21.11.2024, 02:28 ✶
- To groźba - pokręcił głową z politowaniem. - Groźby nie mogą być przyjemne. Inaczej nie mają sensu - nie musiał tego mówić, prawda?
Mimo to miał zamiar iść w zaparte. Nie mogli z tego zrobić czegoś przyjemnego jak kąpiel w morzu w samym środku lata. Nie, skoro groził jej, że wywiezie ją na taczkach. Nie mógł rzucać słów na ciepły czerwcowy wiatr. To musiało być chociaż trochę karzące. Inaczej nie byłoby w żaden sposób inne od tego, co robili każdego cieplejszego miesiąca odkąd kupili dom w Whitby.
Swoje całkowicie własne miejsce z coraz lepiej wyposażoną kuchnią i spiżarnią do składowania eliksirów, których nie musiał już pokątnie warzyć w toaletach. Nawiedzonych czy nie. Całe szczęście ewidentnie jeszcze za czasów, gdy nie były aż tak oblegane.
- Oj, wkurwiała się na sugestię bycia elementem łazienki - skwitował luźno, uśmiechając się pod nosem na wspomnienie cyrku i tyrady, którą kiedyś urządziła z tej okazji.
Hogwart był miejscem pełnym niespodzianek. Szczególnie, że bezpieczeństwo uczniów chyba jakoś nigdy nie było tam dla nikogo priorytetem.
- Centaury? Te rzekomo mądre? Coś ty im zrobiła? Ale nie... Za to zdarzyło mi się kiedyś trafić na trzy gigantyczne pająki. A jeśli porównujemy nasze osiągi w braniu nóg za pas to one miały ich... ...sześć?... ...osiem?... ...dwanaście? - Teoretycznie pytał, ale w istocie nie potrzebował wiedzieć, więc wzruszył ramionami. - Tak czy siak, nie wpadłem wtedy na McGonagall. Tylko na Dippeta, ale akurat był wstawiony, więc pomylił mnie z kimś innym - wygodnie dla siebie nie dodał, że został nazwany żeńskim imieniem, nawet jeśli nigdy nie był damskiej postury.
Trudno byłoby dokonać jakiejkolwiek pomyłki, nawet przy wyglądzie jego włosów i fryzurze, której nie zmieniał przez cały okres nauki w szkole. Mimo to Armando Dippetowi udało się to zrobić. Zaraz potem zataczając się w kierunku jednego z gabinetów, z którego dochodziły głośne dźwięki rozmów. Najpewniej nauczycielska impreza.
Roise miał wtedy gigantycznego fuksa (nie farta, cholera) a później jakoś udawało mu się unikać akurat tamtego kawałka lasu. Znalazł sobie inną miejscówkę, która okazała się znacznie lepsza. Nie było tam pająków ani innego szajsu. Został jej wierny niemalże do samego końca nauki.
To była jego oaza, do której nie przyprowadzał nikogo. Tylko miejsce Greengrassa. Jeśli już miał wychodzić z kimś do Zakazanego Lasu to raczej w przeciwnym kierunku, natomiast nie robił tego często. Większość jego kumpli nie paliła się do pobytów na łonie natury a panny bały się ubrudzić sobie buciki, wolały zostać w zamku, gdzie tak właściwie potrafiło być równie ekscytująco.
- Ach, no tak - skwitował znacząco, posyłając jej krzywe spojrzenie. - Ekscytujące polowania w gronie zapoconych, brudnych podstarzałych kawalerów. Zupełnie zapomniałem - w jego głosie dało się wyczuć tę prześmiewczą nutę. - Tak, więcej niż połowę. Z różnych roczników. Z Beauxbatons również, rzecz jasna. Oui, sois à moi aujourd'hui. Salony, welwet, ładny zapach - mrugnął do niej, całkowicie celowo roztaczając tak kontrastującą wizję do tej, która według niego dotyczyła zamierzchłych podbojów Riny.
W rzeczywistości najlepiej im było w to dalej nie wnikać. Może nie do końca zmienili temat, ale uderzyli w inne, znacznie bardziej przyjemne tony. Rzucała mu wyzwanie. Dostrzegł to błyskawicznie - jak na obrońcę przystało, nie? Jeśli sądziła, że Roise nie podniesie rękawicy (a przecież go znała; to było niemożliwe) to sromotnie się myliła.
- Wydymanie usteczek wlicza się do błagania. Wielkie oczy tak samo. Wszystkie ruchy ręki, które nie są konieczne. Właściwie to każdy przejaw zapraszania. Ustalmy sobie jasno: zapraszanie to też błaganie, siadanie na kolanach to błaganie, wychodzenie z łazienki bez ręcznika... ...błaganie - podkreślił z wyzywającym kiwnięciem głowy.
Mieli się przekonać kto będzie kogo błagać.
- Mhm. Mów se więcej - machnął ręką, skupiając się już na tych guzikach a nie na tym, że właśnie zaczynała mieć mylne pojęcie o jego standardach.
W żadnym razie nie miał ich niskich. Po prostu z nią, z nią mu wiele wystarczało. Ale przecież nie zamierzał o tym mówić. Nie był frajerem.
Siedział na dywanie, krzyżując nogi w udach, cały czas próbując sztywnymi palcami rozpiąć te cholerne guziczki, które wcale nie chciały z nim współpracować. Nic dziwnego, że niespecjalnie skupiał się na drugim dnie prowadzonej przez nich rozmowy. Przynajmniej do momentu, w którym do jego uszu dotarło coś niespodziewanego, co zabrzmiało niewłaściwie.
Potrzebował chwili, żeby załapać, co tak właściwie przyciągnęło jego uwagę. Wzrok Ambroisa, do tej pory skoncentrowany na koszuli, nagle skierował się ku Geraldine. Jego powieki rozszerzyły się a brwi uniosły się w górę zdradzając raptowne zdziwienie. Ledwo powstrzymał mimowolny ruch głowy, chcąc wpierw upewnić się, że dobrze usłyszał zanim da po sobie poznać coś ponad to, co już okazał.
- Huh? - Wyrwało mu się spomiędzy warg zanim w ogóle zdążył dobrze pomyśleć nad tym, co usłyszał.
Zamrugał dwukrotnie, następnie jeszcze kilka razy, wbijając spojrzenie zielonych oczu w twarz swojej dziewczyny. Miodowoblond włosy - teraz ciemniejsze niż latem w przeciwieństwie do lekko przyblakłych piegów. Duże niebieskie oczy. Miękkie różane usta, które całował tak często, że nawet podświadomie byłby w stanie wyobrazić sobie każdą ich linię, pełny kształt dolnej wargi. Szparę między górnymi zębami.
Wszystkie te małe szczegóły, które teraz wzbudziły w nim nagłą chęć uderzenia dłonią w sam środek czoła, choć raczej nie byłoby to zbyt dobrym pomysłem. W dalszym ciągu nie był zupełnie w stanie uwierzyć w to, co słyszał, zmrużonymi oczami wpatrując się w oczy Yaxleyówny.
- Żartujesz - rzucił z czymś na kształt wyrzutu, ale nie.
Powoli, jakby w spowolnionym tempie jego zdumienie zaczęło przeradzać się w coś innego.
Kącik ust Greengrassa zadrgał i powoli się uniósł, do oczu zawitał blask zrozumienia.
Mimo całego szoku, w jaki początkowo wpadł na samą myśl o tym, co mu zasugerowała, zaczynało go to bawić. To, co usłyszał było absurdalne, zupełnie z innej bajki. Z czegoś, co wręcz nie miało racji bytu, przez ten cały czas dziejąc się jakby z dala od rzeczywistości, w której dotychczas żył. Nie wiedział czy chce w to uwierzyć.
Chciał? Coś w tej sytuacji budziło w nim nieodpartą chęć śmiechu. Ba - szczekliwego rechotu. Najczystszej formy niekontrolowanego rozbawienia. Mimo to zmarszczył brwi, próbując zapanować nad sobą, ale po chwili nie mógł się już powstrzymać. Po prostu się roześmiał. Głośno, nieco histerycznie, na kilka chwil tracąc możliwość złapania oddechu.
Być może nie zaczął tarzać się po dywanie. To była przecież domena jego kobiety. Jego enfant terrible, mała pinda, popierdolona Gryfonka próbująca zadźgać go samym spojrzeniem, później pozbawiając go papierosa i zapewniając mu szlaban u McGonagall.
- Nie... ...żałuję... ...anisłowa - wydyszał walcząc z bólem przepony, bardzo znacząco potrząsając przy tym głową.
Musiał się ogarnąć, jeśli chcieli kontynuować, nawet jeśli kończąc rozpinanie koszuli jeszcze kilka razy mruknął do siebie pod nosem coś, co niechybnie było słowami niedowierzania.
- Możliwe - odmruknął przygryzając własną wargę, choć jego spojrzenie na stanowczo zbyt długo zawisło na ustach jego kobiety. - Ja nigdy nie gram czysto - miał ochotę jeszcze bardziej się ku niej nachylić tylko po to, żeby ogarnąć jej twarz ciepłym oddechem.
Aby przesunąć palcami po długiej szyi. Żeby musnąć skórę w pocałunku, zatracając się w słodko-dymnym zapachu teraz z nutą soczystych wiśni. Miała kropelkę alkoholu w prawym kąciku ust. Mógłby ją zmazać palcem, choć nie tego instynktownie chciał. Chciał to zrobić własnymi wargami, samym czubkiem języka, jednocześnie pociągając ją na siebie.
Mimo to mieli zakład, nie?
Zamierzał wygrać. Choć czy przegrana i tak nie byłaby wygraną?
Było ciężko nie myśleć o tym w takich kategoriach, kiedy bardzo powoli wodziła go na pokuszenie. To zdecydowanie nie było to, co kazał jej robić. Te ruchy były zbyt przemyślane, celowe, ale nie tak neutralnie badawcze jak powinny być. Zagryzł wargi czując ogarniającą go falę gorąca. Jej dotyk palił. Ona również nie grała czysto.
- Zdecydowany wybór. Odważne, klasyczne posunięcie. Podoba mi się - zawyrokował aprobująco, jednakże niemal od razu sięgnął po jej dłoń, ujmując ją ręką i przesuwając ją dosłownie odrobinę w bok, nawet na chwilę nie odwracając spojrzenia od oczu Geraldine. - Tu będzie lepiej - słowa przeszły w pomruk, kiedy Ambroise ponownie przesunął ich dłonie. Tym razem w inne miejsce - trochę wyżej, po przeciwnej stronie - tu też. Mogłabyś celować również tu - kolejny ruch, przesunięcie językiem po zębach - i tu. Najlepiej tu, wtedy niemal nie ma szans, że trafisz w coś ważnego - kontynuował, nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że gdzieś między jednym a drugim słowem sens tego, co robili zaczął się zatracać.
- No tak. Skoro już to wiemy to teraz kwestia opatrunków, eliksirów i maści, żeby to zatamować - zaczął powoli, wcale nie sięgając po żadną z przygotowanych pomocy.
Mimo to miał zamiar iść w zaparte. Nie mogli z tego zrobić czegoś przyjemnego jak kąpiel w morzu w samym środku lata. Nie, skoro groził jej, że wywiezie ją na taczkach. Nie mógł rzucać słów na ciepły czerwcowy wiatr. To musiało być chociaż trochę karzące. Inaczej nie byłoby w żaden sposób inne od tego, co robili każdego cieplejszego miesiąca odkąd kupili dom w Whitby.
Swoje całkowicie własne miejsce z coraz lepiej wyposażoną kuchnią i spiżarnią do składowania eliksirów, których nie musiał już pokątnie warzyć w toaletach. Nawiedzonych czy nie. Całe szczęście ewidentnie jeszcze za czasów, gdy nie były aż tak oblegane.
- Oj, wkurwiała się na sugestię bycia elementem łazienki - skwitował luźno, uśmiechając się pod nosem na wspomnienie cyrku i tyrady, którą kiedyś urządziła z tej okazji.
Hogwart był miejscem pełnym niespodzianek. Szczególnie, że bezpieczeństwo uczniów chyba jakoś nigdy nie było tam dla nikogo priorytetem.
- Centaury? Te rzekomo mądre? Coś ty im zrobiła? Ale nie... Za to zdarzyło mi się kiedyś trafić na trzy gigantyczne pająki. A jeśli porównujemy nasze osiągi w braniu nóg za pas to one miały ich... ...sześć?... ...osiem?... ...dwanaście? - Teoretycznie pytał, ale w istocie nie potrzebował wiedzieć, więc wzruszył ramionami. - Tak czy siak, nie wpadłem wtedy na McGonagall. Tylko na Dippeta, ale akurat był wstawiony, więc pomylił mnie z kimś innym - wygodnie dla siebie nie dodał, że został nazwany żeńskim imieniem, nawet jeśli nigdy nie był damskiej postury.
Trudno byłoby dokonać jakiejkolwiek pomyłki, nawet przy wyglądzie jego włosów i fryzurze, której nie zmieniał przez cały okres nauki w szkole. Mimo to Armando Dippetowi udało się to zrobić. Zaraz potem zataczając się w kierunku jednego z gabinetów, z którego dochodziły głośne dźwięki rozmów. Najpewniej nauczycielska impreza.
Roise miał wtedy gigantycznego fuksa (nie farta, cholera) a później jakoś udawało mu się unikać akurat tamtego kawałka lasu. Znalazł sobie inną miejscówkę, która okazała się znacznie lepsza. Nie było tam pająków ani innego szajsu. Został jej wierny niemalże do samego końca nauki.
To była jego oaza, do której nie przyprowadzał nikogo. Tylko miejsce Greengrassa. Jeśli już miał wychodzić z kimś do Zakazanego Lasu to raczej w przeciwnym kierunku, natomiast nie robił tego często. Większość jego kumpli nie paliła się do pobytów na łonie natury a panny bały się ubrudzić sobie buciki, wolały zostać w zamku, gdzie tak właściwie potrafiło być równie ekscytująco.
- Ach, no tak - skwitował znacząco, posyłając jej krzywe spojrzenie. - Ekscytujące polowania w gronie zapoconych, brudnych podstarzałych kawalerów. Zupełnie zapomniałem - w jego głosie dało się wyczuć tę prześmiewczą nutę. - Tak, więcej niż połowę. Z różnych roczników. Z Beauxbatons również, rzecz jasna. Oui, sois à moi aujourd'hui. Salony, welwet, ładny zapach - mrugnął do niej, całkowicie celowo roztaczając tak kontrastującą wizję do tej, która według niego dotyczyła zamierzchłych podbojów Riny.
W rzeczywistości najlepiej im było w to dalej nie wnikać. Może nie do końca zmienili temat, ale uderzyli w inne, znacznie bardziej przyjemne tony. Rzucała mu wyzwanie. Dostrzegł to błyskawicznie - jak na obrońcę przystało, nie? Jeśli sądziła, że Roise nie podniesie rękawicy (a przecież go znała; to było niemożliwe) to sromotnie się myliła.
- Wydymanie usteczek wlicza się do błagania. Wielkie oczy tak samo. Wszystkie ruchy ręki, które nie są konieczne. Właściwie to każdy przejaw zapraszania. Ustalmy sobie jasno: zapraszanie to też błaganie, siadanie na kolanach to błaganie, wychodzenie z łazienki bez ręcznika... ...błaganie - podkreślił z wyzywającym kiwnięciem głowy.
Mieli się przekonać kto będzie kogo błagać.
- Mhm. Mów se więcej - machnął ręką, skupiając się już na tych guzikach a nie na tym, że właśnie zaczynała mieć mylne pojęcie o jego standardach.
W żadnym razie nie miał ich niskich. Po prostu z nią, z nią mu wiele wystarczało. Ale przecież nie zamierzał o tym mówić. Nie był frajerem.
Siedział na dywanie, krzyżując nogi w udach, cały czas próbując sztywnymi palcami rozpiąć te cholerne guziczki, które wcale nie chciały z nim współpracować. Nic dziwnego, że niespecjalnie skupiał się na drugim dnie prowadzonej przez nich rozmowy. Przynajmniej do momentu, w którym do jego uszu dotarło coś niespodziewanego, co zabrzmiało niewłaściwie.
Potrzebował chwili, żeby załapać, co tak właściwie przyciągnęło jego uwagę. Wzrok Ambroisa, do tej pory skoncentrowany na koszuli, nagle skierował się ku Geraldine. Jego powieki rozszerzyły się a brwi uniosły się w górę zdradzając raptowne zdziwienie. Ledwo powstrzymał mimowolny ruch głowy, chcąc wpierw upewnić się, że dobrze usłyszał zanim da po sobie poznać coś ponad to, co już okazał.
- Huh? - Wyrwało mu się spomiędzy warg zanim w ogóle zdążył dobrze pomyśleć nad tym, co usłyszał.
Zamrugał dwukrotnie, następnie jeszcze kilka razy, wbijając spojrzenie zielonych oczu w twarz swojej dziewczyny. Miodowoblond włosy - teraz ciemniejsze niż latem w przeciwieństwie do lekko przyblakłych piegów. Duże niebieskie oczy. Miękkie różane usta, które całował tak często, że nawet podświadomie byłby w stanie wyobrazić sobie każdą ich linię, pełny kształt dolnej wargi. Szparę między górnymi zębami.
Wszystkie te małe szczegóły, które teraz wzbudziły w nim nagłą chęć uderzenia dłonią w sam środek czoła, choć raczej nie byłoby to zbyt dobrym pomysłem. W dalszym ciągu nie był zupełnie w stanie uwierzyć w to, co słyszał, zmrużonymi oczami wpatrując się w oczy Yaxleyówny.
- Żartujesz - rzucił z czymś na kształt wyrzutu, ale nie.
Powoli, jakby w spowolnionym tempie jego zdumienie zaczęło przeradzać się w coś innego.
Kącik ust Greengrassa zadrgał i powoli się uniósł, do oczu zawitał blask zrozumienia.
Mimo całego szoku, w jaki początkowo wpadł na samą myśl o tym, co mu zasugerowała, zaczynało go to bawić. To, co usłyszał było absurdalne, zupełnie z innej bajki. Z czegoś, co wręcz nie miało racji bytu, przez ten cały czas dziejąc się jakby z dala od rzeczywistości, w której dotychczas żył. Nie wiedział czy chce w to uwierzyć.
Chciał? Coś w tej sytuacji budziło w nim nieodpartą chęć śmiechu. Ba - szczekliwego rechotu. Najczystszej formy niekontrolowanego rozbawienia. Mimo to zmarszczył brwi, próbując zapanować nad sobą, ale po chwili nie mógł się już powstrzymać. Po prostu się roześmiał. Głośno, nieco histerycznie, na kilka chwil tracąc możliwość złapania oddechu.
Być może nie zaczął tarzać się po dywanie. To była przecież domena jego kobiety. Jego enfant terrible, mała pinda, popierdolona Gryfonka próbująca zadźgać go samym spojrzeniem, później pozbawiając go papierosa i zapewniając mu szlaban u McGonagall.
- Nie... ...żałuję... ...anisłowa - wydyszał walcząc z bólem przepony, bardzo znacząco potrząsając przy tym głową.
Musiał się ogarnąć, jeśli chcieli kontynuować, nawet jeśli kończąc rozpinanie koszuli jeszcze kilka razy mruknął do siebie pod nosem coś, co niechybnie było słowami niedowierzania.
- Możliwe - odmruknął przygryzając własną wargę, choć jego spojrzenie na stanowczo zbyt długo zawisło na ustach jego kobiety. - Ja nigdy nie gram czysto - miał ochotę jeszcze bardziej się ku niej nachylić tylko po to, żeby ogarnąć jej twarz ciepłym oddechem.
Aby przesunąć palcami po długiej szyi. Żeby musnąć skórę w pocałunku, zatracając się w słodko-dymnym zapachu teraz z nutą soczystych wiśni. Miała kropelkę alkoholu w prawym kąciku ust. Mógłby ją zmazać palcem, choć nie tego instynktownie chciał. Chciał to zrobić własnymi wargami, samym czubkiem języka, jednocześnie pociągając ją na siebie.
Mimo to mieli zakład, nie?
Zamierzał wygrać. Choć czy przegrana i tak nie byłaby wygraną?
Było ciężko nie myśleć o tym w takich kategoriach, kiedy bardzo powoli wodziła go na pokuszenie. To zdecydowanie nie było to, co kazał jej robić. Te ruchy były zbyt przemyślane, celowe, ale nie tak neutralnie badawcze jak powinny być. Zagryzł wargi czując ogarniającą go falę gorąca. Jej dotyk palił. Ona również nie grała czysto.
- Zdecydowany wybór. Odważne, klasyczne posunięcie. Podoba mi się - zawyrokował aprobująco, jednakże niemal od razu sięgnął po jej dłoń, ujmując ją ręką i przesuwając ją dosłownie odrobinę w bok, nawet na chwilę nie odwracając spojrzenia od oczu Geraldine. - Tu będzie lepiej - słowa przeszły w pomruk, kiedy Ambroise ponownie przesunął ich dłonie. Tym razem w inne miejsce - trochę wyżej, po przeciwnej stronie - tu też. Mogłabyś celować również tu - kolejny ruch, przesunięcie językiem po zębach - i tu. Najlepiej tu, wtedy niemal nie ma szans, że trafisz w coś ważnego - kontynuował, nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że gdzieś między jednym a drugim słowem sens tego, co robili zaczął się zatracać.
- No tak. Skoro już to wiemy to teraz kwestia opatrunków, eliksirów i maści, żeby to zatamować - zaczął powoli, wcale nie sięgając po żadną z przygotowanych pomocy.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down