Morpheus zrobił mądrą minę i potakną. Oczywistym było, że tak na prawdę szeroka większość czarodziejów preferuje status quo. Tak jak Anthony. Tak jak on sam w głębi siebie. To nie był jego problem, dopóki nie stało się to jego problemem. Gdy ci po drugiej stronie postanowili unieść różdżkę celowo na jego rodzinę. Atak w barze, podczas którego poznał Neila, był przypadkowym. Nie musiało go tam być, nic nie wskazywało na to, że tam będzie i tylko drugi jasnowidz mógł położyć na jego plecach cel. Bulstrode miał co prawda Atreusa, który cierpiał z powodu walk na Beltane, lecz w gruncie rzeczy leżało to w jego kompetencjach zawodowych. Ryzyko związane z umową o pracę.
Derwin niby też, a jednak... Zamordowany, a jego ciało porzucone w Kniei, zbezczeszone przez Widma. To coś znacznie większego. Może to też dlatego, że Derwin był jego bratem, stworzony z tej samej materii gwiezdnej, z tego samego boskiego pierwiastka. Gdy zginęła Aurora czuł się tak samo. Teraz jednak miał otwartą możliwość zemsty.
— Dziękuję ci Florence. Za wszystko. Twoja pomoc jest nieoceniona. I obawiam się, że jesienią będziesz potrzebna bardziej niż kiedykolwiek — Morpheus zrobił przeciągły wydech. — Bądź bezpieczna i niechaj gwiazdy patrzą na ciebie łaskawie, a Merkury wspiera w działaniach, niech będą tak prędkie i celne, jak jego własne.
Ukłonił się jej z pewnego rodzaju tkliwością otwartej rany. Jej dobro też leżało w jego zamyśle, na szczęście nie była w osi największych, najbardziej brutalnych wydarzeń, a na orbicie. Nadal mógł dotrzeć do niej deszcz meteorytów, ale raczej na siniakach się obędzie. Taką żywił głęboką nadzieję.