśmy szczęście i winny by się przestraszył, wystarczyłoby kogoś w to wrobić – stwierdziła z zamyśleniem, czternastolatka o niewinnej, wciąż odrobinę krągłej buzi. Właściwie rozwiązanie czyli szukanie prawdziwego winnego nawet nie przyszło jej do głowy. Nauczyciele powinni zastosować to właściwe rozwiązanie i coś im nie szło, więc po co miałaby zawracać sobie głowę? – Ale jeżeli nie, to… dla mnie jest oczywiste, co powinno się zrobić. Nie szukać dojść do Ślizgonów, tylko ich wszystkich wywalić – oświadczyła beztrosko. – Jak się ich potrzyma miesiąc poza szkołą i nic nie będzie się działo, to potwierdzą, że to ktoś od nich. Przecież słyszeliście te plotki… Dziedzic Slytherina powrócił, by oczyścić szkołę… – powiedziała, ostatnie słowa wygłaszając pompatycznym tonem, naśladując jednego z uczniów Slytherinu ze starszego rocznika, co szło jej całkiem udatnie, aż do tego momentu, w którym przewróciła oczami, psując cały efekt. – Lepiej pozbyć się jednej czwartej uczniów niż wszystkich – dodała, trochę obronnym tonem, na wypadek, gdyby chcieli protestować. – Mogą te parę lat tych uczniów uczyć gdzieś indziej. Bez szlam. Będą szczęśliwi. Może nawet te starsze rody przyklasną pomysłowi takiej selekcji. No… pierwszaki i drugoklasiści mogliby zostać, jedenastolatki to ciągle uczą się lumos.