26.11.2024, 12:22 ✶
Ambroise w ciszy obserwował poczynania swojego towarzysza. Nie dał poznać po sobie, że Astarothowi idzie bardzo dobrze albo bardzo źle z tym, w jaki sposób wpychał różdżkę w swój rękaw. Tak właściwie to wampir zrobił to bardzo przyzwoicie.
Przynajmniej tutaj mieli jeden problem z głowy. Odhaczone, o ile niechętny jednonocny wspólnik Roisa nie zamota się w ramie konfliktu i nie zapomni, gdzie ma schowaną różdżkę. Albo co gorsza nie rzuci przypadkiem zaklęcia ręką, gdy się zirytuje.
Greengrass nie raz i nie dwa widział różne dziwne sytuacje. W szpitalu również je leczono, choć nie na jego oddziale, no i nie miały związku z pacjentami będącymi jednocześnie wampirami. Raczej w drugą stronę - to po atakach krwiopijców próbowano u nich leczyć. Niestety zazwyczaj całkiem nieskutecznie.
Toteż Ambroise zdecydowanie wyszedł z założenia, że przezorny jest zawsze ubezpieczony i zabezpieczył się, miał nadzieję, na wszelką okoliczność. Nie był wyłącznie odporny na ilość pytań, jaką najwyraźniej miał otrzymać a jakoś wyrzucił z głowy własne pierwsze doświadczenia ze Ścieżkami, wygodnie nie pamiętając jaki był upierdliwy.
Naprawdę potrafił stosować bardzo szeroko zakrojone wyparcie.
- Odpowiedź brzmi to zależy - stwierdził z ogólnikowością godną wykładowcy podczas wykładu, ale tym razem zamierzał się streszczać. - Od tego jak bardzo chcesz być anonimowy. Nie musisz się przedstawiać, jeśli nie zamierzasz tam kręcić większych interesów. W takim zakresie w jakim tam ze mną idziesz, nie ma tej konieczności - wyjaśnił pokrótce, gładko przechodząc do posłania Astarothowi badawczego spojrzenia. - Tak? Od jak dawna? - Spytał wprost, otwarcie.
Nie miał zamiaru prosić o całą historię. Nie znał nawet jej wycinka, bo nie był już w żaden sposób związany z tą rodziną. Raczej nie widział możliwości powrotu do świadczenia prywatnych usług medycznych ludziom, którzy mieli być jego teściami czy tam, tak jak w tym przypadku, szwagrem. Nawet on nie był tak pozbawiony zdolności logicznego osądu. Odszedł, wycofał się. Koniec historii.
Przynajmniej to powinno tak wyglądać, bo przecież teraz znowu się w to mieszał. Zaciągnął się papierosem, żeby powstrzymać westchnienie, po czym sięgnął do wewnętrznej kieszeni po trzy fiolki z eliksirem. Trzy razy po jednej dawce.
- Lepiej wypij to już przed powrotem do domu - stwierdził, wyciągając je ku Astarothowi, który właściwie to przez resztę życia miał wyglądać na permanentnie niewyspanego.
Ale najwyraźniej był cholernie półprzytomny, bo nagle rzucił coś naprawdę absurdalnego.
Drgnęła mu powieka. Mały, niewielki mięsień przy oku też mu się poruszył. Lewy kącik ust również zadrżał. Uśmiechnął się kpiąco, nie wierząc własnym uszom. Nawet nie próbował ukryć mieszanki poirytowania z rozczarowaniem - były jawnie dostrzegalne w spojrzeniu, jakie posłał Yaxleyowi.
- Nie. Nic nie mają - odruchowo przycisnął palce do skroni, jakby chciał zredukować ból głowy powoli narastający w nim z uwagi na to, że to miał być naprawdę długi wieczór, tak właściwie to noc, bardzo długa noc.
Pokręcił głową a jego usta wykrzywiły się w grymasie politowania. No przecież rzecz jasna, że Mulciberowie nigdy nie mieli żadnych interesów na Ścieżkach. Ani wcześniej, ani zdecydowanie nie teraz. Dokładnie tak jak żadni Yaxleyowie nie parali się kłusownictwem zaś Borginowie nie byli bandą szumowin i łajz najgorszego sortu.
Równie dobrze mógłby powiedzieć właśnie to, szczególnie o tych ostatnich. W końcu tak bardzo ich lubił i szanował, że latem tego roku wcale nie zrobił własnej siostrze awantury pośrodku ulicy Pokątnej, bo postanowiła się z jednym zaręczyć. Przypadkiem, nieświadomie a w ogóle to tylko na chwilę, bo zamierzają się rozstać i ona zerwie zaręczyny, minęło zatrważająco dużo czasu i chuja zerwała jak do tej pory, nie zaręczyny.
Ambroise zdecydowanie miał dosyć pochopnych, nieprzemyślanych decyzji innych ludzi. Wystarczyło, że przyjmował odpowiedzialność za swoje zachowanie, brał własne czyny na klatę. Naprawdę nie potrzebował łazić i matkować innym ludziom, szczególnie że mimo bycia wykładowcą akademickim, jego cierpliwość czasami niemal nie istniała.
Zwłaszcza w momentach, w których od trzymania języka za zębami zależało no cóż praktycznie wszystko. Nie tylko powodzenie tego ich małego wypadu, ale również wszelkie inne sprawy w przyszłości. Co jak co, bowiem Roise przede wszystkim sobie cenił rodzinę, lojalność rodowi i wszystko, co z tego wynikało.
Szczególnie teraz, gdy kto byli jedyni ludzie, na których jeszcze mu zależało. Przynajmniej oficjalnie. Nie zamierzał dopuszczać do możliwości, że ktoś będzie łazić po Londynie i otwarcie opowiadać o tym, co jego krewniacy robią w swoich nieoficjalnych biznesach. Teoretycznie od dawna słyszano o tym plotki, ale no właśnie - nigdy niepotwierdzone. Teraz również nie zamierzał zmieniać tego stanu rzeczy.
Po prostu westchnął, wypalając papierosa szybciej niż by chciał a potem sięgając po kolejnego. Jak na to, że nie mieli zbyt dużo czasu, tak właściwie to już byli na pograniczu spóźnienia, Greengrass nie zamierzał się nigdzie spieszyć.
Co nagle to po niezbyt światłym wampirze.
- Nic nie mów. Najlepiej o nikim. Możesz groźnie łypać, jeśli to potrafisz. Lepiej nie odzywaj się bez potrzeby - stwierdził po kolejnej chwili palenia, rzucając drugi niedopałek na ziemię i przydeptując go butem. - Chodźmy. Mamy kawałek do przejścia. Postaraj się nie rozglądać za bardzo, kiedy będziemy tam wchodzić ani kiedy się tam dostaniemy. Interesowanie się jest bardzo niemile widziane - zastrzegł unosząc kaptur i poprawiając szalik na twarzy tak, żeby przesłonić nim sobie ponad połowę twarzy.
Cholerne aioli w połączeniu ze środkami na komary szczypało go w oczy, ale nic nie powiedział. Wolał śmierdzieć (tak, nawet on - czyścioch) niż zginąć w zębach kogoś kto nie powinien go chcieć kąsać po szyi Tylko jedna osoba mogła to robić. Tak się składa, że to, że dzieliła nazwisko z jego drugim towarzyszem wyprawy było wyłącznie ironią losu.
Mogli ruszać w kierunku budynków na Nokturnie, szczególnie tego jednego konkretnego, który ich interesował.
Przynajmniej tutaj mieli jeden problem z głowy. Odhaczone, o ile niechętny jednonocny wspólnik Roisa nie zamota się w ramie konfliktu i nie zapomni, gdzie ma schowaną różdżkę. Albo co gorsza nie rzuci przypadkiem zaklęcia ręką, gdy się zirytuje.
Greengrass nie raz i nie dwa widział różne dziwne sytuacje. W szpitalu również je leczono, choć nie na jego oddziale, no i nie miały związku z pacjentami będącymi jednocześnie wampirami. Raczej w drugą stronę - to po atakach krwiopijców próbowano u nich leczyć. Niestety zazwyczaj całkiem nieskutecznie.
Toteż Ambroise zdecydowanie wyszedł z założenia, że przezorny jest zawsze ubezpieczony i zabezpieczył się, miał nadzieję, na wszelką okoliczność. Nie był wyłącznie odporny na ilość pytań, jaką najwyraźniej miał otrzymać a jakoś wyrzucił z głowy własne pierwsze doświadczenia ze Ścieżkami, wygodnie nie pamiętając jaki był upierdliwy.
Naprawdę potrafił stosować bardzo szeroko zakrojone wyparcie.
- Odpowiedź brzmi to zależy - stwierdził z ogólnikowością godną wykładowcy podczas wykładu, ale tym razem zamierzał się streszczać. - Od tego jak bardzo chcesz być anonimowy. Nie musisz się przedstawiać, jeśli nie zamierzasz tam kręcić większych interesów. W takim zakresie w jakim tam ze mną idziesz, nie ma tej konieczności - wyjaśnił pokrótce, gładko przechodząc do posłania Astarothowi badawczego spojrzenia. - Tak? Od jak dawna? - Spytał wprost, otwarcie.
Nie miał zamiaru prosić o całą historię. Nie znał nawet jej wycinka, bo nie był już w żaden sposób związany z tą rodziną. Raczej nie widział możliwości powrotu do świadczenia prywatnych usług medycznych ludziom, którzy mieli być jego teściami czy tam, tak jak w tym przypadku, szwagrem. Nawet on nie był tak pozbawiony zdolności logicznego osądu. Odszedł, wycofał się. Koniec historii.
Przynajmniej to powinno tak wyglądać, bo przecież teraz znowu się w to mieszał. Zaciągnął się papierosem, żeby powstrzymać westchnienie, po czym sięgnął do wewnętrznej kieszeni po trzy fiolki z eliksirem. Trzy razy po jednej dawce.
- Lepiej wypij to już przed powrotem do domu - stwierdził, wyciągając je ku Astarothowi, który właściwie to przez resztę życia miał wyglądać na permanentnie niewyspanego.
Ale najwyraźniej był cholernie półprzytomny, bo nagle rzucił coś naprawdę absurdalnego.
Drgnęła mu powieka. Mały, niewielki mięsień przy oku też mu się poruszył. Lewy kącik ust również zadrżał. Uśmiechnął się kpiąco, nie wierząc własnym uszom. Nawet nie próbował ukryć mieszanki poirytowania z rozczarowaniem - były jawnie dostrzegalne w spojrzeniu, jakie posłał Yaxleyowi.
- Nie. Nic nie mają - odruchowo przycisnął palce do skroni, jakby chciał zredukować ból głowy powoli narastający w nim z uwagi na to, że to miał być naprawdę długi wieczór, tak właściwie to noc, bardzo długa noc.
Pokręcił głową a jego usta wykrzywiły się w grymasie politowania. No przecież rzecz jasna, że Mulciberowie nigdy nie mieli żadnych interesów na Ścieżkach. Ani wcześniej, ani zdecydowanie nie teraz. Dokładnie tak jak żadni Yaxleyowie nie parali się kłusownictwem zaś Borginowie nie byli bandą szumowin i łajz najgorszego sortu.
Równie dobrze mógłby powiedzieć właśnie to, szczególnie o tych ostatnich. W końcu tak bardzo ich lubił i szanował, że latem tego roku wcale nie zrobił własnej siostrze awantury pośrodku ulicy Pokątnej, bo postanowiła się z jednym zaręczyć. Przypadkiem, nieświadomie a w ogóle to tylko na chwilę, bo zamierzają się rozstać i ona zerwie zaręczyny, minęło zatrważająco dużo czasu i chuja zerwała jak do tej pory, nie zaręczyny.
Ambroise zdecydowanie miał dosyć pochopnych, nieprzemyślanych decyzji innych ludzi. Wystarczyło, że przyjmował odpowiedzialność za swoje zachowanie, brał własne czyny na klatę. Naprawdę nie potrzebował łazić i matkować innym ludziom, szczególnie że mimo bycia wykładowcą akademickim, jego cierpliwość czasami niemal nie istniała.
Zwłaszcza w momentach, w których od trzymania języka za zębami zależało no cóż praktycznie wszystko. Nie tylko powodzenie tego ich małego wypadu, ale również wszelkie inne sprawy w przyszłości. Co jak co, bowiem Roise przede wszystkim sobie cenił rodzinę, lojalność rodowi i wszystko, co z tego wynikało.
Szczególnie teraz, gdy kto byli jedyni ludzie, na których jeszcze mu zależało. Przynajmniej oficjalnie. Nie zamierzał dopuszczać do możliwości, że ktoś będzie łazić po Londynie i otwarcie opowiadać o tym, co jego krewniacy robią w swoich nieoficjalnych biznesach. Teoretycznie od dawna słyszano o tym plotki, ale no właśnie - nigdy niepotwierdzone. Teraz również nie zamierzał zmieniać tego stanu rzeczy.
Po prostu westchnął, wypalając papierosa szybciej niż by chciał a potem sięgając po kolejnego. Jak na to, że nie mieli zbyt dużo czasu, tak właściwie to już byli na pograniczu spóźnienia, Greengrass nie zamierzał się nigdzie spieszyć.
Co nagle to po niezbyt światłym wampirze.
- Nic nie mów. Najlepiej o nikim. Możesz groźnie łypać, jeśli to potrafisz. Lepiej nie odzywaj się bez potrzeby - stwierdził po kolejnej chwili palenia, rzucając drugi niedopałek na ziemię i przydeptując go butem. - Chodźmy. Mamy kawałek do przejścia. Postaraj się nie rozglądać za bardzo, kiedy będziemy tam wchodzić ani kiedy się tam dostaniemy. Interesowanie się jest bardzo niemile widziane - zastrzegł unosząc kaptur i poprawiając szalik na twarzy tak, żeby przesłonić nim sobie ponad połowę twarzy.
Cholerne aioli w połączeniu ze środkami na komary szczypało go w oczy, ale nic nie powiedział. Wolał śmierdzieć (tak, nawet on - czyścioch) niż zginąć w zębach kogoś kto nie powinien go chcieć kąsać po szyi Tylko jedna osoba mogła to robić. Tak się składa, że to, że dzieliła nazwisko z jego drugim towarzyszem wyprawy było wyłącznie ironią losu.
Mogli ruszać w kierunku budynków na Nokturnie, szczególnie tego jednego konkretnego, który ich interesował.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down