Nawykły do negatywnych emocji i doświadczeń – nic dziwnego, że i przybierał złe miny, które wryły się już w jego mimikę tak, że wydawał się być wkurzony, kiedy wcale nie był. Ale Victoria go obserwowała; widziała, jakie robił miny zdenerwowany, widziała jakie gdy był skonsternowany, zamyślony, kiedy zaniepokojony, rozbawiony a kiedy nawet zadowolony. Dzisiaj chyba zaczynała rozumieć, jaka to mina, kiedy chodziło o… strach. Niepewność.
Nie mogła prowadzić prawdziwie spokojnego życia. Nie, gdy była aurorką, bohaterką, która stanęła naprzeciwko Lorda Voldemorta w Limbo, do którego idą tylko zmarli, a która się przed nim nie pokłoniła. To nie był materiał na spokojną książkę. Ale jego elementy nie musiały być ostre, można je było wypolerować i wygładzić. Nie wszystko było zagrożeniem życia. A niektóre sprawy… były warte tego niepokoju. On na pewno był.
Zamilkła, gdy poprosił ją o to, by zamilkła, gdy zwrócił się do niej pełnym imieniem. Czy to dlatego, że sama nie powiedziała do niego per “Kocie”, a Sauriel? Miał ładne imię, czasami mówiła tak do niego z rozpędu, nie dlatego, że chciała coś podkreślić i pokazać. Nie wiedziała, że bał się, że to wyjdzie – zapomniała mu powiedzieć, że przez tego cholernego Thorana Yaxleya nałożyła na mieszkanie zabezpieczenie, które… wtedy nie zadziałało, ale nie dlatego, że było źle nałożone, z nim było wszystko w porządku. A dlatego, że źródło hałasu było w jej własnym mieszkaniu. Cholerny poltergeist…
Czy faktycznie była wspaniała? Miała wrażenie, że gdy wcześniej mówił, że “szkoda”... To nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Bo dobroć przyjmowała bardzo różne formy i w tym miejscu – tak, była samolubna na świat. I jednocześnie chciała dobrze dla bliskiej osoby. Czemu nie czuła się tak “wspaniale”, kiedy to powiedział, a zaraz potem wstał, jakby chciał się stąd wydostać, uciec… to była ta jej wspaniałość? “Jesteś wspaniała, ale…” Starał się, widziała te starania spod lekko zmarszczonych w wyrazie zmartwienia brwi.
– Poczekaj – nie była przecież głupia ani niedomyślna, widziała i wiedziała co się działo. – Pójdź sobie zapalić na balkon, ja i tak muszę się ogarnąć po przyjeździe, wiesz damskie sprawy – znaczyło to tyle, że mogła się zamknąć w łazience równie dobrze na godzinę. – Dam ci przestrzeń – uśmiechnęła się do niego. – Albo o, patrz na młodą, znowu ją rozrywa energia. A ja i tak chciałam ci jeszcze dać prezent. Z Egiptu – dodała, żeby nie było wątpliwości o co w ogóle chodzi. Jasne było dla niej, że temat kamienia i tych wszystkich mistycznych, tajemniczych, cholera wie jakich rzeczy, jest na ten moment zakończony i nie zamierzała go ciągnąć, rozdrapywać i tak dalej. Sama zresztą wzięła jeszcze szybkiego łyka herbaty i sama wstała. A Kwiatuszek właśnie ostrzegawczo podnosił na Lunę łapę, która trochę zbyt długo rzucała się na niego i gryzła go w ucho.