22.11.2024, 01:52 ✶
Wszystkie wydarzenia ostatnich godzin nadal drgały w jego umyśle. Głosy i dźwięki, rzucane słowa, błyski i twarze, gniew, rozpacz, przerażenie. Zamykając oczy nawet na kilka sekund, pod powiekami widział obrazy minionego wieczoru, czując się tak, jakby opuszczając tamto miejsce w rzeczywistości wcale go nie opuścił. Nie całkiem, zostawiając tam kawałek siebie, ponosząc koszt, na który się przecież pisał.
Tam w nocy lasu, teraz rozmytej bladym świtem słońca wschodzącego ponad horyzont nad spokojnymi morskimi falami. W ich skrawku świata, ich miejscu, ich pięknej ruinie.
Fale niestrudzenie obmywały kamienie, mocząc piasek skrzący się delikatnie w promieniach wschodzącego słońca. Długa i ponura noc powoli ustępowała miejsca blademu świtowi. Ciepłe, miękkie barwy poranka wyłaniały się z mroku.
To było miejsce, które niegdyś emanowało radością. Sielanką, miłością przesyconą beztroskimi chwilami spędzonymi w letnich promieniach słońca, chłodnych podmuchach wiosny, mgłach jesieni, ciemnych zimowych wieczorach.
Teraz jednak przytłaczająca cisza oraz chłód poranka potęgowały jego uczucie niewłaściwości. Zupełnie tak jak wtedy, gdy pojawił się tu po raz ostatni (więc czemu tu był?), by nigdy nie musieć wracać, oddając jej to, co nie powinno dłużej należeć do niego. Ona nie należała, już nie, więc czemu miałby desperacko trzymać się pustego, martwego skrawka ziemi. To nie był już dłużej jego dom. Nie próbował łudzić się, że jest inaczej. Próbował?
Wszystko, co kiedykolwiek mieli stało się ruiną. Dom za ich plecami, zarośnięty ogród, zdziczały skrawek niegdyś zadbanej plaży, pozapadane drewniane stopnie na skarpie, wybite okna szklarni przypominające zęby wyszczerzone w drwiącym uśmiechu. Kurz i pył, zgliszcza dawnych lat.
Jakże głupi byli? Jak okrutnie głupi wierząc w to, że jeszcze może być dobrze, że trwanie przy sobie nawzajem wystarczy, by wszystko inne nie miało wpływu na ich życie?
Nie powinien tu być. Nie powinien robić tego wszystkiego, obejmować jej, jakby nadal byli sobie bliscy, muskać wargami włosy, nieświadomie kołysać się z nią z boku na bok próbując odgonić wizje tego, co stało się w ciemnościach leśnej jaskini. Nawet, jeżeli pragnął jeszcze na chwilę zatonąć we mgle znad wrzosowisk, stając się widmem kradzionej przeszłości, nie mógł, nie powinien.
Chciał, musiał, pragnął, potrzebował. Jeszcze przez chwilę, tylko chwilę dłużej. Nic więcej. Później miał spełnić złożoną obietnicę. Tym razem po raz ostatni dotrzymać danego słowa, choć w ten jeden sposób, nieważne jak bolesny, usiłując odkupić część win. A miał ich dużo, prawda?
Poczuł, gdy bardziej się o niego oparła, zareagował niemalże od razu mimowolnie mocniej oplatając ją ramionami. Kolejny raz przycisnął wargi do czubka jej głowy, przymykając oczy. Przez krótką chwilę mogli milczeć nie robiąc nic, by przerwać ciszę, jaka między nimi zapadła. Jeszcze ten jeden moment, kilka minut.
To był kradziony czas. Coś, co nie należało do nich, nie do niego, nigdy do niego. Pragnął być dla niej oparciem, jednak czuł się jak nieproszony gość w jej wspomnieniach. Nic tutaj nie było już jego. Lata spędzone w tym miejscu, wszystkie plany i pragnienia, każdy moment pełen nadziei na nadchodzącą przyszłość, naiwne, szczenięce przekonanie płynące z tych trzech słów: zawsze, na zawsze.
Puste deklaracje pełne czczej wiary, że te wszystkie piękne, rzewne frazesy będą mieć odzwierciedlenie w rzeczywistości wyłącznie przez to, że kiedyś w tamtym momencie w przeszłości naprawdę chciał, by je miały.
To była iluzja, przecież to wiedział. Ta nadzieja, że jeśli po prostu tu zostaną, milcząc jeszcze przez chwilę, to może... ...może czas o nich zapomni, da im szansę na nowo. Na powrót do tego, co kiedyś było ich. Do domu.
Do czegoś, czego oboje kiedyś pragnęli i potrzebowali. To brzmiało gorzko, desperacko. Przecież gdzieś pod powierzchnią i tak musiał zmierzyć się z myślą, że poszukiwanie oparcia w czymś, co nie istniało, już nie, było naznaczone olbrzymim kosztem. Wykradając jeszcze kilka minut tu i teraz, płacił za to w przyszłości. Bo rozumiał, że nie jest już częścią jej życia, że nie było w nim dla niego miejsca, nawet jeśli w tej chwili czuł, że czas stanął w miejscu. Bo miał za to zapłacić. Przecież robił to od dawna, od samego początku końca. Czymże byłoby więcej cierpienia?
Ile razy próbował zapomnieć? Ile razy starał się nie godzić z tym, co nie istniało, co sam zniszczył? Ile razy wystarczyło, by przestać, osuwając się w błogą obojętność?
Na chwilę przymknął oczy, próbując skupić się na dźwiękach morza, zapachach porannej bryzy. Nie na dymie, pyle i wilgoci. Nie na obrazach pod powiekami, nie na widmach przeszłości. Nie na tym, co było, co miało być, co nigdy nie nadeszło. Na chwili, która trwała wraz z bladymi promieniami światła rozjaśniającymi niebo.
Na chwili, która nie była jego. Nawet jeśli pragnął, by było inaczej.
- Odszedł - musiał to zrobić, kolejny raz będąc tą osobą, która wszystko niszczyła, jeszcze jeden raz przerywając ciszę, wciągając ich z powrotem w objęcia rzeczywistości. - Nie wróci - i choć zniżał głos do miękkiego, nieco chrapliwego szeptu, zrobił to.
Musiał.
Tam w nocy lasu, teraz rozmytej bladym świtem słońca wschodzącego ponad horyzont nad spokojnymi morskimi falami. W ich skrawku świata, ich miejscu, ich pięknej ruinie.
Fale niestrudzenie obmywały kamienie, mocząc piasek skrzący się delikatnie w promieniach wschodzącego słońca. Długa i ponura noc powoli ustępowała miejsca blademu świtowi. Ciepłe, miękkie barwy poranka wyłaniały się z mroku.
To było miejsce, które niegdyś emanowało radością. Sielanką, miłością przesyconą beztroskimi chwilami spędzonymi w letnich promieniach słońca, chłodnych podmuchach wiosny, mgłach jesieni, ciemnych zimowych wieczorach.
Teraz jednak przytłaczająca cisza oraz chłód poranka potęgowały jego uczucie niewłaściwości. Zupełnie tak jak wtedy, gdy pojawił się tu po raz ostatni (więc czemu tu był?), by nigdy nie musieć wracać, oddając jej to, co nie powinno dłużej należeć do niego. Ona nie należała, już nie, więc czemu miałby desperacko trzymać się pustego, martwego skrawka ziemi. To nie był już dłużej jego dom. Nie próbował łudzić się, że jest inaczej. Próbował?
Wszystko, co kiedykolwiek mieli stało się ruiną. Dom za ich plecami, zarośnięty ogród, zdziczały skrawek niegdyś zadbanej plaży, pozapadane drewniane stopnie na skarpie, wybite okna szklarni przypominające zęby wyszczerzone w drwiącym uśmiechu. Kurz i pył, zgliszcza dawnych lat.
Jakże głupi byli? Jak okrutnie głupi wierząc w to, że jeszcze może być dobrze, że trwanie przy sobie nawzajem wystarczy, by wszystko inne nie miało wpływu na ich życie?
Nie powinien tu być. Nie powinien robić tego wszystkiego, obejmować jej, jakby nadal byli sobie bliscy, muskać wargami włosy, nieświadomie kołysać się z nią z boku na bok próbując odgonić wizje tego, co stało się w ciemnościach leśnej jaskini. Nawet, jeżeli pragnął jeszcze na chwilę zatonąć we mgle znad wrzosowisk, stając się widmem kradzionej przeszłości, nie mógł, nie powinien.
Chciał, musiał, pragnął, potrzebował. Jeszcze przez chwilę, tylko chwilę dłużej. Nic więcej. Później miał spełnić złożoną obietnicę. Tym razem po raz ostatni dotrzymać danego słowa, choć w ten jeden sposób, nieważne jak bolesny, usiłując odkupić część win. A miał ich dużo, prawda?
Poczuł, gdy bardziej się o niego oparła, zareagował niemalże od razu mimowolnie mocniej oplatając ją ramionami. Kolejny raz przycisnął wargi do czubka jej głowy, przymykając oczy. Przez krótką chwilę mogli milczeć nie robiąc nic, by przerwać ciszę, jaka między nimi zapadła. Jeszcze ten jeden moment, kilka minut.
To był kradziony czas. Coś, co nie należało do nich, nie do niego, nigdy do niego. Pragnął być dla niej oparciem, jednak czuł się jak nieproszony gość w jej wspomnieniach. Nic tutaj nie było już jego. Lata spędzone w tym miejscu, wszystkie plany i pragnienia, każdy moment pełen nadziei na nadchodzącą przyszłość, naiwne, szczenięce przekonanie płynące z tych trzech słów: zawsze, na zawsze.
Puste deklaracje pełne czczej wiary, że te wszystkie piękne, rzewne frazesy będą mieć odzwierciedlenie w rzeczywistości wyłącznie przez to, że kiedyś w tamtym momencie w przeszłości naprawdę chciał, by je miały.
To była iluzja, przecież to wiedział. Ta nadzieja, że jeśli po prostu tu zostaną, milcząc jeszcze przez chwilę, to może... ...może czas o nich zapomni, da im szansę na nowo. Na powrót do tego, co kiedyś było ich. Do domu.
Do czegoś, czego oboje kiedyś pragnęli i potrzebowali. To brzmiało gorzko, desperacko. Przecież gdzieś pod powierzchnią i tak musiał zmierzyć się z myślą, że poszukiwanie oparcia w czymś, co nie istniało, już nie, było naznaczone olbrzymim kosztem. Wykradając jeszcze kilka minut tu i teraz, płacił za to w przyszłości. Bo rozumiał, że nie jest już częścią jej życia, że nie było w nim dla niego miejsca, nawet jeśli w tej chwili czuł, że czas stanął w miejscu. Bo miał za to zapłacić. Przecież robił to od dawna, od samego początku końca. Czymże byłoby więcej cierpienia?
Ile razy próbował zapomnieć? Ile razy starał się nie godzić z tym, co nie istniało, co sam zniszczył? Ile razy wystarczyło, by przestać, osuwając się w błogą obojętność?
Na chwilę przymknął oczy, próbując skupić się na dźwiękach morza, zapachach porannej bryzy. Nie na dymie, pyle i wilgoci. Nie na obrazach pod powiekami, nie na widmach przeszłości. Nie na tym, co było, co miało być, co nigdy nie nadeszło. Na chwili, która trwała wraz z bladymi promieniami światła rozjaśniającymi niebo.
Na chwili, która nie była jego. Nawet jeśli pragnął, by było inaczej.
- Odszedł - musiał to zrobić, kolejny raz będąc tą osobą, która wszystko niszczyła, jeszcze jeden raz przerywając ciszę, wciągając ich z powrotem w objęcia rzeczywistości. - Nie wróci - i choć zniżał głos do miękkiego, nieco chrapliwego szeptu, zrobił to.
Musiał.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down