22.11.2024, 19:57 ✶
Icarus Prewett musiał przyznać, że konferencja historyczna Anthony'ego Shafiqa mogła rzeczywiście zostać uznana za historyczne wydarzenie. Czuł się w tej jakby namalowanej pędzlem mistrza winnicy jakby znalazł się na kartach Platońskiej „Uczty”, tyle, że w recepcji a la rzymskiej. Musiał przyznać też, że był bardzo podekscytowany przed tym sympozjum. Otrzymał przecież prawdziwą togę, niemal w senatorskim kroju, którą nałożył na siebie, starając się, by zadbać o to, by wszystkie wiązania odpowiadały tym rzymskim, choć kwestię bielizny rozwiązał oczywiście zgodnie ze swoimi czasami i zasadami dobrego wychowania. Jednocześnie, rzecz jasna, się okrutnie stresował. Nie przed samym przyjęciem (tak zwanym after party), lecz przed prelekcją. Przygotował referat o cesarzu Hadrianie i jego powiązaniach z rzymską magiczną społecznością i nie chciał tego popsuć. Szczególnie, że ojciec udzielił mu tylu pouczeń przed wystąpieniem, że wszelka swoboda zdawała się być wręcz niemożliwa.
Po fakcie nie miał pojęcia, czy zawalił, czy nie. Wdał się w kilka dygresji, a na panelu żywo dyskutował ze zgromadzonymi i odpowiadał możliwie rzetelnie na wszystkie pytania. Referował swoją pracę z charyzmą i cóż... swobodą. Myślał tym samym, że ojciec miał być niezadowolony z jego wystąpienia, ale tak się nie stało. Dedalus Prewett bowiem w ogóle nie słuchał wystąpienia swojego syna, bo wdał się w dyskusję z innym historykiem i opuścił salę, kiedy tylko Icarus zaczął mówić. To chyba sprawiło, że podczas wygłaszania swojego monologu (przerywanego czasem pytaniami) młodszy z Prewettów wypadł paradoksalnie swobodniej. Kilka razy nawet udało się mu zażartować, co wywołało pozytywną reakcję publiczności.
Przez pozostałą część konferencji, Dedalus nie rozmawiał z Icarusem, każąc mu tylko uważnie słuchać i notować. Dlatego ten właśnie to robił przez resztę spotkania, choć pod koniec widział, że towarzystwo zaczynało się już wczuwać w atmosferę sympozjonu. Publiczność się przerzedziła, a wino lało się w coraz większych ilościach. To właśnie dotyczyło też Dedalusa, który cały czas gdzieś odchodził, zamieniająć z kimś słowo, upijając oczywiście przy tym wino.
Nie minęło dużo czasu na później zorganizowanym przyjęciu, aż starszy Prewett zaczął gadać głupoty. Od tematów historycznych, przez zachowania swoich środowisk zawodowych, dotarł do zagadnienia, które zawsze powodowało w nim nie lada emocje: do swojej żony. Icarus przecież sam nie przepadał za Elise Prewett, bo ta zawsze traktowała go oschle i nieprzyjemnie. Potrafił to zrozumieć, a jednak czasem lubił zapomnieć, że był bękartem. Jednak nie o tym rozprawiał Dedalus, a raczej o tym, jak Elise (i potem kobiety generalnie) nie posiadała umysłowych zdolności, by zajmować się historią. Icarus uznawał, że była to kwestia tego, że ojciec był pijany, a nie jego prawdziwe poglądy. Przecież jednym z najwybitniejszych historyków magii była kobieta, Bathilda Bagshot! Icarus często opierał się na właśnie jej podręcznikach, zresztą ojciec zawsze uznawał je za część kanonu.
Mimo wszystko, z każdą chwilą Icarus coraz bardziej wstydził się pokazywać się obok ojca, szczególnie w tym stanie. Sam nie wypił dużo wina i cóż... był chyba jednym z najbardziej trzeźwych członków imprezy. Dlatego, kiedy sam gospodarz go zawołał, było to jak błogosławieństwo. Jednocześnie Icarus poczuł falę stresu. Anthony Shafiq był tak zwaną „szychą”, wręcz współczesnym człowiekiem renesansu.
A kiedy przemówił po łacinie i to jeszcze w takich superlatywach, Icarus nie mógł powstrzymać rumieńca. Miło było słyszeć takie rzeczy o sobie, szczególnie od kogoś tak... królewskiego? Majestatycznego? A przynajmniej wpływowego.
– Miewam się dobrze, choć muszę przyznać, że nie jestem przyzwyczajony do takiego decorum – uśmiechnął się, po czym dodał. – I dziękuję za miłe słowa. To zaszczyt usłyszeć to od pana. Jednak... dziwi mnie, że akurat ze mną chce pan rozmawiać... Wiele jest tu osób o znacznie większym autorytecie niż ja.
Po fakcie nie miał pojęcia, czy zawalił, czy nie. Wdał się w kilka dygresji, a na panelu żywo dyskutował ze zgromadzonymi i odpowiadał możliwie rzetelnie na wszystkie pytania. Referował swoją pracę z charyzmą i cóż... swobodą. Myślał tym samym, że ojciec miał być niezadowolony z jego wystąpienia, ale tak się nie stało. Dedalus Prewett bowiem w ogóle nie słuchał wystąpienia swojego syna, bo wdał się w dyskusję z innym historykiem i opuścił salę, kiedy tylko Icarus zaczął mówić. To chyba sprawiło, że podczas wygłaszania swojego monologu (przerywanego czasem pytaniami) młodszy z Prewettów wypadł paradoksalnie swobodniej. Kilka razy nawet udało się mu zażartować, co wywołało pozytywną reakcję publiczności.
Przez pozostałą część konferencji, Dedalus nie rozmawiał z Icarusem, każąc mu tylko uważnie słuchać i notować. Dlatego ten właśnie to robił przez resztę spotkania, choć pod koniec widział, że towarzystwo zaczynało się już wczuwać w atmosferę sympozjonu. Publiczność się przerzedziła, a wino lało się w coraz większych ilościach. To właśnie dotyczyło też Dedalusa, który cały czas gdzieś odchodził, zamieniająć z kimś słowo, upijając oczywiście przy tym wino.
Nie minęło dużo czasu na później zorganizowanym przyjęciu, aż starszy Prewett zaczął gadać głupoty. Od tematów historycznych, przez zachowania swoich środowisk zawodowych, dotarł do zagadnienia, które zawsze powodowało w nim nie lada emocje: do swojej żony. Icarus przecież sam nie przepadał za Elise Prewett, bo ta zawsze traktowała go oschle i nieprzyjemnie. Potrafił to zrozumieć, a jednak czasem lubił zapomnieć, że był bękartem. Jednak nie o tym rozprawiał Dedalus, a raczej o tym, jak Elise (i potem kobiety generalnie) nie posiadała umysłowych zdolności, by zajmować się historią. Icarus uznawał, że była to kwestia tego, że ojciec był pijany, a nie jego prawdziwe poglądy. Przecież jednym z najwybitniejszych historyków magii była kobieta, Bathilda Bagshot! Icarus często opierał się na właśnie jej podręcznikach, zresztą ojciec zawsze uznawał je za część kanonu.
Mimo wszystko, z każdą chwilą Icarus coraz bardziej wstydził się pokazywać się obok ojca, szczególnie w tym stanie. Sam nie wypił dużo wina i cóż... był chyba jednym z najbardziej trzeźwych członków imprezy. Dlatego, kiedy sam gospodarz go zawołał, było to jak błogosławieństwo. Jednocześnie Icarus poczuł falę stresu. Anthony Shafiq był tak zwaną „szychą”, wręcz współczesnym człowiekiem renesansu.
A kiedy przemówił po łacinie i to jeszcze w takich superlatywach, Icarus nie mógł powstrzymać rumieńca. Miło było słyszeć takie rzeczy o sobie, szczególnie od kogoś tak... królewskiego? Majestatycznego? A przynajmniej wpływowego.
– Miewam się dobrze, choć muszę przyznać, że nie jestem przyzwyczajony do takiego decorum – uśmiechnął się, po czym dodał. – I dziękuję za miłe słowa. To zaszczyt usłyszeć to od pana. Jednak... dziwi mnie, że akurat ze mną chce pan rozmawiać... Wiele jest tu osób o znacznie większym autorytecie niż ja.