Było więcej takich rzeczy, które dla niego robiła, ale być może nie dostrzegał ich na pierwszy rzut oka. Tak na to, by wyrwał się ze swojego marazmu, zblazowania, dna depresji, jak również próbowała mu dać te narzędzia do ręki, by mógł stanąć na własnych nogach i nie czuł, że jest komuś coś winny. Aparat fotograficzny, zajęcie inne, niż mordobicie i walka o przetrwanie na Nokturnie… Możliwość wyjścia na słońce.
Przecież to za nim najbardziej tęsknił.
Robiła to wszystko bezinteresownie nawet wtedy, gdy dał jej kosza i do zrozumienia, że jest niechcianym elementem życia, łącznie z jej uczuciami. I nie robiła tego dlatego, by zyskać podstępnie jego sympatię, a dlatego… że zwyczajnie jej zależało. Dlatego, że chciała. Bo dla bliskich osób można było zrobić naprawdę dużo, chcąc poprawić ich komfort życia. Cóż złego było w chęci, by ułatwić spełnienie jakiegoś marzenia?
– O to nie trudno, moje wyczyny w kuchni to… a szkoda gadać – zmrużyła oczy w uśmiechu i tej autoironii. – Ale nie, to nieprawda. Rzeczy zrobione w Egipcie mi nie smakowały. A twoja herbata tak – i był to komplement, miała nadzieję, że mu tymi słowami sprawi przyjemność. Że się napuszy z dumy i zobaczy ten charakterystyczny błysk w czarnych oczach.
– Nie, to bardzo proste pytanie – bunt i owszem był domeną młodych… ale Sauriel nadal był bardzo młody. Miał przecież… ile. Nie skończył nawet jeszcze ćwierćwiecza, gdyby nie był wampirem, to nie byłby nawet w połowie swojego życia. Był gdzieś… zakładając, ze czarodzieje spokojnie dożywali grubo ponad sto lat to… W jednej piątej? Jednej szóstej? Kawał życia przed nim. – Widziałam to w tobie cały czas. Robienie na przekór wszystkim dookoła, sobie i całemu światu, kiedy tylko ktoś mówi ci, jak masz myśleć i co robić. Nawet jeśli coś nie jest dla ciebie złe, ale nie pochodzi to od ciebie, to jest jak ten pasożyt, rak Zbyszek – uśmiechnęła się do niego zachęcająco. I tak, nawiązała do ich pamiętnej, bardzo nieszczęsnej rozmowy, która wbiła jej się w głowę, wyryła tam. – Wiem to, bo jestem taka sama. Nienawidzę, jak ktoś mi mówi, co mam robić, kiedy i jak. Robiłam to, ale wewnętrznie byłam bliska wybuchu, aż wybuchłam i oto jesteśmy tutaj, a nie w moim pokoju w Dolinie Godryka – uniosła jedną dłoń, by w zamyśleniu, niekontrolowanie dotknąć róży, którą miała na szyi – prezent od niego z Lammas. Najcenniejsze co miała, bo otrzymane od tak ważnej osoby. – Wiem, że potrzebujesz zwykle dużo czasu, nim sobie wszystko w głowie poukładasz i dojdziesz do właściwych dla siebie wniosków, a do tego czasu i tak będziesz tupał nóżką. Nie jest tak? Dla mnie to jasne, że tego zawsze szukałeś dla siebie, swojej drogi, swojego miejsca, swoich wyborów – i to było ważne: te swoje wybory. Dla niej było. I nie rozumiała, jak można drugą osobę tych wyborów pozbawić, i to w taki sposób, jak zrobiła to jego rodzina.
– Nie? Masz minę, jakbyś się złościł – mówiła to też po to, żeby trochę rozładować to napięcie, jakie wytworzyło się w powietrzu pomiędzy nimi. Zresztą otarła się stopą o jego nogę teraz drugi raz w podobnym celu – lekkiej zaczepki, by nieco ściągnąć powagę z tematu. Turbo poważnego tematu. – Chcę wiedzieć ile potencjalnej biżuterii wykonała i czego w zasadzie jeszcze szukać, o ile to Borginowie dla niej wykonywali, czego rzecz jasna nie wiem. Podejrzewam też, że może być w posiadaniu mojej matki – ale najpierw chciała mieć pewność, podwójną, na istnienie tego pierścienia, kolii… Dopiero potem mogła dalej analizować te dziwaczne wspomnienia i konfrontować się z matką. – Naprawdę nie wiesz? – ponownie uśmiechnęła się ze spokojem, pogodnie, lekko przekrzywiając głowę. – Dla ciebie. Żeby wybór był wyborem, a nie ledwie pozorem – było to przecież takie oczywiste… Samolubność Victorii w stosunku do całego świata kończyła się tam, gdzie chciała dla bliskiej osoby jak najlepiej. Tak jak ta moc, którą potencjalnie miała w sobie teraz. To porównanie siebie samej do kamienia… Wystarczało połączyć kropki. – Nie rzucałam słów na wiatr, kiedy ci mówiłam, że twoje marzenie o trasie koncertowej jest ciągle możliwe do spełnienia – dodała już dużo ciszej, ciągle jednak patrząc wprost na niego. – To jest mój dar dla ciebie. Wybór, którego nigdy nie miałeś.