– W takim razie musisz pójść do biblioteki. Polecam bibliotekę Maeve na Horyzontalnej, powiedz, że jesteś ode mnie i że szukasz atlasu zwierząt. A potem na literkę K… – Victoria przejechała palcem po filiżance i zrobiła taką minę, jakby go właśnie kokietowała, ale niedługo była w stanie utrzymać tę farsę, bo usta jej zadrgały zdradzając, że miała ochotę przynajmniej parsknąć ze śmiechu. Ale zaraz mina jej zrzedła. – Och, bo tobie chodzi o rozmowę zanim po mnie poszedłeś? Wybacz, słabo pamiętam tamten dzień – uśmiechnęła się przepraszająco, bo się nie zrozumieli, a słowa Sauriela zabrzmiały dość ostro, na co nie była gotowa. Tak, jeśli tak, to nie było jej tam wtedy, a dzień faktycznie jej się zlewał. Pamiętała głównie dojmujące zimno i ból rozrywający ją na części i słabość. A potem ulgę, bo była przy kochanej osobie, szkoda tylko, że tak krótko.
Uniosła brwi i lekko pokręciła głową z niedowierzania, słysząc tak barwny opis tego, co miałoby się dziać pod ubiorem „na faraona”. Sauriel czasami wysławiał się w taki sposób i takim językiem, że niejednej damie zwiędły by uszy i zakryłaby sobie usta z oburzeniem. Ona sama do tej pory nie wyobrażała sobie zwisających pod przepaską klejnotów rodowych i trąbki słonia, ale teraz ten obrazek już nie opuści jej głowy, nawet z lekkim zażenowaniem dotknęła palcami swojego czoła i odrobinę zakłopotana wypuściła powietrze przez usta. A potem podniosła wzrok na Sauriela, przy jego dość bezpośrednim pytaniu. Nie taka była jej intencja w sumie, mówiła to bardziej w formie żartu i lekkiego flirtu, ale… – A nawet jeśli, to co? – odpowiedziała pytaniem na pytanie i całkiem bezczelnie nie odwróciła wzroku. Miała nadzieję, że nie był nachalny, ani że nigdzie się z niczym nie narzucała, bo nie chciała być w ten sposób odbierana, nie chciała na nic naciskać, ani sugerować, że czegoś oczekuje. Bo powinna w ogóle oczekiwać? Nie wiedziała nawet, jak ma o nim mówić, a co dopiero myśleć o oczekiwaniach.
Nie wiedziała, że tak na nią patrzył. Nie sądziła, że widział w niej tyle dobra, tyle bezinteresowności do otaczającego świata, nie wiedziała też, jak bardzo Sauriel się zawiedzie, kiedy wyprowadzi go z błędu. Bo w tej chwili dobro tego świata niezbyt ją obchodziło – nie rozwalił się dlatego, że czterech Zimnych wyszło z Limbo, choć no… potrafiła liczyć. Była to czwórka Zimnych, trzech zamaskowanych Śmierciożerców i Voldemort, razem osiem osób. Osiem osób coś zabrało z Limbo i Anglia doznawała anomalii, ale nie takich, które niszczyłyby ich świat. Victoria nie chciała tego zwracać tam, gdzie tego miejsce, ale też… To nie tak, że chciała tę moc wykorzystać dla siebie, by przedłużyć swoje życie (idąc myślą za wnioskiem tamtej nekromantki, że to na pewno po to Voldemort w ogóle wszedł do Limbo).
– Podzielić? – powtórzyła za nim, bo nie do końca go zrozumiała. Podzielić… No w zasadzie teoretycznie może tak? – Nie chcę jej zwracać do Limbo, jeśli o to pytasz. Chyba, że będę musiała, ale wolałabym nie – moralność… Victoria przecież nie była taka krystaliczna. Nie, jeśli w grę wchodziły jej własne interesy. – Nie czuję się winna, to była samoobrona. Przecież albo ja albo ona i oboje doskonale wiemy, że gdybym już nie była jej potrzebna, to sama zobaczyłabym zielone światło. Raczej jestem… po prostu trochę tym przytłoczona. Opcjami, potencjałem – Sauriel zupełnie źle ją tutaj przeczytał, być może ją idealizując? – Tym, czym jestem i co w sobie mam… O ile to prawda – uniosła filiżankę, kołysząc nią lekko, jakby się nią bawiła. Uniosła spojrzenie dopiero, kiedy poczuła dłoń na swojej głowie, dłoń, która niszczyła jej fryzurę. Naprawdę było w tym coś romantycznego? – Myślę, że jeśli to faktycznie jest możliwe, to będzie jednorazowe – puściła mimo uszu to odbieranie życia jednym czarem. A potem odłożyła filiżankę i sięgnęła dłonią do ręki, która zburzyła jej fryzurę. – Im dłużej o tym myślę, tym bardziej nasuwa mi się na myśl jedna rzecz. Jestem jak całkowicie żywy kamień filozoficzny, z którego można czerpać energię i robić rzeczy, które tylko się śnią – „niemożliwe”. – Myślę, że byłam o tyle od śmierci – przymrużyła oko i zbliżyła do siebie kciuk i palec wskazujący tak blisko, że się ze sobą stykały. Z ledwością, ale stykały. Teraz miała przeświadczenie, że była wtedy na granicy, jedną nogą w śmierci i tylko jej wola walki sprawiła, że to odwróciła i zamiast popłynąć z prądem w cykl, to go odwróciła – bardzo dosłownie. – Wiesz w ogóle co to jest kamień filozoficzny? – zapytała po chwili zawahania, ale uznała, że to chyba najwyższy czas o tym porozmawiać.