Jednego była pewna - jak tylko dopadnie tego gagatka, który stworzył ten żywopłot, to pokaże mu które pół dnia dłuższe! Naprawdę, nie miała ani ochoty, ani czasu żeby się ganiać i szukać jak stąd wyjść. Dużo łatwiej byłoby to wszystko spalić (a jako osoba, która dzieliła krew Parkinsonów, nie musiała obawiać się płomieni), dlatego to wydawało się najlepszym rozwiązaniem. Stworzyć gigantyczny pożar, który otworzyłby jej wyjście stąd. Niestety, przez chwilą sprawdziła, że ten żywopłot nie zajmuje się ogniem! Nie godziło się to! Przecież to była tylko roślina całoroczna, nieszczęsny cyprysik, nie miał w sobie nic nadzwyczajnego. Jego żywica nie była ognioodporna, a przynajmniej o niczym takim nie wiedziała. Zatem dlaczego płomień nie zdał się na nic?! Nie rozumiała tego.
Trzymając różdżkę, ostrożnie zaczęła muskać drobne ale liczne gałązki rośliny. Wtykając głębiej czubek, czuła jak żywopłot nie pozwala przesunąć się ani o milimetr głębiej. Daphne wzięła głęboki oddech i przesłała impuls do różdżki.
- Diffindo. - Liczyła, że choć część gałązek się przetnie, ale te natychmiast się zrosły, a panienka Lestrange jak oparzona wyjęła swoją różdżkę. Syknęła pod nosem, widząc jak wszelkie obrażenia, które zadała natychmiast się zasklepiały i nie robiły żadnego wrażenia na żywopłocie. Chciałaby czarować tak trwale! Gdyby tylko miała więcej czasu, mogłaby podziwiać ten kunszt (albo wyklinać pod nosem swoją sytuację w całej swojej upierdliwości). Niestety, czuła że czas upływa, to też musiała się pośpieszyć i stąd wydostać.
Zaczęła iść tam, gdzie labirynt ją prowadził. Niestety, wszystkie ściany wyglądały totalnie tak samo. Nie dostrzegała żadnej wskazówki, żadnego wzoru, który mógłby jej pomóc w zlokalizowaniu wyjścia. Wejście do tej żywej zagadki także nie było odpowiednim rozwiązaniem. Dlatego szła żwawym krokiem - wszak dalej jest damą i nie wypadało jej biec. Nie czuła, żeby ktoś ją obserwował, ale nadal mogło być to całkowicie złudne wrażenie, a wstydu przynosić tym bardziej nie wypadało! Panience z ministerstwa, z dobrego domu! Przy każdym skrzyżowaniu rozglądała się uważnie, niestety pomysł ze znaczeniem korytarzy farbą również nie dawał żadnej przewagi, bo w moment była wchłaniana przez cyprysik. Czego nie próbowała, nic nie pomagało jej się stąd wydostać. Może musi po prostu przejść? Tylko jak wybrać odpowiedni korytarz, jak się tutaj zwyczajnie nie zgubić?
Dlatego poczuła, że mijając praktycznie identyczne skrzyżowanie po raz szósty, przystanęła. Czy na pewno tutaj była? A może naprawdę błądzi? Przecież już obeszła to na wszystkie możliwe sposoby. Dalej nie wiedziała jak się stąd wydostać. Musiało być coś, co mogłoby jej pomóc, tylko nie mogła na to wpaść. Przystanęła, czując coraz silniejsze rozdrażnienie. Dlaczego komuś zachciało się z nią pogrywać teraz i w taki podły sposób! Znowu sięgnęła po różdżkę, żeby wyczarować ognistą przędzę. Wbiła jej początek w ziemię, a dokładnie środek skrzyżowania na którym stała. Nie miała lepszego pomysłu, a skoro oznaczanie krzaków nie działało, to przecież jeśli się zamyśli, to potknie się o rozstawioną nić! Daphne wróciła do przemierzania labiryntu i czuła, że nie minął nawet kwadrans, a natknęła się na swój sznureczek. Przewróciła wzrokiem, potwierdzając swoje przypuszczenia. Ona się zwyczajnie zgubiła! Gdyby umiała latać to by stąd czym prędzej wyfrunęła. Niestety, miotły nie miała, z resztą znając ją pewnie by z niej spadła.
Przyjrzała się jeszcze raz nici, a następnie miejscu w którym się znalazła. Była przekonana, że jest jakaś opcja żeby się stąd wydostać. Nie utknie tutaj na całą wieczność! Nie może! Spojrzała uważnie na żywopłot, który choć przecież się nie zmienił, to wydawał się odrobinę inny. Jakby przestał zlewać się w jedną wielką krzaczastą całość. Nie była pewna czy to zwidy czy może jednak przebywa już tyle czasu, że zaczęła dostrzegać coś więcej. Jakby gałązki układały się nieco inaczej, nie zawsze dokładnie w ten sam sposób. Czy może jednak od zdenerwowania i zmęczenia już mieszało się jej w głowie? Nie była pewna swoich spostrzeżeń, ale na razie nie miała innego rozwiązania, więc to tego musiała się na razie trzymać, a nuż może się stąd wydostanie? Przynajmniej taką miała nadzieję, a lepsze to niż usiąść na środku drogi i się rozpłakać. Dlatego zaczęła iść zgodnie z przeczuciem, pilnując jednocześnie wyczarowanej nici.
Na percepcję
Sukces!