23.01.2023, 19:49 ✶
Wszystko było dobrze. Przynajmniej z pozoru, w pomarańczowym świetle lampek nad barem i w scenie, która wyglądała niczym fotografia grupy przyjaciół. Wyglądali, jakby nie mogli bez siebie żyć, choć w myślach zastanawiali się, co jest nie tak z osobami siedzącymi tuż obok.
Wszystko miało być dobrze: w tych nasyconych kąśliwością i żartem rozmowach niczym przedrzeźnianie się najlepszych przyjaciół. Sielanka, utopia, nowy wspaniały świat i oni, dający przykład wszystkim wokół.
Nic nie było dobrze.
Poluźnił kołnierz koszuli, który zdawał się oplatać jego szyję niczym macki. Nie był w stanie się skupić przez mieszające się ze sobą nuty różnych perfum, należących do otaczających go dziesiątek osób. Do tego przydymiony aromat whisky unoszący się z jego szklanki. Zdawało mu się, że w uszach rozlega mu się brzęczenie, niczym kieliszki wprawione w wibracje, by wydać z siebie cichy dźwięk. Ale to tylko Salem mruczał cicho pod wpływem dotyku Sauriela. Zdrajca. Koci ogon zbliżający się niebezpiecznie do jego twarzy wyrwał go w końcu z tego letargu, w którym niby to obserwował wiercenie zwierzaka, a jednak kątem oka przyglądał się drobinom kurzu widocznym dzięki rozpalonemu światłu.
- Nie wiedziałem, że drapanie jest lepszą walutą od tuńczyka. Sprzedałeś się, Salem – zaśmiał się i podniósł się z blatu, na powrót opierając brodę na rękach, by przypadkiem po raz trzeci nie oberwać kitą po nosie. – Myślisz, że ślub z kotem jest możliwy? Bo ci dwaj zdecydowanie wyglądają, jakby się w sobie zakochali – zwrócił się tym razem do Nory, uśmiechając do niej wesoło, bo nawet jeśli przez cały wieczór gdzieś z tyłu głowy krążyło mu, że Sauriel mógł być niebezpieczny dla otoczenia, bawiąc się ze zwierzakiem wyglądał całkiem niepozornie.
Fergus nie potrafił zliczyć, ile to już razy Salem napomknął, że palce śmierdzą mu tytoniem. Dlatego też go zazwyczaj nie dotykał, chyba że kot sam sobie tego życzył. Dziwił się tylko, że nie rzucił podobnej uwagi Rookwoodowi, choć równie dobrze mógł jeszcze niczego nie wyczuć. Nie spędzał z nim tyle czasu, co z Ollivanderem, biorąc pod uwagę, że dopiero się poznali.
Sauriel musiał znaleźć jakieś niespecjalnie przyjazne drapaniu miejsce, skoro Salem odepchnął jego rękę łapami i kłami. Zaraz to nastroszył się, przy okazji strącając ogonem szklankę Fergusa, na co przeklął pod nosem. Potoczyła się po blacie, zostawiając za sobą ślad lepkiego, bursztynowego płynu, aż z głośnym trzaskiem wylądowała na podłodze za barem, gdzieś niedaleko Nory.
- Chyba nadepnąłeś mu na odcisk – zażartował, zastanawiając się, o co chodziło Salemowi. Sam zaatakował dłoń Rookwooda, przerywając czynność, która musiała stać się nieprzyjemną. Co zatem się stało? I wtedy zaskoczyło. Dłoń, którą Sauriel rozciął sobie zaledwie tydzień wcześniej, by udowodnić mu, że naprawdę istniał tylko i wyłącznie dzięki, a może bardziej z powodu czarnej magii. Ta sama dłoń, którą podgryzał kot, zapewne zostawiając na niej drobne ranki, które powinny się zaczerwienić. Przerzucał zszokowane spojrzenie z mężczyzny na zwierzaka i z powrotem, jak gdyby obserwował ekscytujący pojedynek. Gdyby Salem nie sprzedał się za chwilę przyjemności, poprosiłby go bezmyślnie o podrapanie wampira, co skończyłoby się w podobny sposób, jeśli nie w jeszcze gorszy, bo nawet Nora zwróciłaby uwagę na pozbawioną krwi, wyjątkowo szybko zabliźniającą się ranę.
- Hej, Salem, myśl o tuńczyku. Dużo tuńczyka, kraina rybą płynąca – mamrotał, próbując jakoś uspokoić rudzielca, który jeżył się i syczał na Sauriela, choć sam wyglądał na naprawdę zagubionego w tej sytuacji. Nie znał się na zwierzętach, sam posiadał wyłącznie sowę. Z kotami miał do czynienia tyle, co tutaj, u Figgów. Nora, ratuj. Może działał ze złej strony? Nie powinien zaczepiać Salema, a bardziej zabrać od niego wampira? – Kto idzie zapalić? – zapytał, podrywając się na krześle. Przeszukał kieszenie kurtki, którą miał na sobie, ale jedyne, co znalazł, to różdżka i zapalniczka. Po paczce fajek ani śladu. – Albo lepsze pytanie: kto ma papierosy?
Spojrzał z nadzieją na Sauriela, licząc na to, że wychwyci jego spojrzenie, chociaż wszyscy skupiali się na rudym kocie. Uwaga o paleniu mogła zwrócić również jego uwagę, skoro tak bardzo nie znosił tego zapachu. Przewietrzenie się też nie powinno im zaszkodzić, chociaż wątpił, czy Nora mogła ruszyć się zza baru. Nie chciał jej tu smrodzić, a trucie płuc dymem było dobrą wymówką, żeby się na chwilę ewakuować, zanim Salem wpadnie w totalną panikę i zwróci na siebie oczy całego baru.
Wszystko miało być dobrze: w tych nasyconych kąśliwością i żartem rozmowach niczym przedrzeźnianie się najlepszych przyjaciół. Sielanka, utopia, nowy wspaniały świat i oni, dający przykład wszystkim wokół.
Nic nie było dobrze.
Poluźnił kołnierz koszuli, który zdawał się oplatać jego szyję niczym macki. Nie był w stanie się skupić przez mieszające się ze sobą nuty różnych perfum, należących do otaczających go dziesiątek osób. Do tego przydymiony aromat whisky unoszący się z jego szklanki. Zdawało mu się, że w uszach rozlega mu się brzęczenie, niczym kieliszki wprawione w wibracje, by wydać z siebie cichy dźwięk. Ale to tylko Salem mruczał cicho pod wpływem dotyku Sauriela. Zdrajca. Koci ogon zbliżający się niebezpiecznie do jego twarzy wyrwał go w końcu z tego letargu, w którym niby to obserwował wiercenie zwierzaka, a jednak kątem oka przyglądał się drobinom kurzu widocznym dzięki rozpalonemu światłu.
- Nie wiedziałem, że drapanie jest lepszą walutą od tuńczyka. Sprzedałeś się, Salem – zaśmiał się i podniósł się z blatu, na powrót opierając brodę na rękach, by przypadkiem po raz trzeci nie oberwać kitą po nosie. – Myślisz, że ślub z kotem jest możliwy? Bo ci dwaj zdecydowanie wyglądają, jakby się w sobie zakochali – zwrócił się tym razem do Nory, uśmiechając do niej wesoło, bo nawet jeśli przez cały wieczór gdzieś z tyłu głowy krążyło mu, że Sauriel mógł być niebezpieczny dla otoczenia, bawiąc się ze zwierzakiem wyglądał całkiem niepozornie.
Fergus nie potrafił zliczyć, ile to już razy Salem napomknął, że palce śmierdzą mu tytoniem. Dlatego też go zazwyczaj nie dotykał, chyba że kot sam sobie tego życzył. Dziwił się tylko, że nie rzucił podobnej uwagi Rookwoodowi, choć równie dobrze mógł jeszcze niczego nie wyczuć. Nie spędzał z nim tyle czasu, co z Ollivanderem, biorąc pod uwagę, że dopiero się poznali.
Sauriel musiał znaleźć jakieś niespecjalnie przyjazne drapaniu miejsce, skoro Salem odepchnął jego rękę łapami i kłami. Zaraz to nastroszył się, przy okazji strącając ogonem szklankę Fergusa, na co przeklął pod nosem. Potoczyła się po blacie, zostawiając za sobą ślad lepkiego, bursztynowego płynu, aż z głośnym trzaskiem wylądowała na podłodze za barem, gdzieś niedaleko Nory.
- Chyba nadepnąłeś mu na odcisk – zażartował, zastanawiając się, o co chodziło Salemowi. Sam zaatakował dłoń Rookwooda, przerywając czynność, która musiała stać się nieprzyjemną. Co zatem się stało? I wtedy zaskoczyło. Dłoń, którą Sauriel rozciął sobie zaledwie tydzień wcześniej, by udowodnić mu, że naprawdę istniał tylko i wyłącznie dzięki, a może bardziej z powodu czarnej magii. Ta sama dłoń, którą podgryzał kot, zapewne zostawiając na niej drobne ranki, które powinny się zaczerwienić. Przerzucał zszokowane spojrzenie z mężczyzny na zwierzaka i z powrotem, jak gdyby obserwował ekscytujący pojedynek. Gdyby Salem nie sprzedał się za chwilę przyjemności, poprosiłby go bezmyślnie o podrapanie wampira, co skończyłoby się w podobny sposób, jeśli nie w jeszcze gorszy, bo nawet Nora zwróciłaby uwagę na pozbawioną krwi, wyjątkowo szybko zabliźniającą się ranę.
- Hej, Salem, myśl o tuńczyku. Dużo tuńczyka, kraina rybą płynąca – mamrotał, próbując jakoś uspokoić rudzielca, który jeżył się i syczał na Sauriela, choć sam wyglądał na naprawdę zagubionego w tej sytuacji. Nie znał się na zwierzętach, sam posiadał wyłącznie sowę. Z kotami miał do czynienia tyle, co tutaj, u Figgów. Nora, ratuj. Może działał ze złej strony? Nie powinien zaczepiać Salema, a bardziej zabrać od niego wampira? – Kto idzie zapalić? – zapytał, podrywając się na krześle. Przeszukał kieszenie kurtki, którą miał na sobie, ale jedyne, co znalazł, to różdżka i zapalniczka. Po paczce fajek ani śladu. – Albo lepsze pytanie: kto ma papierosy?
Spojrzał z nadzieją na Sauriela, licząc na to, że wychwyci jego spojrzenie, chociaż wszyscy skupiali się na rudym kocie. Uwaga o paleniu mogła zwrócić również jego uwagę, skoro tak bardzo nie znosił tego zapachu. Przewietrzenie się też nie powinno im zaszkodzić, chociaż wątpił, czy Nora mogła ruszyć się zza baru. Nie chciał jej tu smrodzić, a trucie płuc dymem było dobrą wymówką, żeby się na chwilę ewakuować, zanim Salem wpadnie w totalną panikę i zwróci na siebie oczy całego baru.