26.11.2024, 03:03 ✶
Nie miał najmniejszego problemu z tym, aby spędzać czas w domu rodzinnym swojej ukochanej. Przynajmniej tak to ubierał w słowa, kiedy mówił o tym, czemu tego konkretnego weekendu raczej nie uda mu się tam wyrwać, bo ma dużo spraw do załatwienia, dyżur w szpitalu, poważną konferencję za pasem i tak dalej. Setki powodów, przez które ten i niemal każdy kolejny termin był niedogodny.
W istocie po tamtym doświadczeniu z drugiej wizyty będącej jednocześnie trzecią wizytą, Ambroise po prostu nie zamierzał szybko tego powtarzać. Wcześniej pojawiał się tu jako prywatny uzdrowiciel, więc miał ułatwioną możliwość wykręcania się z pewnych aktywności, ale jako niemalże swój człowiek (no, praktycznie swój, bo przy okazji teraz już również darmowy medyk od wszystkiego) zdawał sobie sprawę z tego, że prędzej czy później pewne rzeczy go nie ominą.
Był wprawiony w piciu. Oczywiście, że był. Natomiast picie na hejnał w taki sposób, w jaki robił to Gerard zdecydowanie nie było na jego głowę. Niemalże nie dotrzymywał tempa, choć zabawa przy tym była raczej przednia, więc akurat z tym nie miał najmniejszego problemu. Natomiast zdecydowanie nie marzył o tym, aby następnego dnia ledwo zwlec się z łóżka z kacem tak dużym, jakby był szczeniakiem, który schlał się po raz pierwszy.
A potem kompletnie nie widział się w roli towarzyskiego i aktywnego człowieka, gdy ledwo powłóczył nogami. Jasne - na własne życzenie, ale wolałby móc spędzić ten czas na rozmowach w bibliotece albo salonie. Nie zaś na zewnątrz, gdzie przyszły teść próbował testować jego sprawność a teściowa po prostu stała i patrzyła.
Łypała na niego może znacznie lepiej niż ten koń. Ona chyba całkiem go lubiła, szczególnie że wcześniej mieli na tyle dobrą relację, że pewnie gdyby tylko miała ku temu dogodne okoliczności to prędzej czy później próbowałaby go swatać ze swoją córką. Cóż, była święcie przekonana, że jej się to powiodło, nawet tego dnia chyba pałała dumą sama z siebie, bo wyjątkowo szybko wypuściła ich ze swoich szponów.
Mogli mieć dla siebie naprawdę miłe przedpołudnie i początek popołudnia. Kierując się w stronę jeziora, mimowolnie uśmiechał się pod nosem, bo zdecydowanie mogli odczarować sobie to miejsce. Tutaj, teraz we dwoje. Tylko oni, koc w torbie, którą niósł, woda, jezioro, słońce i...
...jebany gigantyczny koń, który pojawił się dosłownie znikąd. Był dosłownie największą bestią jaką Roise kiedykolwiek widział. Większą od akromantuli, znacznie większą od rogogona. No, po prostu olbrzymim, bardzo nienawistnym zwierzęciem, do którego jego dziewczyna podeszła tak lekko. W dodatku szybko decydując się, żeby stanąć tyłem do konia.
Błąd, gigantyczny błąd a on nie potrafił się ruszyć, żeby ją przesunąć. Żenujące. Naprawdę.
- Mhm - odpowiedział odruchowo, nadal mierząc się wzrokiem z koniem za plecami Geraldine i ani na sekundę nie przenosząc na nią wzroku, dopóki zwierzę nie zaczęło wycofywać się w tylko sobie znaną stronę.
Bardzo możliwe, że do ognistych piekielnych czeluści, z których się wywodziło wraz ze wszystkimi swoimi krewniakami i tym podobnymi. Szczególnie z jebanymi testralami, które w ogóle nie powinny mieć racji ani prawa bytu, bo wyrwały się z najgorszych koszmarów.
Choć w gruncie rzeczy to, że były jawnie widmowe i nie ukrywały swojej mrocznej natury było przyjemnie orzeźwiające w zestawieniu z tymi w teorii zwykłymi rumakami, które kryły swoje paskudne zapędy pod błyszczącą sierścią (czy tam włosiem) oraz bujną grzywą.
Ambroise zdecydowanie miał wszelkie powody, żeby nie pałać entuzjazmem na widok zwierząt, na które małe dziewczynki rzucały się z głośnym piskiem. Nigdy, zdecydowanie nigdy nie czuł potrzeby nawiązywania bliższego kontaktu i nawet jeśli zdecydowanie nieźle by wyglądało, gdyby potrafił dosiadać konia (to bez wątpienia byłoby plus dziesięć do respektu) to nie planował tego robić.
Nie tyle nawet w najbliższej przyszłości co po prostu wcale. Nigdy, przenigdy. Mimo to w dalszym ciągu usiłował robić dobrą minę do złej gry, starając się utrzymać pokerową twarz, nawet jeśli po wyrazie jego oczu z pewnością mogła zobaczyć, że żadne mhm nie wchodziło w grę. Nieważne jak bardzo starałby się, by wchodziło.
- Co? Niee. Wszystko jest... ...w porządku - nic nie było w porządku.
W żadnym razie, ale w dalszym ciągu usiłował zgrywać kogoś, kto tylko przypadkiem cały zastygł, zamarł, zatkało go, pobladł i niemalże zlał się zimnym potem w samym środku gorącego lata. Przecież to było całkowicie normalne.
W istocie po tamtym doświadczeniu z drugiej wizyty będącej jednocześnie trzecią wizytą, Ambroise po prostu nie zamierzał szybko tego powtarzać. Wcześniej pojawiał się tu jako prywatny uzdrowiciel, więc miał ułatwioną możliwość wykręcania się z pewnych aktywności, ale jako niemalże swój człowiek (no, praktycznie swój, bo przy okazji teraz już również darmowy medyk od wszystkiego) zdawał sobie sprawę z tego, że prędzej czy później pewne rzeczy go nie ominą.
Był wprawiony w piciu. Oczywiście, że był. Natomiast picie na hejnał w taki sposób, w jaki robił to Gerard zdecydowanie nie było na jego głowę. Niemalże nie dotrzymywał tempa, choć zabawa przy tym była raczej przednia, więc akurat z tym nie miał najmniejszego problemu. Natomiast zdecydowanie nie marzył o tym, aby następnego dnia ledwo zwlec się z łóżka z kacem tak dużym, jakby był szczeniakiem, który schlał się po raz pierwszy.
A potem kompletnie nie widział się w roli towarzyskiego i aktywnego człowieka, gdy ledwo powłóczył nogami. Jasne - na własne życzenie, ale wolałby móc spędzić ten czas na rozmowach w bibliotece albo salonie. Nie zaś na zewnątrz, gdzie przyszły teść próbował testować jego sprawność a teściowa po prostu stała i patrzyła.
Łypała na niego może znacznie lepiej niż ten koń. Ona chyba całkiem go lubiła, szczególnie że wcześniej mieli na tyle dobrą relację, że pewnie gdyby tylko miała ku temu dogodne okoliczności to prędzej czy później próbowałaby go swatać ze swoją córką. Cóż, była święcie przekonana, że jej się to powiodło, nawet tego dnia chyba pałała dumą sama z siebie, bo wyjątkowo szybko wypuściła ich ze swoich szponów.
Mogli mieć dla siebie naprawdę miłe przedpołudnie i początek popołudnia. Kierując się w stronę jeziora, mimowolnie uśmiechał się pod nosem, bo zdecydowanie mogli odczarować sobie to miejsce. Tutaj, teraz we dwoje. Tylko oni, koc w torbie, którą niósł, woda, jezioro, słońce i...
...jebany gigantyczny koń, który pojawił się dosłownie znikąd. Był dosłownie największą bestią jaką Roise kiedykolwiek widział. Większą od akromantuli, znacznie większą od rogogona. No, po prostu olbrzymim, bardzo nienawistnym zwierzęciem, do którego jego dziewczyna podeszła tak lekko. W dodatku szybko decydując się, żeby stanąć tyłem do konia.
Błąd, gigantyczny błąd a on nie potrafił się ruszyć, żeby ją przesunąć. Żenujące. Naprawdę.
- Mhm - odpowiedział odruchowo, nadal mierząc się wzrokiem z koniem za plecami Geraldine i ani na sekundę nie przenosząc na nią wzroku, dopóki zwierzę nie zaczęło wycofywać się w tylko sobie znaną stronę.
Bardzo możliwe, że do ognistych piekielnych czeluści, z których się wywodziło wraz ze wszystkimi swoimi krewniakami i tym podobnymi. Szczególnie z jebanymi testralami, które w ogóle nie powinny mieć racji ani prawa bytu, bo wyrwały się z najgorszych koszmarów.
Choć w gruncie rzeczy to, że były jawnie widmowe i nie ukrywały swojej mrocznej natury było przyjemnie orzeźwiające w zestawieniu z tymi w teorii zwykłymi rumakami, które kryły swoje paskudne zapędy pod błyszczącą sierścią (czy tam włosiem) oraz bujną grzywą.
Ambroise zdecydowanie miał wszelkie powody, żeby nie pałać entuzjazmem na widok zwierząt, na które małe dziewczynki rzucały się z głośnym piskiem. Nigdy, zdecydowanie nigdy nie czuł potrzeby nawiązywania bliższego kontaktu i nawet jeśli zdecydowanie nieźle by wyglądało, gdyby potrafił dosiadać konia (to bez wątpienia byłoby plus dziesięć do respektu) to nie planował tego robić.
Nie tyle nawet w najbliższej przyszłości co po prostu wcale. Nigdy, przenigdy. Mimo to w dalszym ciągu usiłował robić dobrą minę do złej gry, starając się utrzymać pokerową twarz, nawet jeśli po wyrazie jego oczu z pewnością mogła zobaczyć, że żadne mhm nie wchodziło w grę. Nieważne jak bardzo starałby się, by wchodziło.
- Co? Niee. Wszystko jest... ...w porządku - nic nie było w porządku.
W żadnym razie, ale w dalszym ciągu usiłował zgrywać kogoś, kto tylko przypadkiem cały zastygł, zamarł, zatkało go, pobladł i niemalże zlał się zimnym potem w samym środku gorącego lata. Przecież to było całkowicie normalne.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down