21.11.2024, 13:39 ✶
- Jesteś niemożliwa - syknął do Geraldine sam nie wiedział, który raz tego popołudnia, właściwie to już wieczoru.
Co prawda zrobił to raczej z przyzwyczajenia a nie z tego, że go tym w jakikolwiek sposób irytowała. Po prostu musiał mieć ostatnie słowo. Cała reszta nie miała aż takiego znaczenia, dopóki oboje wiedzieli jak to wygląda w rzeczywistości. Kochał zołzę, nawet jeśli miał coraz większą ochotę spełnić tę groźbę i faktycznie wywieźć ją na taczce. Znalazłby dostatecznie dużo siły, aby to zrobić, nawet mimo pobijanego ciała.
- Z tego, co wiem, nie jego nogi mnie wtedy interesowały - przypomniał z cieniem rozbawienia. - Mógł mieć ich nawet osiemnaście. Plus pamiętaj, że był skażony - stwierdził, gdyby przypadkiem umknęło jej to, że upolowali tamtego pająka wyłącznie w ramach sportu i jakiejś pokrętnej, nieproszonej przysługi dla lokalnej społeczności, bo truchło i tak nie nadawało się do przetworzenia.
Musieli otoczyć je barierą ochronną powstrzymującą rozprzestrzenianie się ognia po lesie a następnie spalić skurwysyna, żeby nikt go nie spróbował ponownie przywrócić do życia, wykorzystać w jakichś celach czy po prostu nie zbliżył się do niego gnany zaciekawieniem. To nie był standardowy pajęczy okaz.
Poza tym Roise nawet nie próbował ukrywać, że niespecjalnie interesuje go pozyskiwanie wiedzy z zakresu magicznych stworzeń. Szczególnie w momencie, w którym być może zbyt wygodnie, ale miał w domu ekspertkę w tym temacie, której i tak nigdy by nie doścignął. A on po prostu lubił być najlepszy, gdy już się czymś interesował.
Jasne. Czasami sięgał po dodatkową wiedzę. Zazwyczaj nie spoczywał na laurach. No, nie totalnie. Natomiast całkowicie świadomie nie pchał się w tę dziedzinę. Potrzebował jedynie wiedzieć jak wyglądają gotowe półfabrykaty, składniki pozyskane z zabitych bestii, ewentualnie jak podzielić truchła w taki sposób, aby nie zmarnować zbyt wiele towaru. Nic więcej nie było mu potrzebne.
A te umiejętności nabył już dawno temu. Częściowo nawet w czasach Hogwartu, o których rozmawiali.
- Widziałaś kiedyś najebanego Dippeta? - Machnął ręką z pobłażaniem dla tego starego na wpół ślepego durnia, podejmując decyzję, żeby jednak dodać to, co czyniło tamtą sytuację jeszcze bardziej wymowną. - Zostałem nazwany dzieciną. Mówił do mnie per Artie, cały czas w damskiej osobie, prawie wyjebał się o własne nogi a potem wreszcie wlazł do gabinetu i mnie zostawił - naprawdę nietrudno było stwierdzić, że szkolna sława Greengrassa nie miała z tym zbyt wiele wspólnego.
Były dyrektor Hogwartu był po prostu na samym końcu kariery. Zresztą oddając swoją rolę chwilę później. W pięćdziesiątym piątym? Pięćdziesiątym szóstym?
- Bzdury. Skoro ja jestem dla ciebie stary to - nie musiał kończyć, prawda? To było dostatecznie wymowne. - Zasugerowałbym, że wręcz masz swój typ, gdyby nie to, że tacy ludzie śmierdzą. Są brudni, niehigieniczni, nie mają za knut stylu ani klasy a podbojami nie chwalą się wyłącznie dlatego, że nikt nie chce z nimi rozmawiać, bo wali im z japy - stwierdził bez większego zastanowienia, szczególnie że nie musiał zbyt wiele myśleć o tym, jaką ma opinię na temat tego typu elementów społecznych.
Doświadczenie nabyte praktycznie na każdej płaszczyźnie zawodowej mówiło swoje. Możliwe, że dla młodej dziewczyny to byli atrakcyjni barbarzyńcy i brutale, ale litości - nie wyobrażał sobie, aby ktoś chciał się z nimi zadawać na dłuższą metę.
Nawet mimo upływu lat przy boku Geraldine, Ambroise wciąż miał swoje zdanie o poszukiwaczach adrenaliny. Szczególnie o mężczyznach, bo kobiety być może byłyby przez niego brane pod uwagę z przymrużeniem oka, gdyby rzecz jasna nie fakt, że nawet nie zwracał na nie uwagi.
Pod tym kątem zadziwiająco łatwo mu przyszło zaprzestanie tego procederu. Nie miał takiej potrzeby. Nawet teraz, szczególnie teraz, kiedy wystawiała go na konieczność trzymania łap przy sobie. Co, cholera, nigdy mu specjalnie nie wychodziło, ale skoro rzuciła mu to wyzwanie to zamierzał przy nim uparcie wytrwać.
- Zobaczymy kto pierwszy o nich zapomni - stwierdził tak gładko jak tylko był w stanie.
Zaś co tyczyło się zapomnienia...
...im bardziej przyglądał się swojej dziewczynie tym bardziej widział to, co zdecydowanie powinien zauważyć już lata temu. Wiedząc to, co teraz wiedział nie sposób było tego nie dostrzec. Żadne z nich nie zmieniło się aż tak bardzo. A jednak jakimś cudem nie wpadli na to wcześniej.
Byli blisko. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego jak blisko, szczególnie wtedy w bibliotece w Snowdonii, teraz wreszcie to dostrzegając i cholera nie mogło go to nie bawić.
Było głupie, absurdalne, ironiczne. Wręcz nieprawdopodobne, ale naprawdę się wydarzyło. Nie dało się temu zaprzeczyć, co wyłącznie spowodowało u niego jeszcze większy wybuch śmiechu, nieoczekiwaną wesołość.
- Tak. To by się zgadzało. Okropne dziewuszysko. Awanturnica, aferzystka, kapryśnica. Zaczepna siksa - odpowiedział z niezwykle szerokim uśmiechem, patrząc jej prosto w oczy i przez ten cały czas zaczepnie unosząc brwi.
Chciała szczerości. Mieli się nie okłamywać a w szkolnych czasach napsuła mu trochę krwi. Co prawda on w żadnym przypadku nie był jej w czymkolwiek dłużny. Te kilka, może kilkanaście interakcji, jakie mieli wyglądało raczej równie upierdliwie z każdej strony. Tym bardziej trudno mu było uwierzyć w to, że siedzieli teraz naprzeciwko siebie, ziejąc do siebie nie złością i odrazą a czymś całkowicie przeciwnym.
Patrząc w te jej niebieskie oczy najchętniej po prostu wywróciłby ją na dywan i całował aż któreś wreszcie straci dech w piersiach i resztki samokontroli. I tym kimś nie byłby on. On się usrał, czyż nie?
- Jak na kogoś z tak ładnymi ślepiami, prosiła się, żeby ktoś je jej wydrapał. Nie ja, rzecz jasna, ja raczej zostawiłbym ją centaurom. A gdyby była trochę starsza - nie musiał kończyć, żeby zasugerować oczywistą oczywistość.
O ile żarcie się nie było jego ulubionym sportem, nawet jeśli nie mogli go uniknąć, o tyle godzenie się zawsze wyglądało naprawdę dobrze. To był ten jeden element wynagradzający wcześniejsze nerwy i ostre reakcje.
Mogła sobie mówić i myśleć, co chciała. Ostatecznie i tak stanęłoby na jego. Pozwalało mu to twierdzić ich szerokie doświadczenie w niemożności oderwania się od siebie na zbyt długo. Tydzień zaczynał być katorgą, katuszami, nawet jeśli Ambroise starał się zrobić z tego coś, co pozwoliłoby mu wygrać. Nie zamierzał być tym, który pierwszy ulegnie pokusie.
- Zależy co masz na myśli przez oszustwo. Mówię tylko, że nigdy nie rozmawialiśmy o tym, że należy grać czysto - odparł miękko, gładko, bez cienia zażenowania.
Co jak co, ale powinna mieć świadomość tego, że zazwyczaj sięgał po prostu po najlepsze metody pozwalające mu osiągnąć cel. To, że nie zawsze były moralne to była raczej oczywista sprawa. Miały być skuteczne, nie poprawne.
- Pamiętaj, że mówimy nie tylko o nieudanych polowaniach na zwierzynę - przypomniał cicho, utrzymując kontakt wzrokowy, żeby się nie rozproszyć.
To było niemalże cholernie niemożliwe w tych okolicznościach, ale próbował. Usiłował nie stopić się pod intensywnością spojrzenia Geraldine, odpowiedzieć jej w ten sam sposób, jednocześnie nie prowokując nic ponad to, co się działo między nimi. Usrał się, przegrana nie wchodziła w grę, nawet jeśli nagroda była tego warta. A była. Zdecydowanie.
- Pracując z ludźmi, kiedyś możesz tego potrzebować - kontynuując powoli, jednocześnie bezwiednie powiódł ich złączonymi rękami wyżej do swojej szyi, unosząc wierzch jej dłoni do ust, przyciskając do niego wargi, oddychając wolniej, ale zdecydowanie ciężej.
Musiał się skupić.
- Szczególnie, kiedy chcesz utrzymać złudzenia i pozory - wdech i wydech, z którym ponownie przycisnął sobie jej parzące, palące skórę palce do boku klatki piersiowej. - Czasami to musi być atak, nie atak. Rozumiesz? - Spytał, choć w takich warunkach nie spodziewał się, żeby mogli spróbować kontynuować rozmowę bez wcześniejszego ochłonięcia.
A powinni. Zdecydowanie powinni zrobić te dwie rzeczy: doprowadzić rozmowę do końca, przynajmniej do etapu, w którym będą w stanie podjąć ją jutro bez zbędnych trudności. I ochłonąć, złapać trochę świeżego powietrza, spróbować rozwiać gęstą atmosferę.
Tyle tylko, że żadna z tych czynności nie była tą najbardziej upragnioną.
- Jesteś niesamowita - miał parsknąć, zamierzał prychnąć, ale z jego ust wydobył się pomruk brzmiący raczej jak komplement, w dodatku żarliwy, wypowiedziany na półoddechu. - Zapomnij o eliksirze wiggenowym. To nie magiczne remedium na wszystko - znowu zamierzał wrócić do pouczającego tonu i kolejny raz przegrał z kretesem, odpowiadając jeszcze jednym mruknięciem. - Mogłabyś już przegrać, wiesz?
Co prawda zrobił to raczej z przyzwyczajenia a nie z tego, że go tym w jakikolwiek sposób irytowała. Po prostu musiał mieć ostatnie słowo. Cała reszta nie miała aż takiego znaczenia, dopóki oboje wiedzieli jak to wygląda w rzeczywistości. Kochał zołzę, nawet jeśli miał coraz większą ochotę spełnić tę groźbę i faktycznie wywieźć ją na taczce. Znalazłby dostatecznie dużo siły, aby to zrobić, nawet mimo pobijanego ciała.
- Z tego, co wiem, nie jego nogi mnie wtedy interesowały - przypomniał z cieniem rozbawienia. - Mógł mieć ich nawet osiemnaście. Plus pamiętaj, że był skażony - stwierdził, gdyby przypadkiem umknęło jej to, że upolowali tamtego pająka wyłącznie w ramach sportu i jakiejś pokrętnej, nieproszonej przysługi dla lokalnej społeczności, bo truchło i tak nie nadawało się do przetworzenia.
Musieli otoczyć je barierą ochronną powstrzymującą rozprzestrzenianie się ognia po lesie a następnie spalić skurwysyna, żeby nikt go nie spróbował ponownie przywrócić do życia, wykorzystać w jakichś celach czy po prostu nie zbliżył się do niego gnany zaciekawieniem. To nie był standardowy pajęczy okaz.
Poza tym Roise nawet nie próbował ukrywać, że niespecjalnie interesuje go pozyskiwanie wiedzy z zakresu magicznych stworzeń. Szczególnie w momencie, w którym być może zbyt wygodnie, ale miał w domu ekspertkę w tym temacie, której i tak nigdy by nie doścignął. A on po prostu lubił być najlepszy, gdy już się czymś interesował.
Jasne. Czasami sięgał po dodatkową wiedzę. Zazwyczaj nie spoczywał na laurach. No, nie totalnie. Natomiast całkowicie świadomie nie pchał się w tę dziedzinę. Potrzebował jedynie wiedzieć jak wyglądają gotowe półfabrykaty, składniki pozyskane z zabitych bestii, ewentualnie jak podzielić truchła w taki sposób, aby nie zmarnować zbyt wiele towaru. Nic więcej nie było mu potrzebne.
A te umiejętności nabył już dawno temu. Częściowo nawet w czasach Hogwartu, o których rozmawiali.
- Widziałaś kiedyś najebanego Dippeta? - Machnął ręką z pobłażaniem dla tego starego na wpół ślepego durnia, podejmując decyzję, żeby jednak dodać to, co czyniło tamtą sytuację jeszcze bardziej wymowną. - Zostałem nazwany dzieciną. Mówił do mnie per Artie, cały czas w damskiej osobie, prawie wyjebał się o własne nogi a potem wreszcie wlazł do gabinetu i mnie zostawił - naprawdę nietrudno było stwierdzić, że szkolna sława Greengrassa nie miała z tym zbyt wiele wspólnego.
Były dyrektor Hogwartu był po prostu na samym końcu kariery. Zresztą oddając swoją rolę chwilę później. W pięćdziesiątym piątym? Pięćdziesiątym szóstym?
- Bzdury. Skoro ja jestem dla ciebie stary to - nie musiał kończyć, prawda? To było dostatecznie wymowne. - Zasugerowałbym, że wręcz masz swój typ, gdyby nie to, że tacy ludzie śmierdzą. Są brudni, niehigieniczni, nie mają za knut stylu ani klasy a podbojami nie chwalą się wyłącznie dlatego, że nikt nie chce z nimi rozmawiać, bo wali im z japy - stwierdził bez większego zastanowienia, szczególnie że nie musiał zbyt wiele myśleć o tym, jaką ma opinię na temat tego typu elementów społecznych.
Doświadczenie nabyte praktycznie na każdej płaszczyźnie zawodowej mówiło swoje. Możliwe, że dla młodej dziewczyny to byli atrakcyjni barbarzyńcy i brutale, ale litości - nie wyobrażał sobie, aby ktoś chciał się z nimi zadawać na dłuższą metę.
Nawet mimo upływu lat przy boku Geraldine, Ambroise wciąż miał swoje zdanie o poszukiwaczach adrenaliny. Szczególnie o mężczyznach, bo kobiety być może byłyby przez niego brane pod uwagę z przymrużeniem oka, gdyby rzecz jasna nie fakt, że nawet nie zwracał na nie uwagi.
Pod tym kątem zadziwiająco łatwo mu przyszło zaprzestanie tego procederu. Nie miał takiej potrzeby. Nawet teraz, szczególnie teraz, kiedy wystawiała go na konieczność trzymania łap przy sobie. Co, cholera, nigdy mu specjalnie nie wychodziło, ale skoro rzuciła mu to wyzwanie to zamierzał przy nim uparcie wytrwać.
- Zobaczymy kto pierwszy o nich zapomni - stwierdził tak gładko jak tylko był w stanie.
Zaś co tyczyło się zapomnienia...
...im bardziej przyglądał się swojej dziewczynie tym bardziej widział to, co zdecydowanie powinien zauważyć już lata temu. Wiedząc to, co teraz wiedział nie sposób było tego nie dostrzec. Żadne z nich nie zmieniło się aż tak bardzo. A jednak jakimś cudem nie wpadli na to wcześniej.
Byli blisko. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego jak blisko, szczególnie wtedy w bibliotece w Snowdonii, teraz wreszcie to dostrzegając i cholera nie mogło go to nie bawić.
Było głupie, absurdalne, ironiczne. Wręcz nieprawdopodobne, ale naprawdę się wydarzyło. Nie dało się temu zaprzeczyć, co wyłącznie spowodowało u niego jeszcze większy wybuch śmiechu, nieoczekiwaną wesołość.
- Tak. To by się zgadzało. Okropne dziewuszysko. Awanturnica, aferzystka, kapryśnica. Zaczepna siksa - odpowiedział z niezwykle szerokim uśmiechem, patrząc jej prosto w oczy i przez ten cały czas zaczepnie unosząc brwi.
Chciała szczerości. Mieli się nie okłamywać a w szkolnych czasach napsuła mu trochę krwi. Co prawda on w żadnym przypadku nie był jej w czymkolwiek dłużny. Te kilka, może kilkanaście interakcji, jakie mieli wyglądało raczej równie upierdliwie z każdej strony. Tym bardziej trudno mu było uwierzyć w to, że siedzieli teraz naprzeciwko siebie, ziejąc do siebie nie złością i odrazą a czymś całkowicie przeciwnym.
Patrząc w te jej niebieskie oczy najchętniej po prostu wywróciłby ją na dywan i całował aż któreś wreszcie straci dech w piersiach i resztki samokontroli. I tym kimś nie byłby on. On się usrał, czyż nie?
- Jak na kogoś z tak ładnymi ślepiami, prosiła się, żeby ktoś je jej wydrapał. Nie ja, rzecz jasna, ja raczej zostawiłbym ją centaurom. A gdyby była trochę starsza - nie musiał kończyć, żeby zasugerować oczywistą oczywistość.
O ile żarcie się nie było jego ulubionym sportem, nawet jeśli nie mogli go uniknąć, o tyle godzenie się zawsze wyglądało naprawdę dobrze. To był ten jeden element wynagradzający wcześniejsze nerwy i ostre reakcje.
Mogła sobie mówić i myśleć, co chciała. Ostatecznie i tak stanęłoby na jego. Pozwalało mu to twierdzić ich szerokie doświadczenie w niemożności oderwania się od siebie na zbyt długo. Tydzień zaczynał być katorgą, katuszami, nawet jeśli Ambroise starał się zrobić z tego coś, co pozwoliłoby mu wygrać. Nie zamierzał być tym, który pierwszy ulegnie pokusie.
- Zależy co masz na myśli przez oszustwo. Mówię tylko, że nigdy nie rozmawialiśmy o tym, że należy grać czysto - odparł miękko, gładko, bez cienia zażenowania.
Co jak co, ale powinna mieć świadomość tego, że zazwyczaj sięgał po prostu po najlepsze metody pozwalające mu osiągnąć cel. To, że nie zawsze były moralne to była raczej oczywista sprawa. Miały być skuteczne, nie poprawne.
- Pamiętaj, że mówimy nie tylko o nieudanych polowaniach na zwierzynę - przypomniał cicho, utrzymując kontakt wzrokowy, żeby się nie rozproszyć.
To było niemalże cholernie niemożliwe w tych okolicznościach, ale próbował. Usiłował nie stopić się pod intensywnością spojrzenia Geraldine, odpowiedzieć jej w ten sam sposób, jednocześnie nie prowokując nic ponad to, co się działo między nimi. Usrał się, przegrana nie wchodziła w grę, nawet jeśli nagroda była tego warta. A była. Zdecydowanie.
- Pracując z ludźmi, kiedyś możesz tego potrzebować - kontynuując powoli, jednocześnie bezwiednie powiódł ich złączonymi rękami wyżej do swojej szyi, unosząc wierzch jej dłoni do ust, przyciskając do niego wargi, oddychając wolniej, ale zdecydowanie ciężej.
Musiał się skupić.
- Szczególnie, kiedy chcesz utrzymać złudzenia i pozory - wdech i wydech, z którym ponownie przycisnął sobie jej parzące, palące skórę palce do boku klatki piersiowej. - Czasami to musi być atak, nie atak. Rozumiesz? - Spytał, choć w takich warunkach nie spodziewał się, żeby mogli spróbować kontynuować rozmowę bez wcześniejszego ochłonięcia.
A powinni. Zdecydowanie powinni zrobić te dwie rzeczy: doprowadzić rozmowę do końca, przynajmniej do etapu, w którym będą w stanie podjąć ją jutro bez zbędnych trudności. I ochłonąć, złapać trochę świeżego powietrza, spróbować rozwiać gęstą atmosferę.
Tyle tylko, że żadna z tych czynności nie była tą najbardziej upragnioną.
- Jesteś niesamowita - miał parsknąć, zamierzał prychnąć, ale z jego ust wydobył się pomruk brzmiący raczej jak komplement, w dodatku żarliwy, wypowiedziany na półoddechu. - Zapomnij o eliksirze wiggenowym. To nie magiczne remedium na wszystko - znowu zamierzał wrócić do pouczającego tonu i kolejny raz przegrał z kretesem, odpowiadając jeszcze jednym mruknięciem. - Mogłabyś już przegrać, wiesz?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down