— T-tak — wydusił z siebie, kiwając intensywnie głową. Zaczął się macać po kieszeniach, szukając różdżki.
Niestety znajomość inkantacji i wyrobione ruchy nadgarstka to było jedno, ale wykrztuszenie z siebie odpowiednich słów, gdy człowiek się jąkał w takich sytuacjach jak ta.... To było proszenie się o kłopoty. We własnym roztrzepaniu możliwe, że Lupin nawet nie zdałby sobie sprawy z zagrożenia, które wynikałoby z rzucania zaklęć w jego stanie, jednak najwidoczniej bóstwa nad nim czuwały. Sauriel równie szybko, jak zaczął oczekiwać wsparcia od niego, tak równie szybko z niego zrezygnował.
Może to i lepiej? Bądź co bądź byli pośród niezłego chaosu. A dodanie do tego kolejnego czynnika w formie zaklęć o nieznanym efekcie, raczej nie mogło skończyć się dobrze. A droga do bezpiecznej przystani nie była łatwa.
Zaklęcia latały na wszystkie strony i tylko nieliczna ich część rozbijała się o rzucane raz za razem tarcze przez Sauriela. Spora ich część przelatywała tuż poza zasięgiem magicznej tarczy, stając się zmartwieniem innych ludzi obecnych na marszu. Tu i ówdzie można było dostrzec innych co bardziej uzdolnionych czarodziejów starających się postawić mocniejsze zaklęcia obronne, a wtedy magiczne pociski nie tyle były przez nie wchłaniane, ile odbijały się na boki, uderzając o elewacje pobliskich budynków lub mknąc w górę ku niebu.
Na ziemi było zresztą niewiele lepiej, a Cameron robił co w jego mocy, aby nie sprawiać swojemu bohaterowi większych problemów. Ostrożnie stawiał kolejne kroki, starając się o nic i nikogo nie potknąć i trzymał się mocno, powtarzając sobie w myślach, aby nie odstępować go na krok. Gdyby teraz się odłączył lub upadł, to byłoby po nim. Może jakimś cudem zdołałby uniknąć rozdeptania przez rozpierzchający się tłumek, ale bez paru złamań, obić pewnie by się nie obyło.
Cóż, tu masz rację, pomyślał, wychwytując pośród szumu otoczenia i niekończących wołań, odpowiedź swego towarzysza. Zrozumiał jego sugestię. Nie był to ani czas, ani miejsce, aby zajmować się tym, czy któryś z nich był ranny, czy nie. Dopóki nie znajdą jakiegoś schronienia przed tym chaosem, na nic się nie zda komentowanie rzeczywistości. Dzięki Merlinowi udało im się przedostać na chodnik, a następnie umknąć do jednej z bocznych alejek.
Lupin przywarł plecami do muru jednego z budynków, strzelając oczami na prawo i lewo, jakby oczekiwał, że z głębszej części bocznej ulicy wyłoni się kolejna fala rozwrzeszczanej gawiedzi. To by było na tyle, jeśli chodzi o spokojny i pokojowy protest. Gdyby nie to, że dalej nie był pewny, czy są bezpieczni, to może by się nawet zaśmiał. Zamiast tego na jego twarz wstąpiło coś na kształt grymasu. Sięgnął do tylnej kieszeni spodni i wyszarpnął z niej różdżką. Gdy jego palce zacisnęły się na jej rączce, od razu poczuł się nieco pewniej.
— Co tam się w ogóle wydarzyło? — wyrzucił z siebie, dysząc ciężko.
Nie, żeby oczekiwał od Sauriela konkretnej odpowiedzi z uwzględnieniem danych personalnych konkretnych prowokatorów po stronie zwolenników i przeciwników marszu. Odpowiedź na jego pytanie bywa bowiem stosunkowo prosta: wszyscy zawinili. Organizatorzy marszu. Ministerstwo Magii odpowiedzialne za to, aby nie doszło do rozlewu krwi.
Wbił wzrok w Rookwooda, akurat, gdy ten zwrócił się ponownie w stronę ulicy, z której z takim trudem się wynieśli.
— Zamierzasz... Zamierzasz tam wrócić? — rzucił, mrugając intensywnie, starając się skupić spojrzenie na twarzy mężczyzny. Nie miał pojęcia z kim miał do czynienia. Kimś, kto przypadkowo znalazł się w tym samym chaosie i chciał się od niego jak najszybciej odizolować, czy raczej czarodzieja-bohatera, który po odstawianiu jej ofiary losu w bezpieczne miejsce, zamierzał ruszyć na poszukiwania kolejnej. — Jasna cholera, nieźle się poobijałeś.
Liczba otarć i innych zadrapań zdecydowanie była większa, niż początkowo zakładał. A może po prostu, teraz gdy faktycznie mógł się skupić, dostrzegał więcej szczegółów.