24.11.2024, 15:37 ✶
Słuchał Thomasa z uwagą, nie pokazując po sobie niepokoju stwierdzeniem, że magia to magia. Nie lubił nieprzewidywalnego efektu w tym wszystkim. To znaczy lubił - tak długo jak ów nieprzewidywalność dopiekała jego wrogom, a nie mieszała w jego planach i dążeniach. Nie był w stanie ocenić na ile Bardzo Mile Widziana W Tym Domu Osoba, mogłaby nagle stać się przez zabezpieczenie jako nieproszony gość, jeśli Anthony'emu li tylko zależałoby na tym, aby zwyczajnie zmusić tego konkretnego człowieka w bardzo konkretnej sytuacji do zawrócenia i powrotu do przygotowanego dlań specjalnego pokoju.
Czy wystarczy o tym pomyśleć, nakazać runie?
– Czy muszę dotknąć runy, aby przekazać jej listę osób mile widzianych? Czy wystarczy odpowiednio sklecone zaklęcie z dystansu? – dopytywał więc, aby nie pozostał tego dnia z magią, której działania w pełni nie rozumiał i nie mógł nad nią panować.– Sądzę, że ten główny hol wystarczy. Od niego odbijają wszystkie korytarze, a też domyślam się, że im ciaśniej splecione zaklęcie, tym skuteczniejszy efekt – dedukował dalej, ale prawda leżała w jego słowach - kto będzie chciał wejść gdziekolwiek dalej, będzie musiał zawrócić. I chodź w zamierzeniu dotyczyło to opuszczenia Pokoju Bezpieczeństwa, wartość tego rodzaju ochrony miała więcej zastosowań. Aż dziw, że nie chciał Thomasa zaangażować prędzej do tej roboty.
Wspomnienie silnego oklumenty wywołało na jego twarzy dziwny uśmiech. Oczy mu złagodniały, zupełnie jakby patrzył na nowonarodzone smocze, opalone policzki pokryte piegami zaróżowiły się lekko.
– No to całe szczęście, że on zdecydowanie nie zalicza się do tego grona herbata tak? Już idę poprosić o nią Wegiliusza, powinna pojawić się na najniższym stopniu. Jak skończysz, zapraszam na pieczeń z jelenia w sosie truflowym z karmelizowanymi marchewkami i oczywiście degustację wina. – Od momentu wspomnienia herbaty, jego głos był szybszy, głośniejszy, dynamiczniejszy, zupełnie jakby pierwsze zdanie było ledwie myślą zupełnie przypadkiem opuszczającym drgające w uśmiechu wargi.
Gdy od razu po swoich słowach wszedł na schody, przeklinał się w myślach za tę lekkomyślność. Ufał Thomasowi w dziedzinach łamania klątw, w dziedzinach wymagających dyskrecji i braku pytań skąd dany eksponat jego kolekcji pochodzi. Mimo mnogości doświadczeń, mimo intensywności niektórych z nich, nie nazwałby go przyjacielem, wobec których Anthony miał już i tak problemy ze zwierzaniem się. Ale teraz, od początku sierpnia, gdy tama runęła... Było to trudne, zgodnie z własnymi przewidywaniami, było to trudne nie mówić, nie śpiewać, nie deklamować miłości, która rozsadzała mu serce. Z tą myślą zdecydował, że napije się wina nim Thomas skończy.
Czy wystarczy o tym pomyśleć, nakazać runie?
– Czy muszę dotknąć runy, aby przekazać jej listę osób mile widzianych? Czy wystarczy odpowiednio sklecone zaklęcie z dystansu? – dopytywał więc, aby nie pozostał tego dnia z magią, której działania w pełni nie rozumiał i nie mógł nad nią panować.– Sądzę, że ten główny hol wystarczy. Od niego odbijają wszystkie korytarze, a też domyślam się, że im ciaśniej splecione zaklęcie, tym skuteczniejszy efekt – dedukował dalej, ale prawda leżała w jego słowach - kto będzie chciał wejść gdziekolwiek dalej, będzie musiał zawrócić. I chodź w zamierzeniu dotyczyło to opuszczenia Pokoju Bezpieczeństwa, wartość tego rodzaju ochrony miała więcej zastosowań. Aż dziw, że nie chciał Thomasa zaangażować prędzej do tej roboty.
Wspomnienie silnego oklumenty wywołało na jego twarzy dziwny uśmiech. Oczy mu złagodniały, zupełnie jakby patrzył na nowonarodzone smocze, opalone policzki pokryte piegami zaróżowiły się lekko.
– No to całe szczęście, że on zdecydowanie nie zalicza się do tego grona herbata tak? Już idę poprosić o nią Wegiliusza, powinna pojawić się na najniższym stopniu. Jak skończysz, zapraszam na pieczeń z jelenia w sosie truflowym z karmelizowanymi marchewkami i oczywiście degustację wina. – Od momentu wspomnienia herbaty, jego głos był szybszy, głośniejszy, dynamiczniejszy, zupełnie jakby pierwsze zdanie było ledwie myślą zupełnie przypadkiem opuszczającym drgające w uśmiechu wargi.
Gdy od razu po swoich słowach wszedł na schody, przeklinał się w myślach za tę lekkomyślność. Ufał Thomasowi w dziedzinach łamania klątw, w dziedzinach wymagających dyskrecji i braku pytań skąd dany eksponat jego kolekcji pochodzi. Mimo mnogości doświadczeń, mimo intensywności niektórych z nich, nie nazwałby go przyjacielem, wobec których Anthony miał już i tak problemy ze zwierzaniem się. Ale teraz, od początku sierpnia, gdy tama runęła... Było to trudne, zgodnie z własnymi przewidywaniami, było to trudne nie mówić, nie śpiewać, nie deklamować miłości, która rozsadzała mu serce. Z tą myślą zdecydował, że napije się wina nim Thomas skończy.