20.11.2024, 16:13 ✶
- Tak, niezliczone możliwości - skwitował krótko.
Rozmawianie o własnych sposobach na śmierć nie było czymś, czego oczekiwałby po tym wieczorze. Nieważne czy mówili o tej rychłej, czy może bardziej odległej i ze starości.
- Grabisz sobie, Smarkulo. Uważaj, bo sobie nagrabisz i wywiozę cię na taczce - uprzedził ją, bo co jak co, ale doskonale wiedziała, że prace ogrodnicze miał opanowane.
Mieli wszystkie odpowiednie akcesoria ogrodnicze, w tym również taczki, w Piaskownicy. Pod ręką, żeby mógł spełnić swoje groźby. Może nie od razu, ale na pewno.
- Nie, że niby ja - parsknął kręcąc głową, bo nawet jeśli poniekąd to rzeczywiście tyczyło się ich obojga to w tej chwili ani myślał tak to ująć. - Splot w dąb jeszcze przed tobą - postarał się, by te słowa zabrzmiały jak rzeczywista groźba.
Tym bardziej, że to było przecież ich naczelne drzewo. Rodowy symbol. Fragment wierzeń, których nie traktowali jako legendę tylko fakt. Nie mogła się z nim wiązać bez zostania z tym powiązaną. Po prostu. Prawdopodobnie powinien ją nawet kiedyś zabrać do Kniei na dłuższy spacer opisując wszystko to, o czym sam słuchał od dziecka, ale mieli na to jeszcze sporo czasu.
Szczególnie po tym nieszczęsnym napomnieniu sprzed tygodnia, według którego należało, by Ambroise założył, że ich oczekiwania pozostały niezmienne. Prawdopodobnie nie miał szybko ponownie podjąć się poruszenia tematu. Przynajmniej nie sam z siebie.
Właściwie to na ten moment nie zakładał, kiedy i czy w ogóle jeszcze kiedykolwiek to zrobi. Może za pięć lat, może za dziesięć. Żyło im się świetnie tak jak to obecnie było. Chyba rzeczywiście go wtedy przesadnie zamroczyło, próbował jej coś udowodnić, może rzeczywiście zarzucić. Najważniejsze, że byli na tej samej stronie.
Poza tym wbrew temu, co mu insynuowała, byli jeszcze całkiem młodzi. Na szczęście czarodzieje żyli dłużej od zwykłych mugoli. Mieli przed sobą dekady, dziesiątki lat. Nie musieli się z czymkolwiek spieszyć, za to jak najbardziej mogli poddawać się swojemu szaleństwu, niekonwencjonalności, dzikości bez zobowiązań innych niż te deklarowane sobie nawzajem.
Później mieć setki historii, wspomnień z teraźniejszych czasów. Coś do wspominania, gdy faktycznie będą starzy a nie prawie trzydzieści lat starzy. Tak jak ten Hogwart, na którego temat mimowolnie przepłynęli.
- Bo nikt mi nie dawał robić wszystkiego w oficjalnych salach lekcyjnych? - Spytał takim tonem, jakby naprawdę nie dowierzał, że musi ją uświadamiać o tej oczywistości, nawet drgnęła mu przy tym brew. - Kibel Marty się do tego nadawał, bo poza niedobitkami nikt tej dupy nie zawracał - uściślił, bo jego doświadczenia ewidentnie były zgoła inne. - Ale tak, palenie szlugów w Zakazanym było lepszą opcją. Tam nikt rzeczywiście nie wbijał tuż obok ciebie i nie atakował cię dziamdzianiem ani nie wyłudzał fajek - stwierdził zgodnie z faktycznym stanem rzeczy.
Gdy tylko miał taką możliwość zdecydowanie wybierał linię lasu. Swoje bardzo dogodne miejsce będące jednocześnie punktem obserwacyjnym, żeby w razie czego odpowiednio szybko schować się przed niepożądanymi oczami.
W łazience na drugim piętrze niespecjalnie była taka możliwość, szczególnie że Marta nie świeciła dyskrecją ani wyrozumiałością. Szczególnie jak raz po raz odrzucało się jej widmowe zaloty. Wtedy stawała się ostentacyjnie upierdliwa.
- Brakiem horyzontalnego tanga na szkolnym parapecie w nawiedzanym kiblu? Naprawdę? - Z niedowierzaniem pokręcił głową, unosząc kąciki ust. - Łazienka prefektów była do tego lepsza. Tak samo jak wiele innych miejscówek. Wiesz, że Hogz obfitował w możliwości - wzruszył ramionami, rozkładając ręce.
To był duży zamek. Miał wiele swoich tajemnic. Wiele z pewnością zostało przez Greengrassa odkryte, jeszcze więcej pozostało tajemnicą. Choć szlajał się tam całkiem solidnie. Nie był z gatunku osób potrafiących usiąść w miejscu dłużej niż jedną godzinę lekcyjną. Szczególnie, gdy przedmiot go nie interesował.
Całe szczęście przez większość czasu miał swoje treningi. Dzięki nim udawało mu się omijać część męki. Szczególnie, że McGonagall była fanatyczką Quidditcha. Dawała im fory a oni chętnie z nich korzystali.
- Nie byle jakie standardy. Chuja w gnojówce nie znalazłem - podkreślił znacząco, choć raczej powinni mieć tu dawno ustaloną oczywistość.
Nie był desperatem. Nawet teraz, gdy zmęczony westchnął głośno wyrażając politowanie dla tego, co przed chwilą padło z ust Geraldine. Sądził, że może uda mu się tego nie skomentować, ale potrzeba była zbyt silna a on nie zwykł powstrzymywać się przed wygłaszaniem opinii. Lub tak jak w tym wypadku - gróźb.
- Wiesz, że to obusieczny miecz i ja też mogę nie dać ci polatać na mojej miotle, Szukajko? - Spytał nie oczekując żadnej sensownej odpowiedzi, bo wiedział, że oboje mogli się przerzucać podobnymi pogróżkami.
A później w dalszym ciągu nie być w stanie trzymać dłużej rąk przy sobie, sięgając po nieuniknione. Szczególnie po tak długim okresie praktycznie bez fizycznego kontaktu. Bez tego, w czym raczej nigdy się nie miarkowali. Cielesność była u nich cholernie istotna, nawet jeśli nie najważniejsza.
- Nie wszystko złoto, co się błyszczy - kolejny raz uniósł i opuścił ramiona. - Wyjątkowość ma znacznie większe znaczenie, nie? - Rzucił z lekkim uśmiechem, unosząc butelkę do ust.
Nie spodziewał się, że ten wieczór może się zrobić całkowicie przyjemny. Tymczasem było coraz lepiej. Weselej. Co prawda nie wrócili do części szkoleniowej, więc możliwe, że jeszcze znowu pogrążą się w nerwowej atmosferze, ale chyba w to wątpił.
- Oboje wiemy, że możesz tak mówić, bo po pierwsze, rozmawiamy o czymś, czego już nie możemy sprawdzić a po drugie jestem teraz w gorszej kondycji niż zazwyczaj, więc nie możemy tego sprawdzić w praktyce - odbił bez chwili zawahania, w tej chwili bez problemu podważając tę pewność siebie, która mimo wszystko wywoływała nieznaczny uśmiech na jego twarzy.
Podobała mu się. Zarówno Geraldine, to było oczywiste, jak i ta bezczelna, trochę niereformowalna świadomość własnej wartości. Od lat starał się ją w niej rozbudzać i podkręcać. Miło było widzieć, że to działa. Nawet jeśli próbowała mu to odbić rykoszetem.
- Nie dałaby - machnął ręką z niezmąconą pewnością siebie, patrząc jej prosto w tę niebieskie oczy. - Może trochę by mi tym groziła, ale szybko byśmy to sobie zrewanżowali - znacząco otaksował ją wzrokiem, zatrzymując go na chwilę na jej dekolcie i kląskając językiem.
To były całkiem przyjemne przypuszczenia, choć tak naprawdę wcale ich nie potrzebowali do szczęścia. Przeszłość była przeszłością. To teraźniejszość miała znaczenie wraz z przyszłością, która jawiła się w naprawdę dobrych barwach. Zwłaszcza po tym niedawnym kryzysie.
- W twoich ramionach, ma chaude chasseresse, dokładniej między udami - odparł gładko bez cienia zażenowania, szczególnie po tych późniejszych słowach.
Uniósł brew, ale tylko machnął ręką, postanawiając pozostać w klimacie kompletnego braku oporów przed bezpośrednimi odzywkami aniżeli próbować kłócić się, że jest silniejszy i już wrócił do pełni sprawności.
- Za to ty masz pecha. Gdybyś się na mnie nadziała z pewnością byśmy o sobie nie zapomnieli - odparł bezbłędnie, ponownie - bez żadnych ciar żenady. - Jak już mówiłem: gdybyś tylko była trochę starsza... ...gówniary nie były w moim typie. Oczywiście, że bym tobą wzgardził - nie dodał przy tym żadnego wybacz.
Nie zamierzał zapewniać Riny, że dla niej posunąłby się do złamania swojego kodeksu i jeszcze co najmniej kilku oficjalnych praw. Nie zrobiłby tego. Nie był idiotą. Desperatem też nie. No i przede wszystkim nie miał dziurawej pamięci, jak mu to usiłowała wmawiać. Westchnął ciężko z politowaniem.
- Zapewniam cię, że był ktoś taki. Jeśli nie twoja kuzynka to nie wiem. Skalny troll pod przykrywką. Smarkata jędza, enfant terrible mojego domu, no, po prostu. Po prostu chciała mnie zadźgać paluchem za samą obecność. Z racji bytu. Tego, że napatoczyła się na mnie i miała zły dzień. Kociołek jej pierdolnął czy coś w ten deseń, już nie pamiętam - machnął ręką, no bo kto by pamiętał po tylu latach. - Chciała mnie zadźgać, posłać na dywanik, utopić w umywalce, wypchnąć przez okno, wzywać McGonagall, nie wzywać McGonagall, bo wzywać Martę, nie wzywać Marty, ale trochę za późno się o tym orientując. Była wysoka i pierdolnięta. To akurat pamiętam - przelotnie rozłożył ręce, kręcąc głową, po czym wreszcie zniżył spojrzenie, żeby zacząć rozpinać guziki, bo trochę to mu miało zająć.
W żadnym wypadku nie zamierzał prosić o pomoc w tym zakresie. Sam zamierzał to z siebie zdjąć.
- Zero sekwojki przez następne dwie godziny. Słowo - zapewnił jednocześnie, uśmiechając się pod nosem.
Rozmawianie o własnych sposobach na śmierć nie było czymś, czego oczekiwałby po tym wieczorze. Nieważne czy mówili o tej rychłej, czy może bardziej odległej i ze starości.
- Grabisz sobie, Smarkulo. Uważaj, bo sobie nagrabisz i wywiozę cię na taczce - uprzedził ją, bo co jak co, ale doskonale wiedziała, że prace ogrodnicze miał opanowane.
Mieli wszystkie odpowiednie akcesoria ogrodnicze, w tym również taczki, w Piaskownicy. Pod ręką, żeby mógł spełnić swoje groźby. Może nie od razu, ale na pewno.
- Nie, że niby ja - parsknął kręcąc głową, bo nawet jeśli poniekąd to rzeczywiście tyczyło się ich obojga to w tej chwili ani myślał tak to ująć. - Splot w dąb jeszcze przed tobą - postarał się, by te słowa zabrzmiały jak rzeczywista groźba.
Tym bardziej, że to było przecież ich naczelne drzewo. Rodowy symbol. Fragment wierzeń, których nie traktowali jako legendę tylko fakt. Nie mogła się z nim wiązać bez zostania z tym powiązaną. Po prostu. Prawdopodobnie powinien ją nawet kiedyś zabrać do Kniei na dłuższy spacer opisując wszystko to, o czym sam słuchał od dziecka, ale mieli na to jeszcze sporo czasu.
Szczególnie po tym nieszczęsnym napomnieniu sprzed tygodnia, według którego należało, by Ambroise założył, że ich oczekiwania pozostały niezmienne. Prawdopodobnie nie miał szybko ponownie podjąć się poruszenia tematu. Przynajmniej nie sam z siebie.
Właściwie to na ten moment nie zakładał, kiedy i czy w ogóle jeszcze kiedykolwiek to zrobi. Może za pięć lat, może za dziesięć. Żyło im się świetnie tak jak to obecnie było. Chyba rzeczywiście go wtedy przesadnie zamroczyło, próbował jej coś udowodnić, może rzeczywiście zarzucić. Najważniejsze, że byli na tej samej stronie.
Poza tym wbrew temu, co mu insynuowała, byli jeszcze całkiem młodzi. Na szczęście czarodzieje żyli dłużej od zwykłych mugoli. Mieli przed sobą dekady, dziesiątki lat. Nie musieli się z czymkolwiek spieszyć, za to jak najbardziej mogli poddawać się swojemu szaleństwu, niekonwencjonalności, dzikości bez zobowiązań innych niż te deklarowane sobie nawzajem.
Później mieć setki historii, wspomnień z teraźniejszych czasów. Coś do wspominania, gdy faktycznie będą starzy a nie prawie trzydzieści lat starzy. Tak jak ten Hogwart, na którego temat mimowolnie przepłynęli.
- Bo nikt mi nie dawał robić wszystkiego w oficjalnych salach lekcyjnych? - Spytał takim tonem, jakby naprawdę nie dowierzał, że musi ją uświadamiać o tej oczywistości, nawet drgnęła mu przy tym brew. - Kibel Marty się do tego nadawał, bo poza niedobitkami nikt tej dupy nie zawracał - uściślił, bo jego doświadczenia ewidentnie były zgoła inne. - Ale tak, palenie szlugów w Zakazanym było lepszą opcją. Tam nikt rzeczywiście nie wbijał tuż obok ciebie i nie atakował cię dziamdzianiem ani nie wyłudzał fajek - stwierdził zgodnie z faktycznym stanem rzeczy.
Gdy tylko miał taką możliwość zdecydowanie wybierał linię lasu. Swoje bardzo dogodne miejsce będące jednocześnie punktem obserwacyjnym, żeby w razie czego odpowiednio szybko schować się przed niepożądanymi oczami.
W łazience na drugim piętrze niespecjalnie była taka możliwość, szczególnie że Marta nie świeciła dyskrecją ani wyrozumiałością. Szczególnie jak raz po raz odrzucało się jej widmowe zaloty. Wtedy stawała się ostentacyjnie upierdliwa.
- Brakiem horyzontalnego tanga na szkolnym parapecie w nawiedzanym kiblu? Naprawdę? - Z niedowierzaniem pokręcił głową, unosząc kąciki ust. - Łazienka prefektów była do tego lepsza. Tak samo jak wiele innych miejscówek. Wiesz, że Hogz obfitował w możliwości - wzruszył ramionami, rozkładając ręce.
To był duży zamek. Miał wiele swoich tajemnic. Wiele z pewnością zostało przez Greengrassa odkryte, jeszcze więcej pozostało tajemnicą. Choć szlajał się tam całkiem solidnie. Nie był z gatunku osób potrafiących usiąść w miejscu dłużej niż jedną godzinę lekcyjną. Szczególnie, gdy przedmiot go nie interesował.
Całe szczęście przez większość czasu miał swoje treningi. Dzięki nim udawało mu się omijać część męki. Szczególnie, że McGonagall była fanatyczką Quidditcha. Dawała im fory a oni chętnie z nich korzystali.
- Nie byle jakie standardy. Chuja w gnojówce nie znalazłem - podkreślił znacząco, choć raczej powinni mieć tu dawno ustaloną oczywistość.
Nie był desperatem. Nawet teraz, gdy zmęczony westchnął głośno wyrażając politowanie dla tego, co przed chwilą padło z ust Geraldine. Sądził, że może uda mu się tego nie skomentować, ale potrzeba była zbyt silna a on nie zwykł powstrzymywać się przed wygłaszaniem opinii. Lub tak jak w tym wypadku - gróźb.
- Wiesz, że to obusieczny miecz i ja też mogę nie dać ci polatać na mojej miotle, Szukajko? - Spytał nie oczekując żadnej sensownej odpowiedzi, bo wiedział, że oboje mogli się przerzucać podobnymi pogróżkami.
A później w dalszym ciągu nie być w stanie trzymać dłużej rąk przy sobie, sięgając po nieuniknione. Szczególnie po tak długim okresie praktycznie bez fizycznego kontaktu. Bez tego, w czym raczej nigdy się nie miarkowali. Cielesność była u nich cholernie istotna, nawet jeśli nie najważniejsza.
- Nie wszystko złoto, co się błyszczy - kolejny raz uniósł i opuścił ramiona. - Wyjątkowość ma znacznie większe znaczenie, nie? - Rzucił z lekkim uśmiechem, unosząc butelkę do ust.
Nie spodziewał się, że ten wieczór może się zrobić całkowicie przyjemny. Tymczasem było coraz lepiej. Weselej. Co prawda nie wrócili do części szkoleniowej, więc możliwe, że jeszcze znowu pogrążą się w nerwowej atmosferze, ale chyba w to wątpił.
- Oboje wiemy, że możesz tak mówić, bo po pierwsze, rozmawiamy o czymś, czego już nie możemy sprawdzić a po drugie jestem teraz w gorszej kondycji niż zazwyczaj, więc nie możemy tego sprawdzić w praktyce - odbił bez chwili zawahania, w tej chwili bez problemu podważając tę pewność siebie, która mimo wszystko wywoływała nieznaczny uśmiech na jego twarzy.
Podobała mu się. Zarówno Geraldine, to było oczywiste, jak i ta bezczelna, trochę niereformowalna świadomość własnej wartości. Od lat starał się ją w niej rozbudzać i podkręcać. Miło było widzieć, że to działa. Nawet jeśli próbowała mu to odbić rykoszetem.
- Nie dałaby - machnął ręką z niezmąconą pewnością siebie, patrząc jej prosto w tę niebieskie oczy. - Może trochę by mi tym groziła, ale szybko byśmy to sobie zrewanżowali - znacząco otaksował ją wzrokiem, zatrzymując go na chwilę na jej dekolcie i kląskając językiem.
To były całkiem przyjemne przypuszczenia, choć tak naprawdę wcale ich nie potrzebowali do szczęścia. Przeszłość była przeszłością. To teraźniejszość miała znaczenie wraz z przyszłością, która jawiła się w naprawdę dobrych barwach. Zwłaszcza po tym niedawnym kryzysie.
- W twoich ramionach, ma chaude chasseresse, dokładniej między udami - odparł gładko bez cienia zażenowania, szczególnie po tych późniejszych słowach.
Uniósł brew, ale tylko machnął ręką, postanawiając pozostać w klimacie kompletnego braku oporów przed bezpośrednimi odzywkami aniżeli próbować kłócić się, że jest silniejszy i już wrócił do pełni sprawności.
- Za to ty masz pecha. Gdybyś się na mnie nadziała z pewnością byśmy o sobie nie zapomnieli - odparł bezbłędnie, ponownie - bez żadnych ciar żenady. - Jak już mówiłem: gdybyś tylko była trochę starsza... ...gówniary nie były w moim typie. Oczywiście, że bym tobą wzgardził - nie dodał przy tym żadnego wybacz.
Nie zamierzał zapewniać Riny, że dla niej posunąłby się do złamania swojego kodeksu i jeszcze co najmniej kilku oficjalnych praw. Nie zrobiłby tego. Nie był idiotą. Desperatem też nie. No i przede wszystkim nie miał dziurawej pamięci, jak mu to usiłowała wmawiać. Westchnął ciężko z politowaniem.
- Zapewniam cię, że był ktoś taki. Jeśli nie twoja kuzynka to nie wiem. Skalny troll pod przykrywką. Smarkata jędza, enfant terrible mojego domu, no, po prostu. Po prostu chciała mnie zadźgać paluchem za samą obecność. Z racji bytu. Tego, że napatoczyła się na mnie i miała zły dzień. Kociołek jej pierdolnął czy coś w ten deseń, już nie pamiętam - machnął ręką, no bo kto by pamiętał po tylu latach. - Chciała mnie zadźgać, posłać na dywanik, utopić w umywalce, wypchnąć przez okno, wzywać McGonagall, nie wzywać McGonagall, bo wzywać Martę, nie wzywać Marty, ale trochę za późno się o tym orientując. Była wysoka i pierdolnięta. To akurat pamiętam - przelotnie rozłożył ręce, kręcąc głową, po czym wreszcie zniżył spojrzenie, żeby zacząć rozpinać guziki, bo trochę to mu miało zająć.
W żadnym wypadku nie zamierzał prosić o pomoc w tym zakresie. Sam zamierzał to z siebie zdjąć.
- Zero sekwojki przez następne dwie godziny. Słowo - zapewnił jednocześnie, uśmiechając się pod nosem.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down