25.11.2024, 22:19 ✶
Było naprawdę przyjemnie ciepło. Słońce oświetlało taflę okolicznego jeziora, drzewa rzucały długie cienie na trawnik. Szum wody i śpiew ptaków tworzyły idealną atmosferę wyłącznie upiększając otaczającą ich scenerię.
Aż trudno było uwierzyć, że w tych samych odmętach jeszcze kilka lat wcześniej czyhało niebezpieczeństwo, z którym oboje zawalczyli pewnego popołudnia. Każde na swój sposób, każde z osobna, ale poniekąd wciąż wspólnie, nawet jeśli wtedy nie byli zbyt skłonni do współpracy.
Teraz byli tu ponownie w zupełnie innych okolicznościach. Nie pierwszy raz zresztą, ale tego dnia było tu szczególnie malowniczo. Wręcz idealna pogoda na to, żeby spędzić ją na zewnątrz, być może nawet trochę przeciągając wspólny spacer, choć w przeciwieństwie do Geraldine, Ambroise szanował obiadowe godziny w domu Yaxleyówny. Odkąd zaczęli się ze sobą spotykać, starał się być niemalże idealnym chłopakiem, wyśmienitym czystokrwistym kawalerem, o którym nie można było powiedzieć złego słowa.
Nawet przy tym, że już podczas pierwszego oficjalnego spotkania wymknął się ze swoją dziewczyną na górę do biblioteki, zdecydowanie nie czytając z nią tam poezji. Co było raczej dostrzegalne, gdy wrócili na resztę wspólnego czasu, później stosunkowo szybko zbierając się do mieszkania, o którym wprost błyskawicznie wydali się, że tak właściwie to je już wspólnie dzielą.
Nie warto było pytać czy to zostało odnotowane, czy umknęło ich gospodarzom. W istocie nijak ich chyba nie dotknęło, nie zostało poruszone na głos a od jakiegoś czasu wszelka korespondencja ze strony Gerarda czy Jennifer była do niego kierowana właśnie na Horyzontalną. Jeśli miałby być szczery to pierwszy raz chyba tydzień po tamtej wizycie.
No cóż. Ambroise jakoś niespecjalnie przejmował się tą drobną niezręcznością, jaką najwidoczniej wszyscy dyskretnie ominęli. Kolejna wizyta przebiegła w naprawdę dobrej atmosferze. Następna tak samo. Właśnie to już na sam koniec tej drugiej mimowolnie przeciągnęli ją w trzecią, bo warunki atmosferyczne utrudniły im teleportację i musieli wrócić do rezydencji.
Pijąc wpierw herbatę z prądem na rozgrzewkę a do północy również nieludzkie ilości bimbru, po którym może tego nie przyznał na głos, ale zdychał cały następny dzień. Spędzony, na jego nieszczęście, nad wyraz aktywnie. Nie znano tu pojęcia litości. To zdecydowanie był w stanie stwierdzić, gdy wlókł się noga za nogą za resztą domowników.
Później niechętnie reagował na ofertę powrotu do Snowdonii. Rzecz jasna nie powiedział tego wprost, po prostu znajdował kolejne wymówki a jako uzdrowiciel miał ich całkiem sporo. To było niezmiernie dogodne i trwało całkiem sporo czasu, dopóki jego wybranka najwyraźniej nie uznała, że w ich domu też przestawano respektować pojęcie litości.
Całe szczęście pogoda była na tyle piękna, że mogli wymknąć się na zewnątrz, dając znać, że wrócą w okolicach obiadu. Dał się złapać pod rękę i pociągnąć w nieokreślonym kierunku. Po prostu maszerował obok swojej dziewczyny. Był w całkiem dobrym, wręcz wyśmienity nastrój.
Uśmiechy, żarty i swobodna rozmowa wypełniały ich wspólną chwilę, stwarzając niespieszny klimat radosnego zanurzenia w naturze, może również w lśniącym jeziorze... ...bardzo prawdopodobnie w sobie nawzajem?
Mieli dostatecznie dużo czasu na kąpiel w przyjemnie chłodnej wodzie i wszystko później, po czym zapewne ponownie będą zmuszeni trochę się ochłodzić, no ale to akurat ani trochę mu nie przeszkadzało. Szczególnie przy sposobie, w jaki sukienka Geraldine opinała się wokół jej ciała. Otworzył już usta, kiedy coś zaszurało w okolicy.
Spojrzenie Roisa przeniosło się w kierunku zarośli lokalizując te, w których coś bez wątpienia zaczęło się poruszać. Z początku były to wyłącznie jakieś ciemne kształty, kołyszące się w rytmie wiatru, toteż Roise w pierwszym momencie nie zwrócił na to większej uwagi. Jednakże kilka sekund później jego uwagę przykuł intensywny zapach, który wypełnił powietrze. Coś, co powinno zaciekawić, wywołało w nim lekkie podejrzenie. Śmierdziało stodołą. Nie, nie stodołą a stajnią.
Ja pierdolę.
Jak na zawołanie z niskiej leszczyny wyłoniło się ogromne, niezwykle majestatyczne, kurewskie stworzenie. Koń. Piękny, wysoki, lecz zupełnie nieproszony w tej idyllicznej scenerii.
Greengrassowi serce momentalnie podeszło do gardła. Zdążył zauważyć, że jego dziewczyna zatrzymała się, intensywnie nad czymś myśląc, chyba chcąc zbliżyć się do konia, ale on zareagował zupełnie inaczej. Z sercem bijącym jak szalone zrobił dwa kroki w odwrotną stronę - wycofując się i napinając wszystkie mięśnie.
Dla niego koń nie był majestatycznym przyjacielem człowieka, lecz potworem wyjętym z najgorszego koszmaru.
Co prawda wcześniej pewnie zmierzał w kierunku jeziora, dowcipkując, ale moment, w którym jego wzrok natknęli się na to niecodzienne zjawisko, zrujnował wszystkie jego wcześniejsze przekonania i plany.
Nienawidził świni, nienawidził krów, nienawidził gryfów, hipogryfów, testrali, owiec, kóz, ale przede wszystkim nienawidził koni. Zwykłych, najzwyklejszych.
Niby to o bydle mówiono, że ma ludzkie oczy, jednakże to właśnie te końskie - te, które teraz się w niego wpatrywały były zdecydowanie najgorsze. Nie mógł oderwać od nich wzroku. Wpatrywał się prosto w nie, łypiąc na stworzenie, które prawie na pewno odwzajemniało jego wszelką niechęć.
Nawet przez chwilę nie spojrzał w kierunku Geraldine. Po prostu zastygł w miejscu niemalże jak uderzony Drętwotą albo na pograniczu spetryfikowania. Zamurowało go. Puls mu przyspieszył a serce szarpnęło się wewnątrz już nie klatki piersiowej a właśnie tego gardła, jakby zamierzało za chwilę stamtąd wyskoczyć.
W jednej chwili zapomniał, że potrafi chodzić. Zrobił te trzy kroki w tył i tyle. W momentach paniki, jakie przecież nieczęsto go dotykały, jego ciało reagowało w sposób, którego sam nigdy nie był w stanie przewidzieć. Czuł jak adrenalina zaczyna krążyć mu w żyłach, jak nogi wreszcie się ruszają, chcą same obrócić się na pięcie, ale niewidzialny łańcuch coraz ciaśniej oplata mu kostki.
Poza tym przecież wiedział, że instynktowna ucieczka wyglądałaby bardziej zabawnie niż sensownie, więc po prostu przystanął w połowie ruchu, próbując zrozumieć, co ten czterokopytny potwór z wyłupiastymi oczami i masywną sylwetką w ogóle robi w promieniu niecałych dwóch metrów od jego osobistej strefy komfortu. Nie miał stajni czy coś? No kurwa.
Aż trudno było uwierzyć, że w tych samych odmętach jeszcze kilka lat wcześniej czyhało niebezpieczeństwo, z którym oboje zawalczyli pewnego popołudnia. Każde na swój sposób, każde z osobna, ale poniekąd wciąż wspólnie, nawet jeśli wtedy nie byli zbyt skłonni do współpracy.
Teraz byli tu ponownie w zupełnie innych okolicznościach. Nie pierwszy raz zresztą, ale tego dnia było tu szczególnie malowniczo. Wręcz idealna pogoda na to, żeby spędzić ją na zewnątrz, być może nawet trochę przeciągając wspólny spacer, choć w przeciwieństwie do Geraldine, Ambroise szanował obiadowe godziny w domu Yaxleyówny. Odkąd zaczęli się ze sobą spotykać, starał się być niemalże idealnym chłopakiem, wyśmienitym czystokrwistym kawalerem, o którym nie można było powiedzieć złego słowa.
Nawet przy tym, że już podczas pierwszego oficjalnego spotkania wymknął się ze swoją dziewczyną na górę do biblioteki, zdecydowanie nie czytając z nią tam poezji. Co było raczej dostrzegalne, gdy wrócili na resztę wspólnego czasu, później stosunkowo szybko zbierając się do mieszkania, o którym wprost błyskawicznie wydali się, że tak właściwie to je już wspólnie dzielą.
Nie warto było pytać czy to zostało odnotowane, czy umknęło ich gospodarzom. W istocie nijak ich chyba nie dotknęło, nie zostało poruszone na głos a od jakiegoś czasu wszelka korespondencja ze strony Gerarda czy Jennifer była do niego kierowana właśnie na Horyzontalną. Jeśli miałby być szczery to pierwszy raz chyba tydzień po tamtej wizycie.
No cóż. Ambroise jakoś niespecjalnie przejmował się tą drobną niezręcznością, jaką najwidoczniej wszyscy dyskretnie ominęli. Kolejna wizyta przebiegła w naprawdę dobrej atmosferze. Następna tak samo. Właśnie to już na sam koniec tej drugiej mimowolnie przeciągnęli ją w trzecią, bo warunki atmosferyczne utrudniły im teleportację i musieli wrócić do rezydencji.
Pijąc wpierw herbatę z prądem na rozgrzewkę a do północy również nieludzkie ilości bimbru, po którym może tego nie przyznał na głos, ale zdychał cały następny dzień. Spędzony, na jego nieszczęście, nad wyraz aktywnie. Nie znano tu pojęcia litości. To zdecydowanie był w stanie stwierdzić, gdy wlókł się noga za nogą za resztą domowników.
Później niechętnie reagował na ofertę powrotu do Snowdonii. Rzecz jasna nie powiedział tego wprost, po prostu znajdował kolejne wymówki a jako uzdrowiciel miał ich całkiem sporo. To było niezmiernie dogodne i trwało całkiem sporo czasu, dopóki jego wybranka najwyraźniej nie uznała, że w ich domu też przestawano respektować pojęcie litości.
Całe szczęście pogoda była na tyle piękna, że mogli wymknąć się na zewnątrz, dając znać, że wrócą w okolicach obiadu. Dał się złapać pod rękę i pociągnąć w nieokreślonym kierunku. Po prostu maszerował obok swojej dziewczyny. Był w całkiem dobrym, wręcz wyśmienity nastrój.
Uśmiechy, żarty i swobodna rozmowa wypełniały ich wspólną chwilę, stwarzając niespieszny klimat radosnego zanurzenia w naturze, może również w lśniącym jeziorze... ...bardzo prawdopodobnie w sobie nawzajem?
Mieli dostatecznie dużo czasu na kąpiel w przyjemnie chłodnej wodzie i wszystko później, po czym zapewne ponownie będą zmuszeni trochę się ochłodzić, no ale to akurat ani trochę mu nie przeszkadzało. Szczególnie przy sposobie, w jaki sukienka Geraldine opinała się wokół jej ciała. Otworzył już usta, kiedy coś zaszurało w okolicy.
Spojrzenie Roisa przeniosło się w kierunku zarośli lokalizując te, w których coś bez wątpienia zaczęło się poruszać. Z początku były to wyłącznie jakieś ciemne kształty, kołyszące się w rytmie wiatru, toteż Roise w pierwszym momencie nie zwrócił na to większej uwagi. Jednakże kilka sekund później jego uwagę przykuł intensywny zapach, który wypełnił powietrze. Coś, co powinno zaciekawić, wywołało w nim lekkie podejrzenie. Śmierdziało stodołą. Nie, nie stodołą a stajnią.
Ja pierdolę.
Jak na zawołanie z niskiej leszczyny wyłoniło się ogromne, niezwykle majestatyczne, kurewskie stworzenie. Koń. Piękny, wysoki, lecz zupełnie nieproszony w tej idyllicznej scenerii.
Greengrassowi serce momentalnie podeszło do gardła. Zdążył zauważyć, że jego dziewczyna zatrzymała się, intensywnie nad czymś myśląc, chyba chcąc zbliżyć się do konia, ale on zareagował zupełnie inaczej. Z sercem bijącym jak szalone zrobił dwa kroki w odwrotną stronę - wycofując się i napinając wszystkie mięśnie.
Dla niego koń nie był majestatycznym przyjacielem człowieka, lecz potworem wyjętym z najgorszego koszmaru.
Co prawda wcześniej pewnie zmierzał w kierunku jeziora, dowcipkując, ale moment, w którym jego wzrok natknęli się na to niecodzienne zjawisko, zrujnował wszystkie jego wcześniejsze przekonania i plany.
Nienawidził świni, nienawidził krów, nienawidził gryfów, hipogryfów, testrali, owiec, kóz, ale przede wszystkim nienawidził koni. Zwykłych, najzwyklejszych.
Niby to o bydle mówiono, że ma ludzkie oczy, jednakże to właśnie te końskie - te, które teraz się w niego wpatrywały były zdecydowanie najgorsze. Nie mógł oderwać od nich wzroku. Wpatrywał się prosto w nie, łypiąc na stworzenie, które prawie na pewno odwzajemniało jego wszelką niechęć.
Nawet przez chwilę nie spojrzał w kierunku Geraldine. Po prostu zastygł w miejscu niemalże jak uderzony Drętwotą albo na pograniczu spetryfikowania. Zamurowało go. Puls mu przyspieszył a serce szarpnęło się wewnątrz już nie klatki piersiowej a właśnie tego gardła, jakby zamierzało za chwilę stamtąd wyskoczyć.
W jednej chwili zapomniał, że potrafi chodzić. Zrobił te trzy kroki w tył i tyle. W momentach paniki, jakie przecież nieczęsto go dotykały, jego ciało reagowało w sposób, którego sam nigdy nie był w stanie przewidzieć. Czuł jak adrenalina zaczyna krążyć mu w żyłach, jak nogi wreszcie się ruszają, chcą same obrócić się na pięcie, ale niewidzialny łańcuch coraz ciaśniej oplata mu kostki.
Poza tym przecież wiedział, że instynktowna ucieczka wyglądałaby bardziej zabawnie niż sensownie, więc po prostu przystanął w połowie ruchu, próbując zrozumieć, co ten czterokopytny potwór z wyłupiastymi oczami i masywną sylwetką w ogóle robi w promieniu niecałych dwóch metrów od jego osobistej strefy komfortu. Nie miał stajni czy coś? No kurwa.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down