23.11.2024, 00:16 ✶
Dotknął jej zimnej dłoni, czując, jak jego serce łamie się na nowo. Wiedząc, że jeśli teraz puści jej chłodną rękę, nigdy więcej jej nie ogrzeje. Nie był już dla niej kimś ważnym. Nie miał mocy sprawczej, nie mógł tym jednym wieczorem ani światłem bladego poranka wymazać wszystkiego, co zrobił. Ani tym bardziej magicznie wyczarować tego, czego nie zrobił, choć chciałby. Naprawdę by chciał.
To była ich wspólna sprawa. Nie mógłby przejść wobec tego obojętnie. Nawet jeśli wcześniej trzymał się z daleka to były chwile, w których nie darowałby sobie, gdyby go przy niej nie było. To była jedna z takich spraw. Widział to wtedy w tamtym barze, jeszcze na schodach prowadzących do mieszkania, które kiedyś było też jego.
Może dlatego tak źle zareagował na sytuację z Astarothem. Nie tylko obcy element w miejscu, które niegdyś było jego bezpieczną przestrzenią, lecz także świadomie przyjęte zagrożenie, o którym nie wiedział, bo nie był już częścią życia Geraldine. To chyba właśnie tamten moment doprowadził go do tego, że niespełna kilka tygodni później porzucił też całkowicie ich uświęconą ziemią. Teraz nie miał już niczego.
Kiedy światło świtu zamieni się w poranek, utraci również tę chwilę. Chwilowo uciekał od myśli o tym.
- Ja tak - odszepnął, odchylając głowę w tył, żeby wciągnąć powietrze, którego mu brakowało. - Jesteś skostniała - chciał ją upomnieć, powiedzieć jej, że jednak coś jej kurwa będzie, ale tego nie zrobił.
Kiedy powrócił do poprzedniej pozycji, nie oparł już brody na czubku głowy Geraldine. Z trudem przytknął czoło do jej karku, omiatając go ciepłym oddechem, jakby to mogło ją trochę ogrzać. Samemu w dalszym ciągu czując przejmująco zimną pustkę, którą zostawiła po sobie, gdy musiał odejść.
Jego serce biło nieregularnie, pompowało krew, ale samo było otępione i wypełnione ciężkim wrażeniem niemal fizycznego bólu. Zamknął oczy na chwilę w nadziei, że je uspokoi a po powrocie do rzeczywistości, nic więcej się nie zmieni. Dalej będą tu razem, po prostu łatwiej.
Wygrali, tak?
To mogłaby być słodka chwila. Jego klatka piersiowa uniosła się, gdy ponownie spróbował wziąć głębszy oddech, ale ból wspomnień zdusił go w środku. To kiedyś była słodka chwila. Każda tu spędzona, tylko nie ta teraz. Ta była gorzka i smutna, choć jeszcze nostalgiczna. Dopiero miała przerodzić się w krwawiącą ziejącą ranę w jego piersi - tam, gdzie teraz spoczywała oparta o niego dziewczyna.
Nie wiedział jak to się stało, ale mimowolnie wzdrygnął się na jej kolejne słowa. Już? To było już? Tak po prostu? Teraz w tym momencie?
Odwrócił wzrok, nawet jeśli nie mogła na niego spojrzeć, ale kiwnął głową. Zdecydowanie. Tak, by to już mogła poczuć.
Nie mógł powiedzieć jej dobrze. To byłoby kłamstwo. Mieli się nie okłamywać, tak? Zadziwiające, że to teraz nagle znów miało jakieś znaczenie.
Ponownie kiwnął głową, tym razem do siebie, powoli luzując uścisk ramion i poluźniając chwyt palców, rozplatając je z palcami Riny, gdy mocniej chwyciła jego dłoń. Unosząc głowę, spojrzał na nią pytająco, skonsternowany. Bezwiednie znowu ścisnął jej rękę, złączył ich palce spoglądając na nie zdziwiony, ale znów to robiąc - kiwnął głową.
Czuł się głupio, że chciał je puścić, jeśli nie tego pragnęła.
Bez słowa dał się pociągnąć w górę, przenosząc ciężar ciała na nogi a później bez słowa kierując kroki tuż za dziewczyną. Nie pytał. Wszedł z nią do wody. Krok za krokiem coraz głębiej aż wreszcie na tyle, by mogli zanurzyć się w chłodnej toni, dryfując przez chwilę przodem do siebie zanim na nią spojrzał. Bardzo powoli wyciągnął wolną rękę, bijąc wodę nogami, żeby utrzymać się na powierzchni.
- Daj - miał mokre palce, mógł ściągnąć nimi brud z kosmyka przy jej twarzy, rozmaczając wodą krew.
Skrzep po skrzepie, kropla po kropli. Zanurzał dłoń w morzu tylko po to, żeby przesunąć nią po jej włosach. Później bardzo ostrożnie po policzku obryzganym tam w jaskini całym tym przerażającym syfem, wstrętną posoką, którą teraz zmywał palcami do czysta. Z kosmyków, z policzka, szyi, czoła.
Była tak blisko, że mógłby zakończyć to w jedyny właściwy sposób.
Gdyby tylko to on był tą właściwą osobą.
Pozwolił sobie jeszcze na tę jedną chwilę, w której czuł się tak blisko niej, jednocześnie wiedząc, że to złudzenie. Piękne, tragiczne złudzenie. Ułuda, którą będzie wspominać smutnymi, pustymi nocami bezradnie przewracając się z boku na bok w duszącej ciemności. W boleśnie wręcz pustym łóżku, którego mimo tych wszystkich żałosnych, nic nie znaczących prób nie potrafił wypełnić niczym innym niżeli demonami przeszłości.
Nie dane mu było zaznać spokoju. Wiedział to. Nieubłaganie biegnący czas uświadomił mu to bardzo szybko. Tak właściwie wiedział to gdzieś pod skórą już na samym początku. Kolejne dni, tygodnie i miesiące tylko wyciągnęły to na wierzch, mocniej wciągając go w ciemną toń.
W głębię, w której tonął raz za razem, próbując wydostać się na powierzchnię. Łapiąc desperacki oddech w cudzych ramionach, całując nic nie znaczące usta, patrząc w oczy, które choćby najpiękniejsze to nie były tymi, jakich wzrok chciałby napotkać.
Nic w tym nie było właściwe. Dźwięk głosu wypowiadającego jego imię. Barwa śmiechu pełnego przesadnej, nazbyt flirciarskiej kokieterii. Nabożność, w jaki na niego spoglądały, gdy ściągał przy nich koszulę, wyciągając ku nim swoje puste ręce, które pozostawały takie nawet wtedy, kiedy wyznaczały ścieżki na krzywiznach wiotkich ciał.
Żadna z nich nigdy nie wywróciła oczami na sposób, w jaki niespiesznie składał ubrania na krześle zamiast po prostu rzucić je na podłogę. To już dawno mu się nie zdarzyło. Nawet jeśli potrafił całować się z nimi przez całą drogę do domu, obmacywać się na klatce schodowej, dać się ciągnąć za sprzączkę od paska wprost do sypialni to w jej wnętrzu i tak przeznaczał czas na to, by później w środku nocy być w stanie ubrać się w komplet ciuchów i wyjść nie zostając przy nich do rana, o czym przecież mówił od samego początku.
Jasno precyzował oczekiwania. Szczególnie, że sam wiedział czego szuka. Czegoś, czego i tak nie mógł znaleźć, więc nie próbował. Zamiast tego dawał się pochłaniać najbardziej płytkiemu, fizycznemu uczuciu. Łaknąc bliskości nie tylko ciał, ale też serc i dusz. Mogąc dostać tylko kilka przelotnych chwil w ramionach, które nie mogły go ukoić. Potrafiły jedynie dać mu kilka chwil pozornego zapomnienia.
Podświadomie robił wszystko, żeby nie szukać w tych kobietach tej, która powinna należeć do niego. Uporczywie, choć bezwiednie wodził na pokuszenie wszystkie te, które nie miały w sobie niczego, co pozwoliłoby mu się w nich zapomnieć.
Były niskie, kruche, drobne jak kocięta. Ciemnowłose, ciemnookie. Szarookie szatynki. Turystki, szlachcianki spoza kraju szukające odrobiny pikantnego romansu, o którym z pąsem na sercowatej twarzyczce opowiedzą swoim koleżankom. Miały proste czarne pukle, brązowe postrzępione kosmyki, rude kędziorki. Były wręcz chorobliwie blade, niemalże przezroczyste albo przeciwnie - opalone na ciemny brąz w kolorze toffi, hebanu, kawy z kapką mleka. Przesłodkiej - cukrowego ulepku.
Jeśli o to chodzi, pozwalał, aby żartowano sobie z niego, że nie ma zupełnie żadnego typu, bo w rzeczy samej - nie wyglądało na to, by jakiś miał. Nie wtedy, gdy patrzono na to tak jak zwykło się patrzeć. Na to, co było. Nie na to, czego tam brakowało.
Może parokrotnie był tym masochistą, ale nazwanie kogoś cudzym imieniem nigdy nie zapewniało miłego zakończenia wieczoru, nawet gorącego i pełnego pijanych uniesień. Poza tym tak naprawdę nigdy nie był w stanie się na tyle zapomnieć, żeby oszukać własny umysł i tym samym wypełnić dziurę w sercu.
Pustka ziała tam niezależnie od tego ile razy wmawiałby sobie coś, co nie było prawdą. Zresztą jak miałoby nią być, skoro w głębi wypaczonej i pokręconej duszy wcale nie chciał dawać sobie tej ulgi? Nie chciał nadziei na to, że kiedyś będzie mu łatwiej. Bowiem to oznaczałoby, że na tym świecie naprawdę nie ma żadnej sprawiedliwości.
Złamał najważniejszą obietnicę swojego życia. Wiele małych przyrzeczeń. Tysiące zapewnień, które w jednej chwili stały się tylko kłamstwami bez pokrycia, mimo że przez tyle lat pielęgnował je jako najszczerszą prawdę. Nie zasługiwał na to, żeby zostało mu to odpuszczone, wybaczone ani zapomniane.
Bolało. To jak łatwo było odepchnąć to od siebie przy pierwszej możliwości, pogrążając się we wspomnieniach, zmywając z siebie brud zeszłej nocy. Nagle, tylko przez krótki moment zapragnął, żeby ta woda była w stanie zmyć z niego również wszystko inne. Cały brud i ciężar. Wszystkie przewinienia, które były w stanie zdjąć jedyne właściwe dłonie na jego ciele.
Pasowały tam idealnie. Ręka w jego ręce - nadal jej nie puścił. Druga dłoń na jego skórze zostawiała ciepło, nie chłód ani nie żar wypalenia. Odpychając się nogami w głębokiej wodzie, zanurzony praktycznie po szyję w chłodnym morzu, tonął.
Topił się w niebieskich oczach, mrużąc swoje, gdy już musiał odwrócić wzrok, żeby do końca w nich nie zatonąć. Choć dałby się porwać w głębię. Byli teraz tak blisko siebie jak nigdy wcześniej przez te wszystkie spotkania, które odbyli jako obcy sobie ludzie. W żadnej z tych chwil nie mógł dostrzec konstelacji piegów na jej twarzy ani ciemniejszej obwódki na zewnętrznym okręgu tęczówek.
Gdyby powiedziała teraz choć jedno słowo albo posłałaby mu jedno spojrzenie, mógłby dać jej pociągnąć się na dno. Byłby jej zagubionym marynarzem bez własnego portu oddzielonym od domu, do którego już nigdy nie mógł wrócić, bo światło latarni omijało jego oczy. Byłaby jego syreną ciągnącą go w morską toń, wodzącą go na pokuszenie. Utonąłby tylko po to, żeby móc wyrwać im jeszcze tę jedną chwilę.
Przecież i tak byłby w stanie dla niej umrzeć. Czyż nie udowodnił tego poprzedniego wieczoru? Ostatnia noc mogła przynieść im wszystkim śmierć, ale sam się na to pisał. Był tego częścią. Chciała tego czy nie (odpowiedź zresztą brzmiała jasno: nie, nie chciała). Nie zakwestionował tego, że jego miejsce jest tam przy niej. U jej boku, nawet jeśli tylko ten ostatni raz.
Przerzucali się oskarżeniami, wyrzutami, groźbami tego, kto dozna większej krzywdy, czyje poświęcenie będzie większe. W istocie mógłby. Miał tę świadomość, że mógłby to dla niej zrobić. Od dawna czuł się martwy.
Teraz jeszcze chwytał się ulotnej chwili na krótki oddech czując, że znowu żyje. W lodowato zimnej wodzie pośród fal, machając nogami, mimo zmęczenia, nawet się uśmiechnął. Zmrużył zmęczone oczy. Choć w dalszym ciągu były matowe, przekrwione a kąciki znaczyła pajęcza siateczka drobnych zmarszczek to one też się uśmiechnęły. Blask pojawił się w nich na ułamek sekundy.
I zgasł wraz z nadejściem fali, która niemalże ich od siebie odciągnęła. Gdyby nie trzymał jej dłoni a ona nie odpowiadałaby mu swoim kurczowym uściskiem, morze by ich rozdzieliło. Nawet jeśli fala wyłącznie przykryła ich oboje, pociągając ich za sobą bliżej płycizny a następnie wypuszczając to czy to nie był wymowny znak?
Kiedy Ambroise się spod niej wynurzył, nie szukał już twarzy dziewczyny. Zareagował odrzuceniem mokrych włosów w tył, odwróconym spojrzeniem, zaciśniętymi wargami i dłonią powoli wysuwającą się z uścisku. Już jej nie trzymał. Tylko ona jeszcze spłatała ich palce.
To była ich wspólna sprawa. Nie mógłby przejść wobec tego obojętnie. Nawet jeśli wcześniej trzymał się z daleka to były chwile, w których nie darowałby sobie, gdyby go przy niej nie było. To była jedna z takich spraw. Widział to wtedy w tamtym barze, jeszcze na schodach prowadzących do mieszkania, które kiedyś było też jego.
Może dlatego tak źle zareagował na sytuację z Astarothem. Nie tylko obcy element w miejscu, które niegdyś było jego bezpieczną przestrzenią, lecz także świadomie przyjęte zagrożenie, o którym nie wiedział, bo nie był już częścią życia Geraldine. To chyba właśnie tamten moment doprowadził go do tego, że niespełna kilka tygodni później porzucił też całkowicie ich uświęconą ziemią. Teraz nie miał już niczego.
Kiedy światło świtu zamieni się w poranek, utraci również tę chwilę. Chwilowo uciekał od myśli o tym.
- Ja tak - odszepnął, odchylając głowę w tył, żeby wciągnąć powietrze, którego mu brakowało. - Jesteś skostniała - chciał ją upomnieć, powiedzieć jej, że jednak coś jej kurwa będzie, ale tego nie zrobił.
Kiedy powrócił do poprzedniej pozycji, nie oparł już brody na czubku głowy Geraldine. Z trudem przytknął czoło do jej karku, omiatając go ciepłym oddechem, jakby to mogło ją trochę ogrzać. Samemu w dalszym ciągu czując przejmująco zimną pustkę, którą zostawiła po sobie, gdy musiał odejść.
Jego serce biło nieregularnie, pompowało krew, ale samo było otępione i wypełnione ciężkim wrażeniem niemal fizycznego bólu. Zamknął oczy na chwilę w nadziei, że je uspokoi a po powrocie do rzeczywistości, nic więcej się nie zmieni. Dalej będą tu razem, po prostu łatwiej.
Wygrali, tak?
To mogłaby być słodka chwila. Jego klatka piersiowa uniosła się, gdy ponownie spróbował wziąć głębszy oddech, ale ból wspomnień zdusił go w środku. To kiedyś była słodka chwila. Każda tu spędzona, tylko nie ta teraz. Ta była gorzka i smutna, choć jeszcze nostalgiczna. Dopiero miała przerodzić się w krwawiącą ziejącą ranę w jego piersi - tam, gdzie teraz spoczywała oparta o niego dziewczyna.
Nie wiedział jak to się stało, ale mimowolnie wzdrygnął się na jej kolejne słowa. Już? To było już? Tak po prostu? Teraz w tym momencie?
Odwrócił wzrok, nawet jeśli nie mogła na niego spojrzeć, ale kiwnął głową. Zdecydowanie. Tak, by to już mogła poczuć.
Nie mógł powiedzieć jej dobrze. To byłoby kłamstwo. Mieli się nie okłamywać, tak? Zadziwiające, że to teraz nagle znów miało jakieś znaczenie.
Ponownie kiwnął głową, tym razem do siebie, powoli luzując uścisk ramion i poluźniając chwyt palców, rozplatając je z palcami Riny, gdy mocniej chwyciła jego dłoń. Unosząc głowę, spojrzał na nią pytająco, skonsternowany. Bezwiednie znowu ścisnął jej rękę, złączył ich palce spoglądając na nie zdziwiony, ale znów to robiąc - kiwnął głową.
Czuł się głupio, że chciał je puścić, jeśli nie tego pragnęła.
Bez słowa dał się pociągnąć w górę, przenosząc ciężar ciała na nogi a później bez słowa kierując kroki tuż za dziewczyną. Nie pytał. Wszedł z nią do wody. Krok za krokiem coraz głębiej aż wreszcie na tyle, by mogli zanurzyć się w chłodnej toni, dryfując przez chwilę przodem do siebie zanim na nią spojrzał. Bardzo powoli wyciągnął wolną rękę, bijąc wodę nogami, żeby utrzymać się na powierzchni.
- Daj - miał mokre palce, mógł ściągnąć nimi brud z kosmyka przy jej twarzy, rozmaczając wodą krew.
Skrzep po skrzepie, kropla po kropli. Zanurzał dłoń w morzu tylko po to, żeby przesunąć nią po jej włosach. Później bardzo ostrożnie po policzku obryzganym tam w jaskini całym tym przerażającym syfem, wstrętną posoką, którą teraz zmywał palcami do czysta. Z kosmyków, z policzka, szyi, czoła.
Była tak blisko, że mógłby zakończyć to w jedyny właściwy sposób.
Gdyby tylko to on był tą właściwą osobą.
Pozwolił sobie jeszcze na tę jedną chwilę, w której czuł się tak blisko niej, jednocześnie wiedząc, że to złudzenie. Piękne, tragiczne złudzenie. Ułuda, którą będzie wspominać smutnymi, pustymi nocami bezradnie przewracając się z boku na bok w duszącej ciemności. W boleśnie wręcz pustym łóżku, którego mimo tych wszystkich żałosnych, nic nie znaczących prób nie potrafił wypełnić niczym innym niżeli demonami przeszłości.
Nie dane mu było zaznać spokoju. Wiedział to. Nieubłaganie biegnący czas uświadomił mu to bardzo szybko. Tak właściwie wiedział to gdzieś pod skórą już na samym początku. Kolejne dni, tygodnie i miesiące tylko wyciągnęły to na wierzch, mocniej wciągając go w ciemną toń.
W głębię, w której tonął raz za razem, próbując wydostać się na powierzchnię. Łapiąc desperacki oddech w cudzych ramionach, całując nic nie znaczące usta, patrząc w oczy, które choćby najpiękniejsze to nie były tymi, jakich wzrok chciałby napotkać.
Nic w tym nie było właściwe. Dźwięk głosu wypowiadającego jego imię. Barwa śmiechu pełnego przesadnej, nazbyt flirciarskiej kokieterii. Nabożność, w jaki na niego spoglądały, gdy ściągał przy nich koszulę, wyciągając ku nim swoje puste ręce, które pozostawały takie nawet wtedy, kiedy wyznaczały ścieżki na krzywiznach wiotkich ciał.
Żadna z nich nigdy nie wywróciła oczami na sposób, w jaki niespiesznie składał ubrania na krześle zamiast po prostu rzucić je na podłogę. To już dawno mu się nie zdarzyło. Nawet jeśli potrafił całować się z nimi przez całą drogę do domu, obmacywać się na klatce schodowej, dać się ciągnąć za sprzączkę od paska wprost do sypialni to w jej wnętrzu i tak przeznaczał czas na to, by później w środku nocy być w stanie ubrać się w komplet ciuchów i wyjść nie zostając przy nich do rana, o czym przecież mówił od samego początku.
Jasno precyzował oczekiwania. Szczególnie, że sam wiedział czego szuka. Czegoś, czego i tak nie mógł znaleźć, więc nie próbował. Zamiast tego dawał się pochłaniać najbardziej płytkiemu, fizycznemu uczuciu. Łaknąc bliskości nie tylko ciał, ale też serc i dusz. Mogąc dostać tylko kilka przelotnych chwil w ramionach, które nie mogły go ukoić. Potrafiły jedynie dać mu kilka chwil pozornego zapomnienia.
Podświadomie robił wszystko, żeby nie szukać w tych kobietach tej, która powinna należeć do niego. Uporczywie, choć bezwiednie wodził na pokuszenie wszystkie te, które nie miały w sobie niczego, co pozwoliłoby mu się w nich zapomnieć.
Były niskie, kruche, drobne jak kocięta. Ciemnowłose, ciemnookie. Szarookie szatynki. Turystki, szlachcianki spoza kraju szukające odrobiny pikantnego romansu, o którym z pąsem na sercowatej twarzyczce opowiedzą swoim koleżankom. Miały proste czarne pukle, brązowe postrzępione kosmyki, rude kędziorki. Były wręcz chorobliwie blade, niemalże przezroczyste albo przeciwnie - opalone na ciemny brąz w kolorze toffi, hebanu, kawy z kapką mleka. Przesłodkiej - cukrowego ulepku.
Jeśli o to chodzi, pozwalał, aby żartowano sobie z niego, że nie ma zupełnie żadnego typu, bo w rzeczy samej - nie wyglądało na to, by jakiś miał. Nie wtedy, gdy patrzono na to tak jak zwykło się patrzeć. Na to, co było. Nie na to, czego tam brakowało.
Może parokrotnie był tym masochistą, ale nazwanie kogoś cudzym imieniem nigdy nie zapewniało miłego zakończenia wieczoru, nawet gorącego i pełnego pijanych uniesień. Poza tym tak naprawdę nigdy nie był w stanie się na tyle zapomnieć, żeby oszukać własny umysł i tym samym wypełnić dziurę w sercu.
Pustka ziała tam niezależnie od tego ile razy wmawiałby sobie coś, co nie było prawdą. Zresztą jak miałoby nią być, skoro w głębi wypaczonej i pokręconej duszy wcale nie chciał dawać sobie tej ulgi? Nie chciał nadziei na to, że kiedyś będzie mu łatwiej. Bowiem to oznaczałoby, że na tym świecie naprawdę nie ma żadnej sprawiedliwości.
Złamał najważniejszą obietnicę swojego życia. Wiele małych przyrzeczeń. Tysiące zapewnień, które w jednej chwili stały się tylko kłamstwami bez pokrycia, mimo że przez tyle lat pielęgnował je jako najszczerszą prawdę. Nie zasługiwał na to, żeby zostało mu to odpuszczone, wybaczone ani zapomniane.
Bolało. To jak łatwo było odepchnąć to od siebie przy pierwszej możliwości, pogrążając się we wspomnieniach, zmywając z siebie brud zeszłej nocy. Nagle, tylko przez krótki moment zapragnął, żeby ta woda była w stanie zmyć z niego również wszystko inne. Cały brud i ciężar. Wszystkie przewinienia, które były w stanie zdjąć jedyne właściwe dłonie na jego ciele.
Pasowały tam idealnie. Ręka w jego ręce - nadal jej nie puścił. Druga dłoń na jego skórze zostawiała ciepło, nie chłód ani nie żar wypalenia. Odpychając się nogami w głębokiej wodzie, zanurzony praktycznie po szyję w chłodnym morzu, tonął.
Topił się w niebieskich oczach, mrużąc swoje, gdy już musiał odwrócić wzrok, żeby do końca w nich nie zatonąć. Choć dałby się porwać w głębię. Byli teraz tak blisko siebie jak nigdy wcześniej przez te wszystkie spotkania, które odbyli jako obcy sobie ludzie. W żadnej z tych chwil nie mógł dostrzec konstelacji piegów na jej twarzy ani ciemniejszej obwódki na zewnętrznym okręgu tęczówek.
Gdyby powiedziała teraz choć jedno słowo albo posłałaby mu jedno spojrzenie, mógłby dać jej pociągnąć się na dno. Byłby jej zagubionym marynarzem bez własnego portu oddzielonym od domu, do którego już nigdy nie mógł wrócić, bo światło latarni omijało jego oczy. Byłaby jego syreną ciągnącą go w morską toń, wodzącą go na pokuszenie. Utonąłby tylko po to, żeby móc wyrwać im jeszcze tę jedną chwilę.
Przecież i tak byłby w stanie dla niej umrzeć. Czyż nie udowodnił tego poprzedniego wieczoru? Ostatnia noc mogła przynieść im wszystkim śmierć, ale sam się na to pisał. Był tego częścią. Chciała tego czy nie (odpowiedź zresztą brzmiała jasno: nie, nie chciała). Nie zakwestionował tego, że jego miejsce jest tam przy niej. U jej boku, nawet jeśli tylko ten ostatni raz.
Przerzucali się oskarżeniami, wyrzutami, groźbami tego, kto dozna większej krzywdy, czyje poświęcenie będzie większe. W istocie mógłby. Miał tę świadomość, że mógłby to dla niej zrobić. Od dawna czuł się martwy.
Teraz jeszcze chwytał się ulotnej chwili na krótki oddech czując, że znowu żyje. W lodowato zimnej wodzie pośród fal, machając nogami, mimo zmęczenia, nawet się uśmiechnął. Zmrużył zmęczone oczy. Choć w dalszym ciągu były matowe, przekrwione a kąciki znaczyła pajęcza siateczka drobnych zmarszczek to one też się uśmiechnęły. Blask pojawił się w nich na ułamek sekundy.
I zgasł wraz z nadejściem fali, która niemalże ich od siebie odciągnęła. Gdyby nie trzymał jej dłoni a ona nie odpowiadałaby mu swoim kurczowym uściskiem, morze by ich rozdzieliło. Nawet jeśli fala wyłącznie przykryła ich oboje, pociągając ich za sobą bliżej płycizny a następnie wypuszczając to czy to nie był wymowny znak?
Kiedy Ambroise się spod niej wynurzył, nie szukał już twarzy dziewczyny. Zareagował odrzuceniem mokrych włosów w tył, odwróconym spojrzeniem, zaciśniętymi wargami i dłonią powoli wysuwającą się z uścisku. Już jej nie trzymał. Tylko ona jeszcze spłatała ich palce.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down