A jednak była co do tego wyrozumiała, do tego, że Sauriel nie był tak wylewny, albo że waga tego, co robiło, nie była taka sama jak jej rzeczy. Nawet tego nie porównywała, dawał z siebie tyle, ile mógł i ile chciał – ważne, że w ogóle robił cokolwiek, a nie był całkowicie bierny. Zawsze bał się, że wybuchnie, że będzie chciał uciec, a w gruncie rzeczy wcale tak nie było. Ona poświęcała mu ten czas, i tym eliksirom, bo bała się, że nie ma go za dużo, a chciała… zdążyć. Na koniec życia zawsze okazywało się przecież, że było zbyt krótkie – ale czy to był koniec życia… To inna sprawa. Teraz można już było patrzeć na to inaczej. Chodziło w każdym razie o to, że choć Sauriel odwdzięczał się rzeczami drobnymi, to Victoria je zauważała, zbierała do kupy i uśmiechała się, ilekroć sobie o nich przypomniała, nienawykła do tego w domu od rodziców. I może jej szło to wszystko łatwiej, ale też ona nie została przez swoich bliskich tak skrzywdzona jak on: zamordowana, wskrzeszona w innej formie, pozbawiona życia, a później zmuszona do zabijania, przyjęcia mrocznego znaku i przebudowania całego swojego jestestwa, żeby całkiem nie zwariować. Była więc dla niego wyrozumiała.
Victoria obserwowała. Przez cały czas, odkąd się poznali, obserwowała. Nie zawsze mówiła na głos to, co myśli, wiele rzeczy zostawiała dla siebie, wyciągając je dopiero, kiedy i Sauriel wyrażał jakieś swoje niezadowolenie… Ale to nie znaczyło, że nie widziała, że nie czuła. Zbierała to wszystko do kupi i analizowała, a teraz przedstawiła mu to wszystko, jak to widzi, w sposób jak najbardziej delikatny jak potrafiła. Nic nie powiedział, ale czasami nie trzeba było mówić. Nie patrzył na nią, ale ona patrzyła. Dała mu nawet czas, bo sięgnęła do dzbanka, żeby nalać sobie więcej herbaty, a jeśli jego filiżanka była pusta – to i jemu chciała jej dolać. I przysunęła do siebie cukier.
– Nie musisz się wcale szarpać. Wiem, że to nie jest takie proste, ale wiesz… Możesz nad tym popracować. Nad tym stawaniem na przekór samemu sobie, byle tylko coś komuś udowodnić. Zachować integralność siebie, swoje zdanie i to, co dla ciebie dobre – nie mówiła, że jest to proste… Tylko, że mogłoby to być z korzyścią dla niego samego. A miała wrażenie, ze czułby się wtedy lepiej – że ma prawdo do swojego zdania i własnej decyzji, nawet jeśli początkowy pomysł nie wyszedł od niego samego.
– Zobacz, masz opory, to już coś. Nie jest tak źle, jak o sobie myślisz – odparła mu na to i odsunęła swoją filiżankę, wyciągając do niego obie dłonie, by złapać go za rękę oburącz. – I jakie by to były te gorsze rzeczy? Narobiłbyś trochę złota z innych metali? Najpierw musiałbyś wiedzieć, jak w ogóle z tego korzystać. To wytwór alchemiczny, a o ile się orientuję, to nie masz o tym najmniejszego pojęcia – lekko przejechała palcami po jego knykciach. – Myślę, że kto inny musiałby go użyć dla ciebie, na przykład ja… To chyba wystarczające zabezpieczenie? Nie martw się na zapas, Sauriel. Mówiłam ci już, że tym razem nie będziesz z tym sam, cokolwiek postanowisz.