21.11.2024, 16:40 ✶
Starał się tego nie okazywać, ale z minuty na minutę stawał się coraz bardziej rozdrażniony i poirytowany. Nie w ten sposób planował spędzać noc po swoich urodzinach. To, że nigdy ich jakoś specjalnie nie lubił nie oznaczało, że chciał je spędzać w opustoszałym magazynie na nabrzeżu zamiast w miękkiej pościeli z ukochaną kobietą wtuloną w jego pierś.
Nie mógł odmówić przyjęcia zaproszenia. Nie w przypadku Orsona, z którym łączył go jasny układ. Natomiast Ambroise miał wrażenie, że w żadnym momencie nigdy nie chodziło o spełnienie warunków tamtego układu. Został wrobiony w coś, czemu jak najbardziej mógł odmówić. Był coraz bardziej przekonany, że wystarczyło, żeby zignorował wiadomość i nie musiałby wbrew sobie wymykać się z domu.
Nie czegoś takiego oczekiwał otrzymując ten list, który być może w momencie, w którym dotarł do Greengrassa był jeszcze aktualny a może jego nadawca już dawno pływał z rybkami. Ta druga wersja była dużo bardziej drażniąca, bo oznaczałaby, że Ambroise pozwolił się całkiem wystrychnąć na dudka, ale niestety miał przeczucie, że była też prawdziwa.
Teoretycznie zweryfikował prawdziwość otrzymanego wezwania. Dokładnie przyjrzał się charakterowi pisma i zwrócił uwagę na zawarcie odpowiedniego hasła, które powinno się tam znaleźć a które zmieniali dostatecznie często, aby nie mogło wpaść w niepowołane ręce. Z tym, że nigdy nie wziął pod uwagę zwodniczego elementu, którym była Colette. Zdążył przyzwyczaić się do obecności kobiety u boku Marlowa.
Jak się obecnie okazywało - całkowicie niesłusznie. To była kwestia jego własnego zaślepienia. Może tego, że w ostatnich latach zaczął łagodnieć w związku z wycofywaniem się ze znacznej części interesów? Tracić wcześniejszą uwagę? Trochę bardziej wierzyć w ludzi (nie, to akurat brzmiało żenująco śmiesznie)? Nie, te myśli były skrajnie absurdalne i niewłaściwe. To była wyłącznie najczystsza skrajna głupota, nic ponadto.
Teraz musiał mierzyć się z konsekwencjami i z koniecznością wybrnięcia z sytuacji, która nie była najgorsza, ale z pewnością niewygodna. Nie zamierzał spędzać tu całej nocy na czczych negocjacjach z osobą, która w żadnym razie nie była w stanie go do siebie przekonać. Był lojalny wobec Sonny'ego, nie wobec jego kobiety.
Zwłaszcza takiej, która zdecydowanie posłała swojego partnera do piachu, teraz wyczuwając palenie się gruntu pod nogami i uderzając do jego sojuszników. Zły pomysł. To był naprawdę fatalny wybór. Posunięcie, które niechybnie miało ją posłać do piachu lub w te same odmęty portu, w które ona lub jej tajemniczy wspólnik wcześniej najpewniej posłali Marlowa.
Mimo to Ambroise nie zamierzał jej o tym informować ani tym bardziej być tą osobą, która da jej lekcję pokory. Możliwe, że kiedyś by to zrobił. Dawno temu, ale nie teraz. Wcale nie był dojrzalszy, nie miał w sobie więcej wyrozumiałości, po prostu wolał nie mieszać się w konflikty, które nie były już jego sprawą.
On musiał po prostu znaleźć sobie nowego współpracownika, nawiązać kontakt z kimś, kogo mógł poprzeć. Rozpuścić wici i w żadnym razie nie mieszać się w drobne przysługi wykonywane dla kogoś, kto nie miał racji bytu wyżej w hierarchii. Leta popełniła błąd, on nie chciał odpowiadać za jej fatalne posunięcie.
Stanął z założonymi rękami nie zamierzając być pierwszą osobą, która obróci się na pięcie i opuści pomieszczenie. Górując co najmniej piętnaście, może dwadzieścia centymetrów nad swoją niedoszłą wspólniczką, obdarzył ją jednoznacznym spojrzeniem. Znała swoje miejsce w szeregu, przynajmniej kiedyś, bo teraz i ona ewidentnie nie planowała ruszyć się jako pierwsza. Nie odpowiedziała na jego chłodne pożegnanie.
Niedobrze, bardzo niedobrze.
Ambroise nie obawiał się jej umiejętności. Za to desperacji już tak. Zdesperowani, wzgardzeni czarodzieje posuwali się do nieprzewidywalnych ruchów. Mimo to nadal stał w tym samym miejscu z dokładnie tym samym zdecydowanym spojrzeniem.
Nie ruszył się, gdy pierwsze zaklęcie świsnęło w powietrzu. Zrobił to kilka sekund później, instynktownie wyciągając różdżkę i odbijając kolejne, które przeleciało już znacznie bliżej nich. Od strony kogoś, kto nie powinien tu być. Osoby, której nie wyczuła jego tarcza. Nie zastanawiał się, czemu. To nie był czas ani moment, szczególnie że wysoki, wyższy od niego mężczyzna rozpoczął salwę zaklęć.
Za to Leta? Zniknęła. Rozpłynęła się w powietrzu, gdy tylko Ambroise stracił ją z oczu.
Kurwa.
Była jebaną mentalistką. Oczywiście, że potrafiła to zrobić i coś mu mówiło, że wcale nie po to, żeby uciec.
Nie mógł odmówić przyjęcia zaproszenia. Nie w przypadku Orsona, z którym łączył go jasny układ. Natomiast Ambroise miał wrażenie, że w żadnym momencie nigdy nie chodziło o spełnienie warunków tamtego układu. Został wrobiony w coś, czemu jak najbardziej mógł odmówić. Był coraz bardziej przekonany, że wystarczyło, żeby zignorował wiadomość i nie musiałby wbrew sobie wymykać się z domu.
Nie czegoś takiego oczekiwał otrzymując ten list, który być może w momencie, w którym dotarł do Greengrassa był jeszcze aktualny a może jego nadawca już dawno pływał z rybkami. Ta druga wersja była dużo bardziej drażniąca, bo oznaczałaby, że Ambroise pozwolił się całkiem wystrychnąć na dudka, ale niestety miał przeczucie, że była też prawdziwa.
Teoretycznie zweryfikował prawdziwość otrzymanego wezwania. Dokładnie przyjrzał się charakterowi pisma i zwrócił uwagę na zawarcie odpowiedniego hasła, które powinno się tam znaleźć a które zmieniali dostatecznie często, aby nie mogło wpaść w niepowołane ręce. Z tym, że nigdy nie wziął pod uwagę zwodniczego elementu, którym była Colette. Zdążył przyzwyczaić się do obecności kobiety u boku Marlowa.
Jak się obecnie okazywało - całkowicie niesłusznie. To była kwestia jego własnego zaślepienia. Może tego, że w ostatnich latach zaczął łagodnieć w związku z wycofywaniem się ze znacznej części interesów? Tracić wcześniejszą uwagę? Trochę bardziej wierzyć w ludzi (nie, to akurat brzmiało żenująco śmiesznie)? Nie, te myśli były skrajnie absurdalne i niewłaściwe. To była wyłącznie najczystsza skrajna głupota, nic ponadto.
Teraz musiał mierzyć się z konsekwencjami i z koniecznością wybrnięcia z sytuacji, która nie była najgorsza, ale z pewnością niewygodna. Nie zamierzał spędzać tu całej nocy na czczych negocjacjach z osobą, która w żadnym razie nie była w stanie go do siebie przekonać. Był lojalny wobec Sonny'ego, nie wobec jego kobiety.
Zwłaszcza takiej, która zdecydowanie posłała swojego partnera do piachu, teraz wyczuwając palenie się gruntu pod nogami i uderzając do jego sojuszników. Zły pomysł. To był naprawdę fatalny wybór. Posunięcie, które niechybnie miało ją posłać do piachu lub w te same odmęty portu, w które ona lub jej tajemniczy wspólnik wcześniej najpewniej posłali Marlowa.
Mimo to Ambroise nie zamierzał jej o tym informować ani tym bardziej być tą osobą, która da jej lekcję pokory. Możliwe, że kiedyś by to zrobił. Dawno temu, ale nie teraz. Wcale nie był dojrzalszy, nie miał w sobie więcej wyrozumiałości, po prostu wolał nie mieszać się w konflikty, które nie były już jego sprawą.
On musiał po prostu znaleźć sobie nowego współpracownika, nawiązać kontakt z kimś, kogo mógł poprzeć. Rozpuścić wici i w żadnym razie nie mieszać się w drobne przysługi wykonywane dla kogoś, kto nie miał racji bytu wyżej w hierarchii. Leta popełniła błąd, on nie chciał odpowiadać za jej fatalne posunięcie.
Stanął z założonymi rękami nie zamierzając być pierwszą osobą, która obróci się na pięcie i opuści pomieszczenie. Górując co najmniej piętnaście, może dwadzieścia centymetrów nad swoją niedoszłą wspólniczką, obdarzył ją jednoznacznym spojrzeniem. Znała swoje miejsce w szeregu, przynajmniej kiedyś, bo teraz i ona ewidentnie nie planowała ruszyć się jako pierwsza. Nie odpowiedziała na jego chłodne pożegnanie.
Niedobrze, bardzo niedobrze.
Ambroise nie obawiał się jej umiejętności. Za to desperacji już tak. Zdesperowani, wzgardzeni czarodzieje posuwali się do nieprzewidywalnych ruchów. Mimo to nadal stał w tym samym miejscu z dokładnie tym samym zdecydowanym spojrzeniem.
Nie ruszył się, gdy pierwsze zaklęcie świsnęło w powietrzu. Zrobił to kilka sekund później, instynktownie wyciągając różdżkę i odbijając kolejne, które przeleciało już znacznie bliżej nich. Od strony kogoś, kto nie powinien tu być. Osoby, której nie wyczuła jego tarcza. Nie zastanawiał się, czemu. To nie był czas ani moment, szczególnie że wysoki, wyższy od niego mężczyzna rozpoczął salwę zaklęć.
Za to Leta? Zniknęła. Rozpłynęła się w powietrzu, gdy tylko Ambroise stracił ją z oczu.
Kurwa.
Była jebaną mentalistką. Oczywiście, że potrafiła to zrobić i coś mu mówiło, że wcale nie po to, żeby uciec.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down