22.11.2024, 13:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.11.2024, 14:29 przez Charlotte Kelly.)
Charlotte Crouch nie miała absolutnie niczego przeciwko Ślizgonom, a na tym etapie swojego życia przewracała oczyma na mugolaków, w szczególności takich jak Marta Warren. Uważała, że pozbycie się uczniów Slytherinu byłoby dobrą drogą głównie dlatego, że wolała, aby cierpieli oni, nie ona. Nie miałaby w tej chwili nic przeciwko temu, żeby wyrzucono szlamy, jeśli miałoby to oznaczać, że w Hogwarcie wszystko będzie toczyć się swoim rytmem – ale wątpiła, aby nauczyciele i rodzice chcieli pozwolić dzieciom siedzieć w ławce z mordercą.
– Jakby to było samobójstwo, to wszyscy by tak nie wariowali. Poza tym gdyby Marta miała popełniać samobójstwo, zrobiłaby to bardziej widowiskowo – stwierdziła Charlotte, wzruszając obojętnie ramionami. – Dziwne rzeczy dzieją się już od jakiegoś czasu, a to dość jasne, że jak ktoś się bierze za szlamy, to jest to ktoś ze Slytherinu.
Puściła kaptur szaty Jonathana z cierpiętniczym westchnieniem, ale bez protestów, bo jednak doskonale rozumiała, że nie ma co wyciągać specjalnie szytego na miarę stroju. W Hogwarcie mieli małe możliwości uzupełniała garderoby, co zresztą Charlotte osobiście uważała za skandal, podobnie jak to, że wszyscy musieli nosić identyczne i mało twarzowe szaty.
– No… ale co z tego? – spytała na jego słowa o tym całym antagonizowaniu rodów czystej krwi i półkrwi, spoglądając na Jonathana z absolutnym niezrozumieniem wypisanym na słodkiej buzi. To nie tak, że nie rozumiała możliwych konsekwencji.
One po prostu czternastoletniej Charlotte Crouch zupełnie nie obchodziły. Dlaczego by miały? Zanim skończą Hogwart, to wszystko przycichnie, a skoro problem jej osobiście nie dotyczył, to jakby nie istniał. Charlotte nigdy nie myślała o dobrze ogółu: interesowało ją dobro jej samej i najbliższego otoczenia.
– Nie bądź głupi, Johny, gdybyś to był ty, to oczywiście, że coś byśmy zrobili – dodała z pewnym zniecierpliwieniem. Selwynowie, ich krewni i przyjaciele, nawet ona. Ale w tej chwili nikt nie robił za wiele, bo to nie był Jonathan. To była nikogo nie interesująca Marta Warren. – Pokazała się Olivii Hornby i Olivia dostała załamania nerwowego. Jest duchem – stwierdziła Charlotte, równie obojętnie co wcześniej. Duchy jej nie poruszały. W Hogwarcie roiło się od duchów, czemu jeszcze jeden miałby ją przerażać? Ba, duchy były interesujące, ale Crouchównie trudno było uwierzyć, że Marta Warren po śmierci stała się choć odrobinę ciekawsza niż była za życia.
– Chcecie iść do damskiej łazienki? Po Johnym bym się spodziewała, ale po tobie, Tony… – westchnęła dziewczyna, i strzepnęła niewidzialny pyłek z rękawa. – Już próbowałam. Ciągle się tam ktoś kręci. Najwyraźniej czekają aż morderca wróci, żeby nie wiem, zatańczyć w kabinie, w której pozbył się Warrenówny czy coś takiego – stwierdziła z pewnym niesmakiem, absolutnie nieświadoma, że morderca to tam wróci na pewno, bo właśnie tam skrywało się wejście do Komnaty Tajemnic. – Musiałam udawać, że bardzo, bardzo muszę do łazienki, żeby prefekt dał mi spokój, więc jak chcecie tam iść znowu, to beze mnie. Nie wierzę, że Marta cokolwiek nam powie, już by przecież powiedziała Dippetowi… Uważajcie na siebie - rzuciła, zanim odwróciła się, by odejść w stronę Pokoju Wspólnego Puchonów.
– Jakby to było samobójstwo, to wszyscy by tak nie wariowali. Poza tym gdyby Marta miała popełniać samobójstwo, zrobiłaby to bardziej widowiskowo – stwierdziła Charlotte, wzruszając obojętnie ramionami. – Dziwne rzeczy dzieją się już od jakiegoś czasu, a to dość jasne, że jak ktoś się bierze za szlamy, to jest to ktoś ze Slytherinu.
Puściła kaptur szaty Jonathana z cierpiętniczym westchnieniem, ale bez protestów, bo jednak doskonale rozumiała, że nie ma co wyciągać specjalnie szytego na miarę stroju. W Hogwarcie mieli małe możliwości uzupełniała garderoby, co zresztą Charlotte osobiście uważała za skandal, podobnie jak to, że wszyscy musieli nosić identyczne i mało twarzowe szaty.
– No… ale co z tego? – spytała na jego słowa o tym całym antagonizowaniu rodów czystej krwi i półkrwi, spoglądając na Jonathana z absolutnym niezrozumieniem wypisanym na słodkiej buzi. To nie tak, że nie rozumiała możliwych konsekwencji.
One po prostu czternastoletniej Charlotte Crouch zupełnie nie obchodziły. Dlaczego by miały? Zanim skończą Hogwart, to wszystko przycichnie, a skoro problem jej osobiście nie dotyczył, to jakby nie istniał. Charlotte nigdy nie myślała o dobrze ogółu: interesowało ją dobro jej samej i najbliższego otoczenia.
– Nie bądź głupi, Johny, gdybyś to był ty, to oczywiście, że coś byśmy zrobili – dodała z pewnym zniecierpliwieniem. Selwynowie, ich krewni i przyjaciele, nawet ona. Ale w tej chwili nikt nie robił za wiele, bo to nie był Jonathan. To była nikogo nie interesująca Marta Warren. – Pokazała się Olivii Hornby i Olivia dostała załamania nerwowego. Jest duchem – stwierdziła Charlotte, równie obojętnie co wcześniej. Duchy jej nie poruszały. W Hogwarcie roiło się od duchów, czemu jeszcze jeden miałby ją przerażać? Ba, duchy były interesujące, ale Crouchównie trudno było uwierzyć, że Marta Warren po śmierci stała się choć odrobinę ciekawsza niż była za życia.
– Chcecie iść do damskiej łazienki? Po Johnym bym się spodziewała, ale po tobie, Tony… – westchnęła dziewczyna, i strzepnęła niewidzialny pyłek z rękawa. – Już próbowałam. Ciągle się tam ktoś kręci. Najwyraźniej czekają aż morderca wróci, żeby nie wiem, zatańczyć w kabinie, w której pozbył się Warrenówny czy coś takiego – stwierdziła z pewnym niesmakiem, absolutnie nieświadoma, że morderca to tam wróci na pewno, bo właśnie tam skrywało się wejście do Komnaty Tajemnic. – Musiałam udawać, że bardzo, bardzo muszę do łazienki, żeby prefekt dał mi spokój, więc jak chcecie tam iść znowu, to beze mnie. Nie wierzę, że Marta cokolwiek nam powie, już by przecież powiedziała Dippetowi… Uważajcie na siebie - rzuciła, zanim odwróciła się, by odejść w stronę Pokoju Wspólnego Puchonów.
Postać opuszcza sesję