21.11.2024, 21:27 ✶
– Przepraszam, że przy okazji musiałem się jeszcze zająć miotłą, z której postanowiłeś spaść. – To naprawdę była jeszcze chwilę temu normalna miotła. Może trochę za duża dla normalnych ludzi, ale Vincentowi pasowała. Dopóki nie postanowił jej zepsuć oczywiście swoimi pośladkami.
W odpowiedzi na komentarz o Florence, Basilius posłał mu zirytowane spojrzenie, jasno sugerujące, aby nie zaczynał.
– Naprawdę? Chcesz, abym uznał, że to zadanie dla niej i ją tutaj wezwał? – spytał, wiedząc że on sam absolutnie nie miał najmniejszej ochoty wzywać tutaj Florence i tłumaczyć się, jak to się stało, że koleiny Prewett, zaraz po nim samym, spadł z miotły i coś sobie zrobił.
– Masz wybity bark – mruknął, ignorując jego nic mi nie jest, gdy już zakończył oglądanie obrażeń czarodzieja. – Poza tym jesteś po prostu potłuczony. Ciesz się, że nie zrobiłeś sobie, aż takiej poważnej krzywdy, bo w twoim wieku byłoby to już naprawzę niebezpieczne – dodał, bo skoro Vincent najwyraźniej bardzo lubił nie tylko zapominać o tym, że Basilius był uzdrowicielem, ale też że dzieli ich jedynie rok różnicy, to on też mógł się w to bawić.
– No dobrze – oznajmił, gdy już nieco poczuł się nieco pewniej, bo Vincent wyszedł z tego w miarę cało, a nerwy związane z tą sytuacją powoli opuszczały. Na Matkę, gdyby spadł jakoś inaczej, mniej fortunnie... Nie, nie warto było teraz o tym myśleć, skoro wszystko było umiarkowanie dobrze. – Wolisz abym nastawił ci go tutaj, czy przeteleportujemy się do ciebie, a tam podam ci najpierw coś na ból? – spytał i skrzywił się nieco, bo niemal te same słowa wypowiedziała do niego Florence kilka dni wcześniej. – Może rzeczywiście jesteśmy przeklęci – wymamrotał pod nosem, bardziej do siebie, niż drugiego Prewetta.
W odpowiedzi na komentarz o Florence, Basilius posłał mu zirytowane spojrzenie, jasno sugerujące, aby nie zaczynał.
– Naprawdę? Chcesz, abym uznał, że to zadanie dla niej i ją tutaj wezwał? – spytał, wiedząc że on sam absolutnie nie miał najmniejszej ochoty wzywać tutaj Florence i tłumaczyć się, jak to się stało, że koleiny Prewett, zaraz po nim samym, spadł z miotły i coś sobie zrobił.
– Masz wybity bark – mruknął, ignorując jego nic mi nie jest, gdy już zakończył oglądanie obrażeń czarodzieja. – Poza tym jesteś po prostu potłuczony. Ciesz się, że nie zrobiłeś sobie, aż takiej poważnej krzywdy, bo w twoim wieku byłoby to już naprawzę niebezpieczne – dodał, bo skoro Vincent najwyraźniej bardzo lubił nie tylko zapominać o tym, że Basilius był uzdrowicielem, ale też że dzieli ich jedynie rok różnicy, to on też mógł się w to bawić.
– No dobrze – oznajmił, gdy już nieco poczuł się nieco pewniej, bo Vincent wyszedł z tego w miarę cało, a nerwy związane z tą sytuacją powoli opuszczały. Na Matkę, gdyby spadł jakoś inaczej, mniej fortunnie... Nie, nie warto było teraz o tym myśleć, skoro wszystko było umiarkowanie dobrze. – Wolisz abym nastawił ci go tutaj, czy przeteleportujemy się do ciebie, a tam podam ci najpierw coś na ból? – spytał i skrzywił się nieco, bo niemal te same słowa wypowiedziała do niego Florence kilka dni wcześniej. – Może rzeczywiście jesteśmy przeklęci – wymamrotał pod nosem, bardziej do siebie, niż drugiego Prewetta.