26.11.2024, 11:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.02.2025, 00:32 przez Anthony Shafiq.)
Zaśmiał się lekko na jego pełne skromności słowa. Potrafił już rozpoznać fałsz przebijający przez uniżone pochlebstwa wobec realnej pokory, łagodności usposobienia w stawie pełnym rekinów. Niespiesznie zakołysał kielichem, nie patrząc na niego zbyt intensywnie, aby nie spłoszyć swojego rozmówcy gnębiącą atencją. Icarus był niczym miła oku rzeźba, nowa książka o skórzanej oprawie i miękkich kartkach wypełnionych intrygującą treścią. Był jak magiczny instrument, który miał zapewnić mu rozrywkę tej nocy, barwą swego głosu i przyjemną melodią. Serce Anthony'ego zostało już dawno złożone do szkatuły, dwoma ziarnami granatu, które przeszły przed trzema laty przez gardło rosłego brygadzisty. Odliczał do kolejnej ich wyprawy, do ucieczki z Anglii w obrębie której za milczącą zgodą udawali konsekwentnie, że się znają tylko powierzchownie. Myśli Shafiqa nie uciekały jednak teraz do Warowni Longbottomów, nie ociekały tęsknotą, nawet w tym stanie lekkiego otulenia winnym aksamitem.
Och nie, on był ciekaw młodzieńca, Pinokia poruszanego sznureczkami przez Gepetto. Jakim okrutnikiem był ojciec, by dawać mu na imię Icarus, jak bardzo podcinał mu skrzydła w lęku, że wzleci za wysoko?
– Autorytet jest tylko jedną z wielu składowych człowieka i podobnie jak sława, jeździ na pstrym koniu. – umoczył wargi, odchylając głowę, by wygodniej złożyć ją na poduszce. – Podobnie z resztą jak potencjał skryty w głowie i sercu. Debiut zawsze jest intrygujący, przez wzgląd na nieoznaczoność ścieżek losu. Zwłaszcza taki zapadający w pamięć. Mam nadzieję, że nie będzie brakowało Twojego głosu na kolejnych sympozjach? Lubię świeżość entuzjazmu, a nie da się ukryć, że niektórzy nie potrafią podtrzymać żaru, wpadając w koleiny rutyny, która zabija ochotę do wychodzenia poza schemat. – W słodkiej hipokryzji, nie zauważył absolutnie, że to właśnie z nim się działo w kontekście pracy zawodowej, którą traktował coraz bardziej jak odprysk kapryśnej rzeczywistości, aniżeli rzeczywistą rolę do wypełnienia. – Jeśli masz ochotę, możesz opowiedzieć mi o swoich badaniach. Możesz poradzić się mnie, który ich aspekt najlepiej ukorzeniłby się w umysłach słuchaczy. Czasem dobrze przejrzeć się w innym lustrze, niż to w domu. Czasem lepiej złapać perspektywę.
Anthony od zawsze darzył wielką miłością i uwielbieniem smoki. Z tego tytułu upierał się, że jego patronus przybiera kształt wyrma, choć tak na prawdę był pięknym białym wężem. Tak jak teraz, właściciel tego miejsca, rozłożony na poduchach, otoczony bogactwem i przepychem dźwignął się by sięgnąć do tacy z przekąskami, ale zamiast ślicznych kanapeczek, fikuśnych pralinek czy innych słodkości, sięgnął po jabłko. Piękne, dorodne, pyszniące się czerwienią. Nie był wężem, który otacza czaszkę, wężem ślizgającym się w rurach żeby zabić ucznia, czy wężem pasącym się na ramionach mrocznego Slytherina. Nie. Był wężem, który lubił mówić o niezależności i wolnej woli. Który wyciągał w stronę podległego ojcu stworzenia jabłko poznania dojrzałego życia bez pępowiny owiniętej wokół szyi i nadgarstków.
– Skusisz się? Są trochę twarde, ale bardzo słodkie – zapytał, nieoczekiwanie po angielsku, wyciągając ku mężczyźnie dłoń z owocem.
Och nie, on był ciekaw młodzieńca, Pinokia poruszanego sznureczkami przez Gepetto. Jakim okrutnikiem był ojciec, by dawać mu na imię Icarus, jak bardzo podcinał mu skrzydła w lęku, że wzleci za wysoko?
– Autorytet jest tylko jedną z wielu składowych człowieka i podobnie jak sława, jeździ na pstrym koniu. – umoczył wargi, odchylając głowę, by wygodniej złożyć ją na poduszce. – Podobnie z resztą jak potencjał skryty w głowie i sercu. Debiut zawsze jest intrygujący, przez wzgląd na nieoznaczoność ścieżek losu. Zwłaszcza taki zapadający w pamięć. Mam nadzieję, że nie będzie brakowało Twojego głosu na kolejnych sympozjach? Lubię świeżość entuzjazmu, a nie da się ukryć, że niektórzy nie potrafią podtrzymać żaru, wpadając w koleiny rutyny, która zabija ochotę do wychodzenia poza schemat. – W słodkiej hipokryzji, nie zauważył absolutnie, że to właśnie z nim się działo w kontekście pracy zawodowej, którą traktował coraz bardziej jak odprysk kapryśnej rzeczywistości, aniżeli rzeczywistą rolę do wypełnienia. – Jeśli masz ochotę, możesz opowiedzieć mi o swoich badaniach. Możesz poradzić się mnie, który ich aspekt najlepiej ukorzeniłby się w umysłach słuchaczy. Czasem dobrze przejrzeć się w innym lustrze, niż to w domu. Czasem lepiej złapać perspektywę.
Anthony od zawsze darzył wielką miłością i uwielbieniem smoki. Z tego tytułu upierał się, że jego patronus przybiera kształt wyrma, choć tak na prawdę był pięknym białym wężem. Tak jak teraz, właściciel tego miejsca, rozłożony na poduchach, otoczony bogactwem i przepychem dźwignął się by sięgnąć do tacy z przekąskami, ale zamiast ślicznych kanapeczek, fikuśnych pralinek czy innych słodkości, sięgnął po jabłko. Piękne, dorodne, pyszniące się czerwienią. Nie był wężem, który otacza czaszkę, wężem ślizgającym się w rurach żeby zabić ucznia, czy wężem pasącym się na ramionach mrocznego Slytherina. Nie. Był wężem, który lubił mówić o niezależności i wolnej woli. Który wyciągał w stronę podległego ojcu stworzenia jabłko poznania dojrzałego życia bez pępowiny owiniętej wokół szyi i nadgarstków.
– Skusisz się? Są trochę twarde, ale bardzo słodkie – zapytał, nieoczekiwanie po angielsku, wyciągając ku mężczyźnie dłoń z owocem.