21.11.2024, 15:47 ✶
Odprowadził dziewczę znudzonym spojrzeniem, przesuwając wzrokiem po jej szczupłej szyi, wzdłuż kręgosłupa, nie poświęcając jej kształtom więcej niż jednej myśli - znikając na zapleczu zniknęła na zawsze z życia pana Malfoya. Kolejna bezimienna dusza, którą nieświadomie uratował przez własną krwiożerczą matką. Bohater z przypadku.
Wyczuł za to Ją, tak jak ofiara wyczuwa obecność drapieżnika. Dreszcz na plecach. Uczucie naprzemiennego chłodu i gorąca. W umyśle zapaliła się czerwona lampka. Uciekaj. podpowiadała resztka instynktu samozachowawczego. Zdusił ją. Jak zawsze.
Mimo to w pierwszych sekundach nie oderwał wzroku od obrazów. Ckliwych. Pozbawionych esencji. Frywolnych. Nieświadomie moment wcześniej zrobił kilka kroków w ich stronę, by móc się przypatrzeć panienkom w bogatych szatach. Pożal się boże księżniczkom.
Marna sztuka jeszcze marniejszych artystów.
A jednak poczuł ukłucie w sercu. Na tym zależało jego przepięknej Dellilah? Do tego aspirowała? Poczuł nagły wstręt, gdy wyobraził sobie Lorraine w drogich tiulach i falbanach.
Nie mogąc dłużej znieść widoku panienek uśmiechających się niewinnie z drewnianych ram, postanowił spojrzeć rodzicielce w oczy. Odwrócił się. Powoli. Dając jasno do zrozumienia, że nie jest tu z własnej chęci. Gdyby mógł, odwlekałby ich spotkania tak długo, że do pojednania dziecka z matką doszłoby zapewne dopiero u bram piekieł, do którego oboje zmierzali.
Milczał, wiedząc, że jest oceniany. Było mu wszystko jedno jak wypadnie w tym rankingu, choć fakt, że akurat dziś wyglądał porządnie jedynie go irytował. Nie chciał, żeby odniosła wrażenie, że zrobił to dla niej. Albo że się zmienił. Niezależnie od tego czy jego szata była odprasowana czy szara i lepka od brudu Katakumb, krwi czy farby; czy jego policzki pokrywał zarost jak u ojca, w dni, w które dłonie mu trzęsły się od wypitego alkoholu zbyt mocno by utrzymać brzytwę i wygrać z chęcią poderżnięcia sobie gardła przy okazji. Nie chciał spełniać jej wyśrubowanych oczekiwań.
A jednak stał nieco bardziej wyprostowany niż zwykle czując dyskomfort w buntujących się plecach nawykłych do wielogodzinnego pochylania się nad sztalugą. Opanowany, trzeźwy, a nadal niegodny jej obecności.
- Witaj matko.- Powiedział, ostatecznie opuszczając dłonie wzdłuż ciała. Nie wyrwał się do niej, nie rzucił się do ucałowania szczupłych dłoni, po części z czystego obrzydzenia po części z obawy przed nabawieniem się odmrożenia.
Czy Visneya mogła unieść się dumą i oświadczyć, że nie jest jej synem? Mogła. Nie byłby to pierwszy raz, gdy usłyszałby jad sączący się z jej ust. Ale nic by to nie zmieniło. Byli krwią z krwi, a na Baldwinowych ramionach nadal spoczywał ciężar dziedziczenia, który zdawał się zręcznie ignorować.
Był tu. Ciałem i duchem.
Wyczuł za to Ją, tak jak ofiara wyczuwa obecność drapieżnika. Dreszcz na plecach. Uczucie naprzemiennego chłodu i gorąca. W umyśle zapaliła się czerwona lampka. Uciekaj. podpowiadała resztka instynktu samozachowawczego. Zdusił ją. Jak zawsze.
Mimo to w pierwszych sekundach nie oderwał wzroku od obrazów. Ckliwych. Pozbawionych esencji. Frywolnych. Nieświadomie moment wcześniej zrobił kilka kroków w ich stronę, by móc się przypatrzeć panienkom w bogatych szatach. Pożal się boże księżniczkom.
Marna sztuka jeszcze marniejszych artystów.
A jednak poczuł ukłucie w sercu. Na tym zależało jego przepięknej Dellilah? Do tego aspirowała? Poczuł nagły wstręt, gdy wyobraził sobie Lorraine w drogich tiulach i falbanach.
Nie mogąc dłużej znieść widoku panienek uśmiechających się niewinnie z drewnianych ram, postanowił spojrzeć rodzicielce w oczy. Odwrócił się. Powoli. Dając jasno do zrozumienia, że nie jest tu z własnej chęci. Gdyby mógł, odwlekałby ich spotkania tak długo, że do pojednania dziecka z matką doszłoby zapewne dopiero u bram piekieł, do którego oboje zmierzali.
Milczał, wiedząc, że jest oceniany. Było mu wszystko jedno jak wypadnie w tym rankingu, choć fakt, że akurat dziś wyglądał porządnie jedynie go irytował. Nie chciał, żeby odniosła wrażenie, że zrobił to dla niej. Albo że się zmienił. Niezależnie od tego czy jego szata była odprasowana czy szara i lepka od brudu Katakumb, krwi czy farby; czy jego policzki pokrywał zarost jak u ojca, w dni, w które dłonie mu trzęsły się od wypitego alkoholu zbyt mocno by utrzymać brzytwę i wygrać z chęcią poderżnięcia sobie gardła przy okazji. Nie chciał spełniać jej wyśrubowanych oczekiwań.
A jednak stał nieco bardziej wyprostowany niż zwykle czując dyskomfort w buntujących się plecach nawykłych do wielogodzinnego pochylania się nad sztalugą. Opanowany, trzeźwy, a nadal niegodny jej obecności.
- Witaj matko.- Powiedział, ostatecznie opuszczając dłonie wzdłuż ciała. Nie wyrwał się do niej, nie rzucił się do ucałowania szczupłych dłoni, po części z czystego obrzydzenia po części z obawy przed nabawieniem się odmrożenia.
Czy Visneya mogła unieść się dumą i oświadczyć, że nie jest jej synem? Mogła. Nie byłby to pierwszy raz, gdy usłyszałby jad sączący się z jej ust. Ale nic by to nie zmieniło. Byli krwią z krwi, a na Baldwinowych ramionach nadal spoczywał ciężar dziedziczenia, który zdawał się zręcznie ignorować.
Był tu. Ciałem i duchem.