22.11.2024, 19:19 ✶
Ambroise teoretycznie mógł się spodziewać, że ten moment nadejdzie. Od wielu lat wydawało mu się, że skutecznie wymyka się konieczności wciągnięcia Geraldiny głębiej w interesy, które postanowił (a miał jakiś wybór?) robić w dalszym ciągu, nawet pomimo tamtego marcowego potknięcia. Nie mógł ani tak właściwie nie chciał się z tego wycofać. Po prostu ograniczył konieczność mieszania się w najmniej potrzebne akcje. Do minimum zredukował wszelkie ciekawe, interesujące, ale jednocześnie absurdalnie ryzykowne układy.
Między innymi dokładnie takie jak ten, który odrzucił chwilę temu, choć od samego początku nie był do niego przekonany. Tak czy siak by go nie przyjął. Kwestia tego, że przez lata zaczął odrobinę zmieniać własne priorytety, patrząc na wszystko w szerszym zakresie niż z perspektywy czubka swojego nosa była nie do zaprzeczenia.
Starał się być godnym zaufania towarzyszem życiowym kogoś, kto zdecydowanie nie zasługiwał na kolejne dramatyczne sceny i powtórkę tego, co wydarzyło się późną zimą zeszłego roku. Roise usiłował być lepszym człowiekiem. Wartościowym, wspierającym chłopakiem. Partnerem, na którego zawsze mogła liczyć, nawet wtedy kiedy wszystko zaczynało się komplikować.
Był w stanie bez słowa stanąć po stronie swojej dziewczyny, również w tych chwilach, w których los nie był po ich stronie a fakty nakazywały postąpić przeciwnie. Nie musiał kierować się chłodną logiką.
Ba. Gdy chodziło o nią, potrafił zacięcie kłócić się, że szare jest białe a białe to kremowy. A zdecydowanie nie był daltonistą, pracując z eliksirami, przy których minimalna różnica w kolorze mogła mieć kardynalne znaczenie.
Oczywiście później w domowej przestrzeni wzdychał głośno, unosił wzrok w kierunku sufitu, ostentacyjnie kręcił głową, nie miarkował się w komentarzach, ale takie były fakty. Na zewnątrz stanowili jeden wspólny front, nawet jeśli czasami był to front burzowy.
I nawet, jeżeli wewnątrz również potrafili ścierać się ze sobą niczym fale powietrza tuż przed tą burzą. Zwłaszcza wtedy tuż po tamtym wypadku, kiedy musiał raz po raz dawać Rinie do zrozumienia, że nie zamierza odpuścić. Nie chciał jej w tej przestrzeni swojego życia. Nie przez to, że nie mógłby jej zaufać.
Tak, byliby razem świetni, przecież miał na to dowody wszędzie indziej. Z uwagi na to, co wielokrotnie mu powtarzano. To, co sprowadziło marny koniec na Marlowa. Nie wątpił, że nigdy nie doszłoby między nimi do czegoś takiego, ale istniało jeszcze to drugie ryzyko.
Nie zamierzał go podejmować. Nawet dla własnej wygody. Szczególnie nie dla widzimisię jego ukochanej. Zostawiał jej kartki ze szczątkowymi informacjami albo mówił o swoich planach. Co prawda nigdy nie pisząc ani nie wspominając wprost, co i gdzie, i z kim, i kiedy - zbyt duża ilość informacji sprzyjałaby szansom na to, że któregoś dnia stanie się...
...no właśnie. Dokładnie to, co się stało.
Zazgrzytałby zębami, gdyby mógł. Najpewniej posłał bardzo błyszczące, cholernie ciskające gromami spojrzenie w stronę Geraldine. Nie był w stanie stwierdzić, bo nie miał ku temu możliwości. Z pewnością po pierwszym szoku, jaki przepłynął przez jego twarz, całe szczęście zasłoniętą, po prostu się wkurwił. Zirytował, zawiódł, rozdrażnił na tyle, że kolejne zaklęcie, które rzucił miało okazję idealnie trafić w jego przeciwnika.
Z tym, że tamten nic sobie z tego nie zrobił, bo jednocześnie ktoś osłonił go tarczą.
Leta.
Tym razem to była Leta.
Nie miał czasu obserwować tego, co działo się między kobietami, które mierzyły się ze sobą w zdecydowanie bardziej finezyjnej walce. Wystarczyło, że dostrzegał sposób, w jaki obie się poruszały, jakby jednocześnie próbowały nie zetknąć się ze sobą w zabójczym tańcu.
Nie potrzebował na to patrzeć, aby zdawać sobie sprawę z tego, że to równie wyrównana, lecz dużo bardziej płynna, niemalże wyrafinowana walka. Coś znacznie bardziej wysublimowanego, pewien rodzaj eteryczności nie pasującej do morderczych intencji niż to, w czym on sam mierzył się z człowiekiem górą.
Nawet dostrzegając twarde, toporne rysy twarzy przeciwnika nie miał zielonego pojęcia, kim jest ten człowiek. Wydawało mu się, że zna niemalże wszystkich czarodziejów działających w tej samej niszy, którą on parał się od kilkunastu lat. Jednakże nie tym razem. Wzrost i postura najpewniej biznesowego (a może też życiowego, skoro Sonny wypadł z gry) partnera Lety mogły sugerować jakieś domieszki krwi olbrzyma, jeśli nie bycie nim w jednej drugiej. Pół olbrzymem, pół skurwielem.
Za to całkiem szybkim jak na swoją wagę. Poruszał się siłą rozpędu napierając jak taran, zmuszał Ambroisa do szeregu szybkich ruchów w bok, poniekąd także do manewrowania wokół siebie nawzajem, jednak nie w żadnym wprawnym tańcu. Daleko było im do czegoś, co robiły kobiety. Raz jeden, raz drugi napierał do przodu, rzucając w przeciwnika gradem zaklęć.
Za każdym razem odbijanych kontrą, która wystrzeliwała na boki wywołując jeszcze większy zamęt w magazynie. Strzelały skrzynki, sól rozsypywała się na podłogę, kartki papieru wzlatywały w górę i opadały w strzępach. Z sufitu huknęła lampa rozdzielając ich na chwilę, gdy szkło odbiło się od brudnego, zaśmieconego betonu pokrytego warstwą czegoś smolistego a ostre odłamki rozbryzgły się dookoła.
Wymiana zaklęć trwała przybierając na sile. Zaś te były cholernie wyrównane. Trudno byłoby, aby nie były, skoro walczył z kimś o tych samych technikach. Lawirował wokół przeciwnika, w którymś momencie zbliżając się do Yaxleyówny na tyle, żeby nie obracając ku niej głowy móc syknąć wściekle.
- Co do kurwy? - Nie oczekiwał odpowiedzi, oczekiwał natomiast czegoś zupełnie innego, szczególnie że nie wyglądało na to, żeby jakoś wyjątkowo wychodziło im to, co robili do tej pory.
Jasne, udawało im się wychodzić bez szwanku, utrzymać gardę, odbijać i ciskać zaklęciami, ale bez rewelacji i zdecydowanie bez osiągnięcia jakiejkolwiek przewagi prócz tej z początku, gdy jego Najmilsza postanowiła być tak Miła i zaangażować się w całą sytuację.
Jakoś nie poprawiało mu humoru to, że najpewniej, zdecydowanie ratując mu tym dupę.
- Podmianka - brał Żmiję. W zamian oddawał Grubego.
Między innymi dokładnie takie jak ten, który odrzucił chwilę temu, choć od samego początku nie był do niego przekonany. Tak czy siak by go nie przyjął. Kwestia tego, że przez lata zaczął odrobinę zmieniać własne priorytety, patrząc na wszystko w szerszym zakresie niż z perspektywy czubka swojego nosa była nie do zaprzeczenia.
Starał się być godnym zaufania towarzyszem życiowym kogoś, kto zdecydowanie nie zasługiwał na kolejne dramatyczne sceny i powtórkę tego, co wydarzyło się późną zimą zeszłego roku. Roise usiłował być lepszym człowiekiem. Wartościowym, wspierającym chłopakiem. Partnerem, na którego zawsze mogła liczyć, nawet wtedy kiedy wszystko zaczynało się komplikować.
Był w stanie bez słowa stanąć po stronie swojej dziewczyny, również w tych chwilach, w których los nie był po ich stronie a fakty nakazywały postąpić przeciwnie. Nie musiał kierować się chłodną logiką.
Ba. Gdy chodziło o nią, potrafił zacięcie kłócić się, że szare jest białe a białe to kremowy. A zdecydowanie nie był daltonistą, pracując z eliksirami, przy których minimalna różnica w kolorze mogła mieć kardynalne znaczenie.
Oczywiście później w domowej przestrzeni wzdychał głośno, unosił wzrok w kierunku sufitu, ostentacyjnie kręcił głową, nie miarkował się w komentarzach, ale takie były fakty. Na zewnątrz stanowili jeden wspólny front, nawet jeśli czasami był to front burzowy.
I nawet, jeżeli wewnątrz również potrafili ścierać się ze sobą niczym fale powietrza tuż przed tą burzą. Zwłaszcza wtedy tuż po tamtym wypadku, kiedy musiał raz po raz dawać Rinie do zrozumienia, że nie zamierza odpuścić. Nie chciał jej w tej przestrzeni swojego życia. Nie przez to, że nie mógłby jej zaufać.
Tak, byliby razem świetni, przecież miał na to dowody wszędzie indziej. Z uwagi na to, co wielokrotnie mu powtarzano. To, co sprowadziło marny koniec na Marlowa. Nie wątpił, że nigdy nie doszłoby między nimi do czegoś takiego, ale istniało jeszcze to drugie ryzyko.
Nie zamierzał go podejmować. Nawet dla własnej wygody. Szczególnie nie dla widzimisię jego ukochanej. Zostawiał jej kartki ze szczątkowymi informacjami albo mówił o swoich planach. Co prawda nigdy nie pisząc ani nie wspominając wprost, co i gdzie, i z kim, i kiedy - zbyt duża ilość informacji sprzyjałaby szansom na to, że któregoś dnia stanie się...
...no właśnie. Dokładnie to, co się stało.
Zazgrzytałby zębami, gdyby mógł. Najpewniej posłał bardzo błyszczące, cholernie ciskające gromami spojrzenie w stronę Geraldine. Nie był w stanie stwierdzić, bo nie miał ku temu możliwości. Z pewnością po pierwszym szoku, jaki przepłynął przez jego twarz, całe szczęście zasłoniętą, po prostu się wkurwił. Zirytował, zawiódł, rozdrażnił na tyle, że kolejne zaklęcie, które rzucił miało okazję idealnie trafić w jego przeciwnika.
Z tym, że tamten nic sobie z tego nie zrobił, bo jednocześnie ktoś osłonił go tarczą.
Leta.
Tym razem to była Leta.
Nie miał czasu obserwować tego, co działo się między kobietami, które mierzyły się ze sobą w zdecydowanie bardziej finezyjnej walce. Wystarczyło, że dostrzegał sposób, w jaki obie się poruszały, jakby jednocześnie próbowały nie zetknąć się ze sobą w zabójczym tańcu.
Nie potrzebował na to patrzeć, aby zdawać sobie sprawę z tego, że to równie wyrównana, lecz dużo bardziej płynna, niemalże wyrafinowana walka. Coś znacznie bardziej wysublimowanego, pewien rodzaj eteryczności nie pasującej do morderczych intencji niż to, w czym on sam mierzył się z człowiekiem górą.
Nawet dostrzegając twarde, toporne rysy twarzy przeciwnika nie miał zielonego pojęcia, kim jest ten człowiek. Wydawało mu się, że zna niemalże wszystkich czarodziejów działających w tej samej niszy, którą on parał się od kilkunastu lat. Jednakże nie tym razem. Wzrost i postura najpewniej biznesowego (a może też życiowego, skoro Sonny wypadł z gry) partnera Lety mogły sugerować jakieś domieszki krwi olbrzyma, jeśli nie bycie nim w jednej drugiej. Pół olbrzymem, pół skurwielem.
Za to całkiem szybkim jak na swoją wagę. Poruszał się siłą rozpędu napierając jak taran, zmuszał Ambroisa do szeregu szybkich ruchów w bok, poniekąd także do manewrowania wokół siebie nawzajem, jednak nie w żadnym wprawnym tańcu. Daleko było im do czegoś, co robiły kobiety. Raz jeden, raz drugi napierał do przodu, rzucając w przeciwnika gradem zaklęć.
Za każdym razem odbijanych kontrą, która wystrzeliwała na boki wywołując jeszcze większy zamęt w magazynie. Strzelały skrzynki, sól rozsypywała się na podłogę, kartki papieru wzlatywały w górę i opadały w strzępach. Z sufitu huknęła lampa rozdzielając ich na chwilę, gdy szkło odbiło się od brudnego, zaśmieconego betonu pokrytego warstwą czegoś smolistego a ostre odłamki rozbryzgły się dookoła.
Wymiana zaklęć trwała przybierając na sile. Zaś te były cholernie wyrównane. Trudno byłoby, aby nie były, skoro walczył z kimś o tych samych technikach. Lawirował wokół przeciwnika, w którymś momencie zbliżając się do Yaxleyówny na tyle, żeby nie obracając ku niej głowy móc syknąć wściekle.
- Co do kurwy? - Nie oczekiwał odpowiedzi, oczekiwał natomiast czegoś zupełnie innego, szczególnie że nie wyglądało na to, żeby jakoś wyjątkowo wychodziło im to, co robili do tej pory.
Jasne, udawało im się wychodzić bez szwanku, utrzymać gardę, odbijać i ciskać zaklęciami, ale bez rewelacji i zdecydowanie bez osiągnięcia jakiejkolwiek przewagi prócz tej z początku, gdy jego Najmilsza postanowiła być tak Miła i zaangażować się w całą sytuację.
Jakoś nie poprawiało mu humoru to, że najpewniej, zdecydowanie ratując mu tym dupę.
- Podmianka - brał Żmiję. W zamian oddawał Grubego.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down