22.11.2024, 16:09 ✶
Nie mogli tu zostać. Nieważne jak bardzo by tego chciał wewnątrz, na zewnątrz musiał na powrót przywołać postawę, która pozwoliłaby im rozejść się w taki sposób, by niczego więcej nie zniszczyć. Choć tak naprawdę czy było jeszcze co rujnować?
Nie po tym, co wtedy zrobił ani nie po tym, co padło między nimi podczas tych kilku spotkań prowadzących do stanięcia ostatni raz ramię w ramię przeciwko wspólnemu problemowi. Podejmując ryzyko, wygrywając starcie, choć czy na pewno mógł to tak określić?
W rzeczywistości wcale nie czuł się jak ktoś wygrany. Był wrakiem człowieka. Zmęczonym, przez te kilka, może kilkanaście minut zawieszonym na pograniczu jawy i snu. A może koszmaru? Gdyby na chwilę dłużej zamknął oczy mógłby głębiej pogrążyć się w tym stanie niejawy.
Z tym, że nie chciał tego robić. Jeszcze nie.
Bo przecież by jej z tym nie zostawił, jeszcze nie teraz. Chciał być tu dla niej przez kilka ostatnich chwil, które mogli sobie ukraść, zanim...
- Mhm - odmruknął w jej włosy słysząc ten cichy komentarz.
Żadna inna odpowiedź nie przyszła mu do głowy. Przeżyli, wygrali, wspólnie.
Nawet jeśli miał świadomość, że sama do niego nie przyszła, to był splot przypadków. Rina nie chciała mieć z nim do czynienia, choć oboje musieli wiedzieć, że zawsze mogła do niego przyjść. To się nie zmieniło. Nie tylko to, ale o niczym innym nie mógł powiedzieć.
O tym zresztą też milczał.
- Masz chłodne ręce - zauważył cicho, powoli dobierając każde słowo, ważąc je w ustach, jakby naprawdę miało jakiekolwiek znaczenie. - Zmarzłaś? Cała jesteś chłodna a ja nie mam płaszcza - to był pierwszy moment, poza wspomnieniem o odejściu Doppelgangera, w którym zwrócił uwagę na to, co stało się w ich ostatnich momentach w jaskini.
Jego płaszcz chyba nigdy nie dotarł w ręce Thomasa. Mgliście pamiętał, że Figg nie miał go na sobie, gdy wreszcie zdyszani stanęli przed wejściem do tego przeklętego miejsca będąc świadkami zawalenia się go na ich oczach. Nie miał go też chyba podczas biegu przez korytarze, ale tamte chwile były dla Greengrassa jednym wielkim paradoksem, o którym wcale nie chciał myśleć.
- Przeziębisz się - wciągnął i wypuścił powietrze nosem, powstrzymując tym samym westchnienie, które niewątpliwie wydostałoby mu się z ust, gdyby tylko je teraz ponownie.
Ponownie poczuł się niewłaściwie. Wypowiadając te naprawdę idiotyczne słowa, które nawet w jego głowie brzmiały całkiem żałośnie, bo niby czemu miałby sobie rościć prawo do komentowania tego wszystkiego.
Jasne - to było w kwestii uzdrowiciela, żeby wyrokować o prawdopodobieństwie czegoś, czego można było uniknąć wracając do ciepłego wnętrza, ale tym razem jakoś nie potrafił być profesjonalnie informatywny. Czuł się tak jakby ją upominał. W dodatku bezpodstawnie kolejny raz wpierdalając się w coś, co nie jest jego sprawą.
Mimo to instynktownie potarł kciukami wierzchy dłoni Geraldine, co rzecz jasna nie mogło przynieść niemal żadnego efektu. Powinien wypuścić je ze swoich równie chłodnych rąk. Z jakiegoś powodu nadal tego nie zrobił. Z jakiegoś. Dokładnie tego samego, dla którego nadal zamykał ją w ramionach. Nie chciał się od niej odsuwać, wstawać z mokrego piachu, bo wtedy nie byłoby już nic, co trzymałoby ich przed opuszczeniem tego miejsca. Tym razem każde osobno.
Wstawał nowy dzień. Świt rozlewał się dookoła. Niedługo słońce miało zalać plażę złotym światłem. Wtedy z pewnością miało się tu zrobić cieplej. Jesień jeszcze nie nadeszła. Nawet tutaj, szczególnie tutaj takie późne poranki potrafiły być przyjemne. Przynosiły idealną temperaturę a morska bryza otrzeźwiała, sprawiając, że nawet upalne dni były jakby trochę przyjemniejsze. Szczególnie, gdy można było tak po prostu wskoczyć do chłodnej wody.
Zmyć z siebie wszystkie wydarzenia zeszłego wieczoru, całą noc. Brud i krew rozmazaną na twarzy, krwawą runę czy ślad po niej. On chyba w dalszym ciągu ją nosił. To Geraldine ją straciła, w tamtym momencie wywołując u niego chwilową panikę, do której nigdy by się nie przyznał. Tak samo jak do tego wszystkiego, co teraz wypełniało jego skołatany umysł.
Był zmęczony. Wyczerpany, ale nie tylko tym dniem, nie jedynie pokłosiem walki z bytem. To był wyłącznie kolejny cios, który niby udało im się znieść. Tak jak powiedziała: przeżyli. Powinni odczuwać ulgę. Może ona ją czuła, choć Ambroise w głębi duszy wiedział, że tak nie jest. Koszt był znacznie większy niż to, co mieli sobie mówić już za kilka chwil, kiwając do siebie głowami, może podając sobie rękę, dopełniając ostatniego warunku umowy.
Przynajmniej mieli szansę się pożegnać. Tym razem oboje mieli świadomość nieuchronności rozstania, nawet jeśli odwlekanego o coraz bardziej bezsensowne, gorzkie minuty. Przerywając tamtą ciszę, jakże głupi był, powinien po prostu pójść za ciosem. Zagryźć zęby, przywołać maskę chłodnej neutralności na twarz, puszczając ją z ramion i wstając z piachu.
Pierwszy raz od sam nie wiedział ilu minut czy godzin, puszczając jej dłoń, by nigdy więcej po nią nie sięgnąć.
Nie zrobił tego, oddychając ciężko, nawet jeśli starał się nie dać tego po sobie poznać. Miał wrażenie, że rytm jego oddechu i bicie serca sprzysięgły się przeciwko niemu. Razem z zaciśniętym gardłem i wypełniającą je palącą, ciepłą goryczą. Jedynym, czego nie ogarnął postępujący chłód. Cała reszta była zimna, zmęczona, coraz bardziej wyczerpana bezustanną walką.
Ten rok, więcej niż rok - w końcu mieli już pierwszy wrześniowy wschód słońca, obrzydliwie łososiowo-morelowy na krystalicznie czystym nieboskłonie. Ten rok, więcej niż rok był jak dekada. Najgorsza, najpaskudniejsza dekada jego życia. A jeszcze się nie skończył. To miało trwać.
Do usranej śmierci, ironia?
Jeszcze na chwilę przymknął zmęczone oczy. Zacisnął powieki piekące od dymu i tylko od dymu, od niczego innego. Nie mógł pozwolić sobie na to, by poczuć cokolwiek innego, cokolwiek więcej. Zwłaszcza nie tutaj. Oddychając głęboko, znowu przeniósł spojrzenie na horyzont mając wrażenie, że w tym momencie jest w stanie tak po prostu tu zastygnąć, wpatrując się prosto w rażące słońce, ale gdyby ktoś kazał mu spojrzeć w taflę wody albo w lustro, nie mógłby tego zrobić.
Zawiał wiatr. Skalane nie jego krwią kosmyki dawno wyrwane z zapięcia, które też gdzieś stracił, zawiały prosto w oczy Ambroisa, zmuszając go do mrugnięcia. Jak każdego lata spędzanego na zewnątrz w ogrodzie, były pojaśniałe, niemal białe od słońca. Nadchodzące jesień i zima miały to zmienić, tyle że nie całkiem.
Białe pasma miały w nich pozostać postępując coraz bardziej tak jak zmarszczki na czole, drobna siateczka w kącikach oczu i ust, chyba już wiecznie przekrwione białka i zmatowiałe, pozbawione blasku tęczówki.
Doppelganger, Dolina Godryka, widma i dęby, które ginęły w mękach, choć powinny być wieczne. Nekromantyczne rośliny wypływające poza czarny rynek, ciągłe pogarszające się przypadki w Mungu, kolejne tąpnięcia, przetasowania i wahania na czarnym rynku. Wojna, ataki popleczników Voldemorta.
Proch, pył, pożoga. Zgliszcza wszelkich nadziei.
Ostatnie pożegnanie z niewinnością.
Tchnienie końca lata.
Blady świt będący jedynie kolejnym zmierzchem.
Otworzył usta, żeby powiedzieć to, co należało powiedzieć, ale niemal od razu ponownie je zamknął, raz jeszcze przyciskając wargi do czubka głowy Riny.
Nie po tym, co wtedy zrobił ani nie po tym, co padło między nimi podczas tych kilku spotkań prowadzących do stanięcia ostatni raz ramię w ramię przeciwko wspólnemu problemowi. Podejmując ryzyko, wygrywając starcie, choć czy na pewno mógł to tak określić?
W rzeczywistości wcale nie czuł się jak ktoś wygrany. Był wrakiem człowieka. Zmęczonym, przez te kilka, może kilkanaście minut zawieszonym na pograniczu jawy i snu. A może koszmaru? Gdyby na chwilę dłużej zamknął oczy mógłby głębiej pogrążyć się w tym stanie niejawy.
Z tym, że nie chciał tego robić. Jeszcze nie.
Bo przecież by jej z tym nie zostawił, jeszcze nie teraz. Chciał być tu dla niej przez kilka ostatnich chwil, które mogli sobie ukraść, zanim...
- Mhm - odmruknął w jej włosy słysząc ten cichy komentarz.
Żadna inna odpowiedź nie przyszła mu do głowy. Przeżyli, wygrali, wspólnie.
Nawet jeśli miał świadomość, że sama do niego nie przyszła, to był splot przypadków. Rina nie chciała mieć z nim do czynienia, choć oboje musieli wiedzieć, że zawsze mogła do niego przyjść. To się nie zmieniło. Nie tylko to, ale o niczym innym nie mógł powiedzieć.
O tym zresztą też milczał.
- Masz chłodne ręce - zauważył cicho, powoli dobierając każde słowo, ważąc je w ustach, jakby naprawdę miało jakiekolwiek znaczenie. - Zmarzłaś? Cała jesteś chłodna a ja nie mam płaszcza - to był pierwszy moment, poza wspomnieniem o odejściu Doppelgangera, w którym zwrócił uwagę na to, co stało się w ich ostatnich momentach w jaskini.
Jego płaszcz chyba nigdy nie dotarł w ręce Thomasa. Mgliście pamiętał, że Figg nie miał go na sobie, gdy wreszcie zdyszani stanęli przed wejściem do tego przeklętego miejsca będąc świadkami zawalenia się go na ich oczach. Nie miał go też chyba podczas biegu przez korytarze, ale tamte chwile były dla Greengrassa jednym wielkim paradoksem, o którym wcale nie chciał myśleć.
- Przeziębisz się - wciągnął i wypuścił powietrze nosem, powstrzymując tym samym westchnienie, które niewątpliwie wydostałoby mu się z ust, gdyby tylko je teraz ponownie.
Ponownie poczuł się niewłaściwie. Wypowiadając te naprawdę idiotyczne słowa, które nawet w jego głowie brzmiały całkiem żałośnie, bo niby czemu miałby sobie rościć prawo do komentowania tego wszystkiego.
Jasne - to było w kwestii uzdrowiciela, żeby wyrokować o prawdopodobieństwie czegoś, czego można było uniknąć wracając do ciepłego wnętrza, ale tym razem jakoś nie potrafił być profesjonalnie informatywny. Czuł się tak jakby ją upominał. W dodatku bezpodstawnie kolejny raz wpierdalając się w coś, co nie jest jego sprawą.
Mimo to instynktownie potarł kciukami wierzchy dłoni Geraldine, co rzecz jasna nie mogło przynieść niemal żadnego efektu. Powinien wypuścić je ze swoich równie chłodnych rąk. Z jakiegoś powodu nadal tego nie zrobił. Z jakiegoś. Dokładnie tego samego, dla którego nadal zamykał ją w ramionach. Nie chciał się od niej odsuwać, wstawać z mokrego piachu, bo wtedy nie byłoby już nic, co trzymałoby ich przed opuszczeniem tego miejsca. Tym razem każde osobno.
Wstawał nowy dzień. Świt rozlewał się dookoła. Niedługo słońce miało zalać plażę złotym światłem. Wtedy z pewnością miało się tu zrobić cieplej. Jesień jeszcze nie nadeszła. Nawet tutaj, szczególnie tutaj takie późne poranki potrafiły być przyjemne. Przynosiły idealną temperaturę a morska bryza otrzeźwiała, sprawiając, że nawet upalne dni były jakby trochę przyjemniejsze. Szczególnie, gdy można było tak po prostu wskoczyć do chłodnej wody.
Zmyć z siebie wszystkie wydarzenia zeszłego wieczoru, całą noc. Brud i krew rozmazaną na twarzy, krwawą runę czy ślad po niej. On chyba w dalszym ciągu ją nosił. To Geraldine ją straciła, w tamtym momencie wywołując u niego chwilową panikę, do której nigdy by się nie przyznał. Tak samo jak do tego wszystkiego, co teraz wypełniało jego skołatany umysł.
Był zmęczony. Wyczerpany, ale nie tylko tym dniem, nie jedynie pokłosiem walki z bytem. To był wyłącznie kolejny cios, który niby udało im się znieść. Tak jak powiedziała: przeżyli. Powinni odczuwać ulgę. Może ona ją czuła, choć Ambroise w głębi duszy wiedział, że tak nie jest. Koszt był znacznie większy niż to, co mieli sobie mówić już za kilka chwil, kiwając do siebie głowami, może podając sobie rękę, dopełniając ostatniego warunku umowy.
Przynajmniej mieli szansę się pożegnać. Tym razem oboje mieli świadomość nieuchronności rozstania, nawet jeśli odwlekanego o coraz bardziej bezsensowne, gorzkie minuty. Przerywając tamtą ciszę, jakże głupi był, powinien po prostu pójść za ciosem. Zagryźć zęby, przywołać maskę chłodnej neutralności na twarz, puszczając ją z ramion i wstając z piachu.
Pierwszy raz od sam nie wiedział ilu minut czy godzin, puszczając jej dłoń, by nigdy więcej po nią nie sięgnąć.
Nie zrobił tego, oddychając ciężko, nawet jeśli starał się nie dać tego po sobie poznać. Miał wrażenie, że rytm jego oddechu i bicie serca sprzysięgły się przeciwko niemu. Razem z zaciśniętym gardłem i wypełniającą je palącą, ciepłą goryczą. Jedynym, czego nie ogarnął postępujący chłód. Cała reszta była zimna, zmęczona, coraz bardziej wyczerpana bezustanną walką.
Ten rok, więcej niż rok - w końcu mieli już pierwszy wrześniowy wschód słońca, obrzydliwie łososiowo-morelowy na krystalicznie czystym nieboskłonie. Ten rok, więcej niż rok był jak dekada. Najgorsza, najpaskudniejsza dekada jego życia. A jeszcze się nie skończył. To miało trwać.
Do usranej śmierci, ironia?
Jeszcze na chwilę przymknął zmęczone oczy. Zacisnął powieki piekące od dymu i tylko od dymu, od niczego innego. Nie mógł pozwolić sobie na to, by poczuć cokolwiek innego, cokolwiek więcej. Zwłaszcza nie tutaj. Oddychając głęboko, znowu przeniósł spojrzenie na horyzont mając wrażenie, że w tym momencie jest w stanie tak po prostu tu zastygnąć, wpatrując się prosto w rażące słońce, ale gdyby ktoś kazał mu spojrzeć w taflę wody albo w lustro, nie mógłby tego zrobić.
Zawiał wiatr. Skalane nie jego krwią kosmyki dawno wyrwane z zapięcia, które też gdzieś stracił, zawiały prosto w oczy Ambroisa, zmuszając go do mrugnięcia. Jak każdego lata spędzanego na zewnątrz w ogrodzie, były pojaśniałe, niemal białe od słońca. Nadchodzące jesień i zima miały to zmienić, tyle że nie całkiem.
Białe pasma miały w nich pozostać postępując coraz bardziej tak jak zmarszczki na czole, drobna siateczka w kącikach oczu i ust, chyba już wiecznie przekrwione białka i zmatowiałe, pozbawione blasku tęczówki.
Doppelganger, Dolina Godryka, widma i dęby, które ginęły w mękach, choć powinny być wieczne. Nekromantyczne rośliny wypływające poza czarny rynek, ciągłe pogarszające się przypadki w Mungu, kolejne tąpnięcia, przetasowania i wahania na czarnym rynku. Wojna, ataki popleczników Voldemorta.
Proch, pył, pożoga. Zgliszcza wszelkich nadziei.
Ostatnie pożegnanie z niewinnością.
Tchnienie końca lata.
Blady świt będący jedynie kolejnym zmierzchem.
Otworzył usta, żeby powiedzieć to, co należało powiedzieć, ale niemal od razu ponownie je zamknął, raz jeszcze przyciskając wargi do czubka głowy Riny.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down