Od początku wolała wierzyć, że zrobiłby to dla niej bezinteresownie, tak jak ona wiele rzeczy robiła bezinteresownie (bo hajs już miała), ale prawda była taka, że od dawna chciała, żeby Sauriel znalazł w sobie siłę, by wyrwał się z domu. Gdyby doszło do tamtego ślubu, to sama by to zrobiła, miałby przecież jej pieniądze, które w pewnym momencie zaczęła rozdzielać po różnych skrytkach, gdyby Rookwoodzi chcieli się do nich dobrać, ale doskonale wiedziała, że miała argumenty, by jego wyciągnąć z ich łap. Ale teraz radził sobie sam. A pieniądze, których pewnie normalnie by od niej nie wziął, a przez koty miał pretekst, na pewno były miłym zastrzykiem do jego własnych pieniędzy i możliwości uniezależnienia się. Tym bardziej, że Victoria nie bardzo wiedziała, ile mu za takie coś płacić, więc się zbytnio nie patyczkowała – i zapewne dostawał za to więcej, niż normalnie mógłby wyciągnąć.
Wiedziała, że to nie do końca prawda, bo pamiętała, że gdy już przestali się z Brenną bić o nic tak naprawdę, to bardzo chciał jej pomóc, chociaż zwyczajnie nie mógł – gdy była taka skąpana we krwi, wtedy już siedząca na podłodze, a w jej pokoju pachniało juchą. Uśmiechnęła się więc tylko do niego lekko, a potem nawet nieco bardziej, kiedy złożył na jej palcach pocałunek. Nie zabrała ręki, pozwoliła nadal się za nią trzymać, bo tak – sama była spragniona tego kontaktu fizycznego. Nawet niekoniecznie w kontekście podniecenia, ale po prostu poczucia zażyłości między dwójką ludzi, czułości, przyjemności, ale to wcale nie musiało ani nie prowadziło do jakichś frustracji seksualnych ani nic z tych rzeczy.
– Niee, prawdę mówiąc to nie. Powrót był dużo spokojniejszy niż droga tam, już wtedy nieźle się zaczęło, mieliśmy trupa na statku, a to by oznaczało, że nas przytrzymają w porcie, albo zawrócą do Francji – Victoria skrzywiła się wyraźnie na tę myśl. – A byłyśmy przecież umówione. Więc się musiałyśmy trochę nagimnastykować i tę zagadkę rozwikłać, a potem przedstawić Egipcjanom, na szczęście czarodzieje gadają po angielsku. W każdym razie! Powrót był spokojny, większą część czasu siedziałam na pokładzie i gapiłam się w wodę. Skoki świstoklikami są jakie są, ale już jest okej, pyszna herbata – aż zakołysała swoją filiżaneczką i ją wypiła do dna, co znaczyło, że naprawdę jej smakowało, a przecież nie zrobiła jej sobie sama. – W Egipcie nie wiedzą jak robić dobrą herbatę, wszystko tam jest słodkie jak ulep. Po prostu chciało mi się pić. Nie jestem zmęczona – trochę głodna była, ale do tego akurat była przyzwyczajona, bo w pracy też przecież nie zawsze była możliwość coś zjeść… A jej zdolności kulinarne. Cóż. Coś tam się próbowała uczyć, a że czas miała ograniczony to wychodziło to… różnie. Najczęściej szła na łatwiznę i coś kupowała na mieście.
– Nie, wtedy nie wiedziałam o żadnym kamieniu. Zapytałam cię dlatego, że wiedziałam już, że jest to możliwe jakoś, a ty zasługujesz na wybór i możliwość podjęcia swojej własnej decyzji, jaka by nie była, a nie dostosowywać się do tego, co ktoś dla ciebie wybrał. Nie tego zawsze chciałeś? Być panem swojego losu? – widziała w nim to napięcie i skupienie, jak zmienił się wyraz jego twarzy, ale to jej nie wystraszyło ani nie zaalarmowało. Jej dłoń, ta, którą puścił, nadal spoczywała sobie spokojnie na blacie stołu, drugą złapała Lunę, tuląc ją do siebie jedną ręką. Lestrange była jednak spokojna, mówiła to tak, jakby to była dla niej taka sama oczywistość jak to, że po dniu nastaje noc, a po nocy dzień. – Ostatnie wspomnienie, jakie widziałam od babci, było o kamieniu i wtedy wiele rzeczy stało się jasnych. Inne wspomnienia, te, które widziałam na początku, a których nie mogłam zrozumieć. Jej słowa przekazane przez spirytystę. Zaczęłam szukać o nim informacji tak ponad bajki i legendy i tak, wszystko klikało, wiesz, wchodziło na swoje miejsce. To byłby drugi kamień o jakim wiem, że istniał, bo przodek rodziny Lestrange też słynął z tego, że taki kamień stworzył. Myślisz, że dlaczego jesteśmy tacy bogaci? Siostra Nicholasa Flamela, tego alchemika z Francji, który urodził się w XIV wieku, była założycielką rodu Lestrange, a on może zamienić dowolny metal w złoto. Moja matka też nie była biedna i teraz możesz zgadywać czemu – odłożyła Lunę na ziemię, która zaraz zaczęła biec na biednego Kwiatuszka, który leżał sobie na podłodze szczęśliwy. – Kamyczka zaczęłam szukać, zanim popłynęłam do Egiptu, Kocie. I nigdy nie nazwałam go tym, czym jest naprawdę. Nikt o tym nie wie, no teraz wiesz ty, nikt inny. Nie mam pojęcia czy ten kamień nadal istnieje, czy został zniszczony, czy był jeden, czy dwa jak podejrzewam. Szukam ostatecznego potwierdzenia, dlatego poprosiłam Stanleya o pomoc, bo moja babcia wtopiała kamień w pierścień i tam będzie wyglądać… no. Jak rubin, albo coś w ten deseń, a nie jak to, czym faktycznie był. Przecież to nic dziwnego, że wnuczka szuka pamiątek po babci, nie? – uśmiechnęła się do Sauriela całkiem pogodnie. – Noo, nie złość się na mnie – jej minka była niemal prosząca, zatrzepotała też rzęskami.