25.11.2024, 18:08 ✶
Wtedy na Carkitt Market Ambroise nie spodziewał się takiego przebiegu wydarzeń. Był tam głównie po to, żeby dokupić kilka niezbędnych rzeczy, które mógł z powodzeniem zakupić na Pokątnej, ale z jakiegoś powodu wybrał wielki budynek, do którego zazwyczaj nie chodził. Przynajmniej nie odkąd przestał to robić prawie półtora roku temu.
Już miał wychodzić. Z dziwnym wrażeniem w piersi, które nawiedzało go przez wiele miesięcy a tamtego dnia było tak silne, że rozważał upewnienie się czy nie ma zawału (to byłoby całkiem wygodne, raczej szybkie). Kiedy został zaczepiony przez starego znajomego jego i Riny, no i właśnie - od tego się zaczęło.
Szybko dał się wytrącić z równowagi. Świadomość, że go nie było, kiedy Geraldine przechodziła przez ten cały szajs, była trudna do udźwignięcia. Co prawda starał się nad sobą zapanować. Usiłował wziąć część kontroli nad sytuacją, szczególnie, że ona była zbyt pijana, żeby to zrobić. Spróbował dowiedzieć się wszystkiego, co była w stanie mu wybełkotać.
Z każdym słowem czuł się coraz gorzej. Kiedyś obiecał jej, że będzie przy niej na dobre i na złe. A później złamał tę obietnicę. Tak samo jak wiele innych. Nie rzucał słów na wiatr, więc to było coś jeszcze bardziej druzgocącego. Nie widział innego wyjścia, jednakże w tym małym barze poczuł się, jakby jeszcze bardziej spierdolił wszystko, na czym mu zależało. W dalszym ciągu.
Starał się być tym nieoczekiwanym oparciem, którego Yaxleyówna nie chciała. Przynajmniej nie, gdy była trzeźwa, bo ululana w trzy dupy mówiła mu różne rzeczy. Nie rozumiał nawet połowy, miał mętlik w głowie, ale jakoś ją namówił, żeby wrócili do domu.
Właśnie. To kiedyś było również jego mieszkanie. Przez siedem lat był oficjalnym lokatorem. Wcześniej też wielokrotnie tam bywał, bo mieli ten swój etap przyjaźni, kiedy spędzali ze sobą tak wiele czasu, że Roise niejednokrotnie usypiał jak siedział - na kanapie, czasami na kocu na dywanie.
Później bardzo szybko ze sobą zamieszkali. To on się do niej wprowadził dochodząc do wniosku, że tak będzie najlepiej, bo nigdy nie czuł potrzeby kupna swojego mieszkania. Ona miała własne. Poza tym ilość jej rzeczy - broni, broni, jeszcze raz broni, trochę fatałaszków, broni, paru par butów, broni była większa niż jego kolekcje książek, sprzęty laboratoryjne czy wreszcie ubrania.
Nie przeniósł wszystkiego na raz. Z czasem coraz bardziej zagarnął teren. Miał swoje kwiaty, zioła, rośliny lecznicze w domu i na balkonie. Z biegiem lat przystosowywał wszystko pod siebie na równi z remontami w nadmorskim domu, który już był ich wspólny. Ambroise nie miał żadnych praw do mieszkania, ale to nie przeszkadzało mu w niczym.
Kupował tam meble, odświeżał ściany. Kupił tę jebaną konsolkę, którą rozwalili i która posłużyła mu za prowizoryczny kółek. Swoją drogą nie wątpił, że Astaroth mógł się łudzić - nawet teraz miał przy sobie cztery różnej wielkości kołki. W tym jeden posrebrzany a drugi z warstwą ołowiu, bo nie znał się na wampirach. Któryś musiał zadziałać. Każdy był ostry.
Poza tym przed spotkaniem profilaktycznie nażarł się pizzy z czosnkowym aioli w takich ilościach, że kucharz wytrzeszczył na niego oczy (a może po prostu miał wyłupiaste). Nie wyznawał żadnej śmiesznej mugolskiej wiary, ale na tę okoliczność zaopatrzył się w jebutny srebrny kajdan z krzyżem i Najświętszą Panną Niepokalaną Maryjką - jak mu to powiedział włoski czarodziej, od którego zakupił to cudo.
Za cholerę nie wiedział, kim jest albo była ta kobieta. Stawiał, że postrachem wampirów - słynną pogromczynią jak Van Helsing (o nim akurat Roise słyszał) a to mu wystarczyło. Poza tym na pewno miało jakiś efekt. Cholernie się świeciło, na sto procent robiło blinkblink, więc profilaktycznie wepchnął to pod najgłębszą warstwę ubrań. Z kolei te były przesiąknięte zapachem naftaliny i citronelli - naturalnego repelentu na komary i kleszcze.
Choć akurat mugolscy księża mogli mu się przydać, jedno ich sensowne wykorzystanie nawet w świecie magii, poza tym zawsze mógł takiego pchnąć w stronę rozsierdzonego Yaxleya, bo zazwyczaj byli zbyt otyli, żeby uskoczyć. Nie to, co ich właśni kapłani - oni mieli klasę, zazwyczaj.
Nie wiedział czy wampiry da się egzorcyzmować, ale profilaktycznie parę razy powtórzył sobie pod nosem jakąś formułkę z książki, choć teraz już ją chyba zapomniał. Abi in infernum, notres stupri? Membrum virile, muje, serpentes ferae. Raz, dwa, trzy, kurwa? Unus, duo, tres.
Miał też kawałek cegły w płaszczu, bo gdzieś wyczytał, że nakarmienie wampira cegłą również było doskonałym rozwiązaniem. Radzono włożyć delikwentowi cegłę do ust, żeby młody wampir pozbawiony źródła sił witalnych, stopniowo słabł a żywiąc się wyłącznie cegłą niechybnie umarł z głodu.
Przed samym wyjściem z domu zlał się autorską ziołową wodą kolońską na bazie wody wystawionej kilka dni na działanie światła słonecznego, bo woda księżycowa mogłaby rozjuszyć Astarotha. Natomiast zabrał ze sobą piersiówkę z księżycówką, bo nigdy nic nie wiadomo.
Był przygotowany na wszelkie okoliczności. Nawet miał ze sobą kawałek sznura. To, że mieli tymczasowy rozejm i poprzedniego dnia posłał kolesiowi torby z krwią nie oznaczało, że miał mu ufać. Pamiętał całą sytuację. Obaj panowie ją pamiętali. To nie była dżentelmeńska konfrontacja na poziomie tylko praktycznie krwawa jatka.
Tym bardziej Ambroisa poniosło, że nie spodziewał się zastać Astarotha w wampirzej wersji w swoim mieszkaniu - no, niegdyś to było jego mieszkanie, ale to, że skonfrontowali się właśnie tam tylko go bardziej rozsierdziło. W tamtym momencie jeszcze bardziej poczuł się jak ktoś, kto już nie jest częścią życia osoby, z którą planował je spędzić.
A choć odgryzł się i nie dał po sobie tego poznać to komentarz o facetach Geraldine był pierwszym punktem zapalnym zanim koktajle Mołotowa zaczęły latać po pomieszczeniu. Greengrass był terytorialny. Stracił swoje terytorium, ale w dalszym ciągu nie miał problemu, żeby gryźć. Wyznawał zasadę, że skoro już szczekał to musiał ugryźć.
Natomiast nie zamierzał dać się gryźć. Stąd kajdan z symbolem mugolskiego ruchu oporu przeciw krwioijcom pod koszulą, golfem i płaszczem z wysoką stójką. A no i nie mógł zapomnieć o tych dwóch męskich bransoletach z drzewa różanego z małymi krzyżykami i równomiernie rozmieszczonymi koralikami. Jego kontakt twierdził, że są nasączone różeńcem. Prawdopodobnie górskim, co miało sens, bo Yaxley pochodził z gór w Snowdonii.
Greengrassowi sugerowano również wybadanie wzrokiem, gdzie jego kolega trzymał sakiewkę z ziemią ze swojego grobu, bo to miało być przydatne. Kiedy Astaroth pojawił się w zasięgu wzroku, Ambroise uznał, że chyba nigdzie na wierzchu, raczej nie przy pasku, ale zamierzał to zweryfikować.
Wcześniej kiwnął głową. On również nie wyciągnął ręki na powitanie. Zachowywał dystans. Byli tutaj w czysto biznesowym celu. Nie zamierzał ukrywać, że jeśli dawniej była między nimi sympatia to wyparowała jak chmura hydrolatu z geranium (również na komary).
- Nadrobimy - stwierdził krótko, cicho, nie prostując się ani nie przestając się opierać o ścianę.
Wręcz przeciwnie, sięgnął po papierośnicę i papierosa, wsadzając go sobie w usta i wyciągając resztę w kierunku towarzysza. Nie był takim chujem, żeby palić samemu. Szczególnie, że szczycił się starannie zwijaną mieszanką tytoniu i ziół.
- Trzymaj póki co różdżkę w pogotowiu. Nisko w zasięgu ruchu, ale nie ostentacyjnie. W kieszeni albo najlepiej w rękawie - zarekomendował uważnie, rzucając spojrzenie w kierunku rękawów Yaxleya, żeby upewnić się czy to możliwe, by jego towarzysz ukrył tam różdżkę i był w stanie wyciągnąć ją dostatecznie szybko.
Sam Greengrass nosił z tej okazji odpowiednio uszyte płaszcze i koszule. Jego rękawy były całkiem szerokie, ale zwężały się przy samych mankietach. Nie były gładkie. Dużo załatwiał właściwy grubszy materiał. Taki, który się nie gniótł, bo Ambroise nienawidził wyglądać flejowato, ale jednocześnie nie wyglądał tak gładko, żeby rysowały się pod nim wszystkie rzeczy jakie nosił po kieszeniach poukrywanych na ubraniu.
Tych było całkiem dużo. Musiał mieć miejsce na papiery w podszewce płaszcza. Duża część jego szemranych interesów miała związek z prowadzeniem negocjacji, oceną towarów roślinnych, zbieraniem informacji o właściwościach składników eliksirów. Jeśli czegoś nie wiedział to musiał spojrzeć w dokumentację, ale nie przychodził z nią na wierzchu. Tak samo jak z pieniędzmi.
Z przebywaniem w szemranych miejscach nie było żartów. Pomysł chodzenia z różdżką na wierzchu spotkałby się z natychmiastowymi konsekwencjami, ale nie można było być rozbrojonym. Zwykł nosić różdżkę dokładnie tak jak to rekomendował Astarothowi, czyli dosłownie pod ręką, żeby jednym ruchem wysunąć ją w dłoń.
Ponadto przywykł nosić przy sobie kulkę bezoaru, gdy tylko miał do niej dostęp. Liczne fiolki i fioleczki, pudełeczka, srebrną papierośnicę z ręcznie zwijanymi ziołowymi papierosami. Notes, kilka kopert, wieczne pióro. Część z tych rzeczy standardowo trafiała do skórzanej torby, którą nosił, ale tej nocy zrezygnował z nadmiaru bagażu.
No, chyba że mowa o tym emocjonalnym. Tego zawsze miał aż nadto, nawet jeśli starał się tego nie okazywać, bo był twardzielem, nie miękką pipą. Wiedział na co pisał się, gdy podejmował większość decyzji. A jeśli nie to przynajmniej miał świadomość, że to nieprzemyślane i pochopne posunięcia, więc cokolwiek się wydarzy to pisał się na to w momencie, w którym nie rozważył za i przeciw.
Za nic nie przyznawał się przed sobą, że ostatnio to było jakieś siedemdziesiąt pięć procent wszystkich podejmowanych przez niego ruchów. Kiedyś miał życie pod kontrolą. Teraz to życie miało go w garści. Na początku próbował z tym walczyć, dalej sprzeciwiał się brakowi kontroli nad wydarzeniami, ale musiał sobie jakoś radzić.
Wbrew autodestrukcji i zapędom do samozagłady, Roise starał się jak najlepiej wykorzystywać sytuacje, w których się znalazł. Zawsze miał tendencję do ślizgania się jak węgorz. Brał odpowiedzialność za swoje uczynki, ale tylko do pewnego stopnia. Nie musiał sobie dokopywać we własnej głowie. Wystarczyło, że los próbował zakopać go żywcem. Wielokrotnie mówiono mu albo wręcz mu wytykano, że jego zdolność do totalnego wyparcia we własnym sumieniu była naprawdę aburdalnie rozległa.
Kiedy zaczął to zmieniać i przyjmować na siebie autorefleksyjne bicze, które sam sobie skręcał? Nie miał skłonności do głębokiej introspekcji a ostatnio czuł, że coraz bardziej zagłębia się w meandrach swojego popapranego umysłu.
Kilkukrotnie zaciągnął się papierosem. Tam, gdzie szli raczej wolał nie popalać. Przynajmniej nie od razu. W interesach możliwe, że przyjdzie im próbować cygara, jeśli Slim będzie mieć dobry wieczór. Jeżeli nie to różdżka w pogotowiu będzie zdecydowanie wskazana.
- Trzymaj swoje karty przy orderach - odezwał się po chwili zastanowienia. - Kaptur na głowie i tak dalej. Zwolnij ruchy, postaraj się być mniej wampiryczny. Mniej książę ciemności, bardziej oblicze śmierci. Staraj się nie mówić do mnie po imieniu. Jeśli już musisz, jestem Bertrand, nie Bert, nie Randy, nie Bertram. Bertrand. Nie powołuj się na nazwisko - wyjaśnił pokrótce, zaciągając się dymem. - Natomiast dla twojej wiadomości, w skrajnym gównie powołujesz się na Mulciberów. Nie Greengrassów, nie Yaxleyów, nie Borginów. Jasne? - Zmierzył go wzrokiem.
Już miał wychodzić. Z dziwnym wrażeniem w piersi, które nawiedzało go przez wiele miesięcy a tamtego dnia było tak silne, że rozważał upewnienie się czy nie ma zawału (to byłoby całkiem wygodne, raczej szybkie). Kiedy został zaczepiony przez starego znajomego jego i Riny, no i właśnie - od tego się zaczęło.
Szybko dał się wytrącić z równowagi. Świadomość, że go nie było, kiedy Geraldine przechodziła przez ten cały szajs, była trudna do udźwignięcia. Co prawda starał się nad sobą zapanować. Usiłował wziąć część kontroli nad sytuacją, szczególnie, że ona była zbyt pijana, żeby to zrobić. Spróbował dowiedzieć się wszystkiego, co była w stanie mu wybełkotać.
Z każdym słowem czuł się coraz gorzej. Kiedyś obiecał jej, że będzie przy niej na dobre i na złe. A później złamał tę obietnicę. Tak samo jak wiele innych. Nie rzucał słów na wiatr, więc to było coś jeszcze bardziej druzgocącego. Nie widział innego wyjścia, jednakże w tym małym barze poczuł się, jakby jeszcze bardziej spierdolił wszystko, na czym mu zależało. W dalszym ciągu.
Starał się być tym nieoczekiwanym oparciem, którego Yaxleyówna nie chciała. Przynajmniej nie, gdy była trzeźwa, bo ululana w trzy dupy mówiła mu różne rzeczy. Nie rozumiał nawet połowy, miał mętlik w głowie, ale jakoś ją namówił, żeby wrócili do domu.
Właśnie. To kiedyś było również jego mieszkanie. Przez siedem lat był oficjalnym lokatorem. Wcześniej też wielokrotnie tam bywał, bo mieli ten swój etap przyjaźni, kiedy spędzali ze sobą tak wiele czasu, że Roise niejednokrotnie usypiał jak siedział - na kanapie, czasami na kocu na dywanie.
Później bardzo szybko ze sobą zamieszkali. To on się do niej wprowadził dochodząc do wniosku, że tak będzie najlepiej, bo nigdy nie czuł potrzeby kupna swojego mieszkania. Ona miała własne. Poza tym ilość jej rzeczy - broni, broni, jeszcze raz broni, trochę fatałaszków, broni, paru par butów, broni była większa niż jego kolekcje książek, sprzęty laboratoryjne czy wreszcie ubrania.
Nie przeniósł wszystkiego na raz. Z czasem coraz bardziej zagarnął teren. Miał swoje kwiaty, zioła, rośliny lecznicze w domu i na balkonie. Z biegiem lat przystosowywał wszystko pod siebie na równi z remontami w nadmorskim domu, który już był ich wspólny. Ambroise nie miał żadnych praw do mieszkania, ale to nie przeszkadzało mu w niczym.
Kupował tam meble, odświeżał ściany. Kupił tę jebaną konsolkę, którą rozwalili i która posłużyła mu za prowizoryczny kółek. Swoją drogą nie wątpił, że Astaroth mógł się łudzić - nawet teraz miał przy sobie cztery różnej wielkości kołki. W tym jeden posrebrzany a drugi z warstwą ołowiu, bo nie znał się na wampirach. Któryś musiał zadziałać. Każdy był ostry.
Poza tym przed spotkaniem profilaktycznie nażarł się pizzy z czosnkowym aioli w takich ilościach, że kucharz wytrzeszczył na niego oczy (a może po prostu miał wyłupiaste). Nie wyznawał żadnej śmiesznej mugolskiej wiary, ale na tę okoliczność zaopatrzył się w jebutny srebrny kajdan z krzyżem i Najświętszą Panną Niepokalaną Maryjką - jak mu to powiedział włoski czarodziej, od którego zakupił to cudo.
Za cholerę nie wiedział, kim jest albo była ta kobieta. Stawiał, że postrachem wampirów - słynną pogromczynią jak Van Helsing (o nim akurat Roise słyszał) a to mu wystarczyło. Poza tym na pewno miało jakiś efekt. Cholernie się świeciło, na sto procent robiło blinkblink, więc profilaktycznie wepchnął to pod najgłębszą warstwę ubrań. Z kolei te były przesiąknięte zapachem naftaliny i citronelli - naturalnego repelentu na komary i kleszcze.
Choć akurat mugolscy księża mogli mu się przydać, jedno ich sensowne wykorzystanie nawet w świecie magii, poza tym zawsze mógł takiego pchnąć w stronę rozsierdzonego Yaxleya, bo zazwyczaj byli zbyt otyli, żeby uskoczyć. Nie to, co ich właśni kapłani - oni mieli klasę, zazwyczaj.
Nie wiedział czy wampiry da się egzorcyzmować, ale profilaktycznie parę razy powtórzył sobie pod nosem jakąś formułkę z książki, choć teraz już ją chyba zapomniał. Abi in infernum, notres stupri? Membrum virile, muje, serpentes ferae. Raz, dwa, trzy, kurwa? Unus, duo, tres.
Miał też kawałek cegły w płaszczu, bo gdzieś wyczytał, że nakarmienie wampira cegłą również było doskonałym rozwiązaniem. Radzono włożyć delikwentowi cegłę do ust, żeby młody wampir pozbawiony źródła sił witalnych, stopniowo słabł a żywiąc się wyłącznie cegłą niechybnie umarł z głodu.
Przed samym wyjściem z domu zlał się autorską ziołową wodą kolońską na bazie wody wystawionej kilka dni na działanie światła słonecznego, bo woda księżycowa mogłaby rozjuszyć Astarotha. Natomiast zabrał ze sobą piersiówkę z księżycówką, bo nigdy nic nie wiadomo.
Był przygotowany na wszelkie okoliczności. Nawet miał ze sobą kawałek sznura. To, że mieli tymczasowy rozejm i poprzedniego dnia posłał kolesiowi torby z krwią nie oznaczało, że miał mu ufać. Pamiętał całą sytuację. Obaj panowie ją pamiętali. To nie była dżentelmeńska konfrontacja na poziomie tylko praktycznie krwawa jatka.
Tym bardziej Ambroisa poniosło, że nie spodziewał się zastać Astarotha w wampirzej wersji w swoim mieszkaniu - no, niegdyś to było jego mieszkanie, ale to, że skonfrontowali się właśnie tam tylko go bardziej rozsierdziło. W tamtym momencie jeszcze bardziej poczuł się jak ktoś, kto już nie jest częścią życia osoby, z którą planował je spędzić.
A choć odgryzł się i nie dał po sobie tego poznać to komentarz o facetach Geraldine był pierwszym punktem zapalnym zanim koktajle Mołotowa zaczęły latać po pomieszczeniu. Greengrass był terytorialny. Stracił swoje terytorium, ale w dalszym ciągu nie miał problemu, żeby gryźć. Wyznawał zasadę, że skoro już szczekał to musiał ugryźć.
Natomiast nie zamierzał dać się gryźć. Stąd kajdan z symbolem mugolskiego ruchu oporu przeciw krwioijcom pod koszulą, golfem i płaszczem z wysoką stójką. A no i nie mógł zapomnieć o tych dwóch męskich bransoletach z drzewa różanego z małymi krzyżykami i równomiernie rozmieszczonymi koralikami. Jego kontakt twierdził, że są nasączone różeńcem. Prawdopodobnie górskim, co miało sens, bo Yaxley pochodził z gór w Snowdonii.
Greengrassowi sugerowano również wybadanie wzrokiem, gdzie jego kolega trzymał sakiewkę z ziemią ze swojego grobu, bo to miało być przydatne. Kiedy Astaroth pojawił się w zasięgu wzroku, Ambroise uznał, że chyba nigdzie na wierzchu, raczej nie przy pasku, ale zamierzał to zweryfikować.
Wcześniej kiwnął głową. On również nie wyciągnął ręki na powitanie. Zachowywał dystans. Byli tutaj w czysto biznesowym celu. Nie zamierzał ukrywać, że jeśli dawniej była między nimi sympatia to wyparowała jak chmura hydrolatu z geranium (również na komary).
- Nadrobimy - stwierdził krótko, cicho, nie prostując się ani nie przestając się opierać o ścianę.
Wręcz przeciwnie, sięgnął po papierośnicę i papierosa, wsadzając go sobie w usta i wyciągając resztę w kierunku towarzysza. Nie był takim chujem, żeby palić samemu. Szczególnie, że szczycił się starannie zwijaną mieszanką tytoniu i ziół.
- Trzymaj póki co różdżkę w pogotowiu. Nisko w zasięgu ruchu, ale nie ostentacyjnie. W kieszeni albo najlepiej w rękawie - zarekomendował uważnie, rzucając spojrzenie w kierunku rękawów Yaxleya, żeby upewnić się czy to możliwe, by jego towarzysz ukrył tam różdżkę i był w stanie wyciągnąć ją dostatecznie szybko.
Sam Greengrass nosił z tej okazji odpowiednio uszyte płaszcze i koszule. Jego rękawy były całkiem szerokie, ale zwężały się przy samych mankietach. Nie były gładkie. Dużo załatwiał właściwy grubszy materiał. Taki, który się nie gniótł, bo Ambroise nienawidził wyglądać flejowato, ale jednocześnie nie wyglądał tak gładko, żeby rysowały się pod nim wszystkie rzeczy jakie nosił po kieszeniach poukrywanych na ubraniu.
Tych było całkiem dużo. Musiał mieć miejsce na papiery w podszewce płaszcza. Duża część jego szemranych interesów miała związek z prowadzeniem negocjacji, oceną towarów roślinnych, zbieraniem informacji o właściwościach składników eliksirów. Jeśli czegoś nie wiedział to musiał spojrzeć w dokumentację, ale nie przychodził z nią na wierzchu. Tak samo jak z pieniędzmi.
Z przebywaniem w szemranych miejscach nie było żartów. Pomysł chodzenia z różdżką na wierzchu spotkałby się z natychmiastowymi konsekwencjami, ale nie można było być rozbrojonym. Zwykł nosić różdżkę dokładnie tak jak to rekomendował Astarothowi, czyli dosłownie pod ręką, żeby jednym ruchem wysunąć ją w dłoń.
Ponadto przywykł nosić przy sobie kulkę bezoaru, gdy tylko miał do niej dostęp. Liczne fiolki i fioleczki, pudełeczka, srebrną papierośnicę z ręcznie zwijanymi ziołowymi papierosami. Notes, kilka kopert, wieczne pióro. Część z tych rzeczy standardowo trafiała do skórzanej torby, którą nosił, ale tej nocy zrezygnował z nadmiaru bagażu.
No, chyba że mowa o tym emocjonalnym. Tego zawsze miał aż nadto, nawet jeśli starał się tego nie okazywać, bo był twardzielem, nie miękką pipą. Wiedział na co pisał się, gdy podejmował większość decyzji. A jeśli nie to przynajmniej miał świadomość, że to nieprzemyślane i pochopne posunięcia, więc cokolwiek się wydarzy to pisał się na to w momencie, w którym nie rozważył za i przeciw.
Za nic nie przyznawał się przed sobą, że ostatnio to było jakieś siedemdziesiąt pięć procent wszystkich podejmowanych przez niego ruchów. Kiedyś miał życie pod kontrolą. Teraz to życie miało go w garści. Na początku próbował z tym walczyć, dalej sprzeciwiał się brakowi kontroli nad wydarzeniami, ale musiał sobie jakoś radzić.
Wbrew autodestrukcji i zapędom do samozagłady, Roise starał się jak najlepiej wykorzystywać sytuacje, w których się znalazł. Zawsze miał tendencję do ślizgania się jak węgorz. Brał odpowiedzialność za swoje uczynki, ale tylko do pewnego stopnia. Nie musiał sobie dokopywać we własnej głowie. Wystarczyło, że los próbował zakopać go żywcem. Wielokrotnie mówiono mu albo wręcz mu wytykano, że jego zdolność do totalnego wyparcia we własnym sumieniu była naprawdę aburdalnie rozległa.
Kiedy zaczął to zmieniać i przyjmować na siebie autorefleksyjne bicze, które sam sobie skręcał? Nie miał skłonności do głębokiej introspekcji a ostatnio czuł, że coraz bardziej zagłębia się w meandrach swojego popapranego umysłu.
Kilkukrotnie zaciągnął się papierosem. Tam, gdzie szli raczej wolał nie popalać. Przynajmniej nie od razu. W interesach możliwe, że przyjdzie im próbować cygara, jeśli Slim będzie mieć dobry wieczór. Jeżeli nie to różdżka w pogotowiu będzie zdecydowanie wskazana.
- Trzymaj swoje karty przy orderach - odezwał się po chwili zastanowienia. - Kaptur na głowie i tak dalej. Zwolnij ruchy, postaraj się być mniej wampiryczny. Mniej książę ciemności, bardziej oblicze śmierci. Staraj się nie mówić do mnie po imieniu. Jeśli już musisz, jestem Bertrand, nie Bert, nie Randy, nie Bertram. Bertrand. Nie powołuj się na nazwisko - wyjaśnił pokrótce, zaciągając się dymem. - Natomiast dla twojej wiadomości, w skrajnym gównie powołujesz się na Mulciberów. Nie Greengrassów, nie Yaxleyów, nie Borginów. Jasne? - Zmierzył go wzrokiem.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down