26.11.2024, 13:59 ✶
To miał być miły spacer. Jeden z gatunku tych, które już wielokrotnie odbywali. Co prawda jeszcze nie w tym miejscu, ale widok jeziora, sukienka Geraldine opinająca się wokół jej ciała i piękna pogoda sprawiały, że ich kolejne godziny jawiły się tu dosyć rozkosznie. Przynajmniej do pewnego momentu.
Ciało Ambroisa mimowolnie napięło się, gdy wyczuł bliskość konia. Nie potrzebował zbyt wiele, by wyczuć co się święci. Ten zapach mógłby rozpoznać dosłownie wszędzie. Nawet na otwartej przestrzeni, gdzie odór szybko rozwiewał się na lekkim wietrze, piekielna woń i tak trafiała wprost w nozdrza Greengrassa uprzedzając go o tym, co miało nadejść.
I rzeczywiście. Skurwysyn pojawił się niemalże od razu. Dumnie jak na swoim terenie, poniekąd to był teren zwierzęcia, koń wyłonił się z krzaków leszczyny, praktycznie od razu usiłując zaznaczyć swą dominację. Masywna, ciężka sylwetka pierdolonej bestii z piekła rodem zdawała się dominować w otoczeniu.
Każdy szmer kopyt na ziemi wywoływał w Roisie fale niepokoju. Stukot za stukotem, krok za krokiem aż koń wreszcie stanął w miejscu, obdarzając ich oceniającym spojrzeniem. Skurwysyn wyczuwał słabość, karmił się nią jako dodatkiem do siana. Skoro się tu pojawił, to pierwsze źródło pożywienia najpewniej już mu się skończyło. Teraz wybierał strach i zamęt.
I choć Ambroise w teorii zdawał sobie sprawę z tego, że powinien spróbować wygrać potyczkę na spojrzenia. Wiedział, że powinien się uspokoić, by nie dawać stworowi pożywki, jego myśli wciąż kręciły się wokół tego jak kurwa gigantyczny był ten zwierzak. No co najmniej trzy razy większy od największej akromantuli.
To, co działo się teraz w jego umyśle ani myślało pozwolić mu na głębszy oddech. Starał się oddychać głęboko, ale brzuch miał równie napięty, co całą resztę mięśni na ciele zaś w płucach czuł duszący ucisk. Nie miał zyskać nawet chwili wytchnienia, nie dopóki nadal tu stali, łypiąc na siebie groźnie. Nawet nie próbował patrzeć na Geraldine.
Koń zupełnie ją ignorował. To jego tu kurwa zauważył, jego wybrał na swój obiekt zainteresowania, jemu usiłował narzucić swoją dominację. Stanowczo zbyt ciemne oczy stworzenia błyszczały w słońcu. Zastygła, niewymuszenie powściągliwa postura zwierzęcia zdawała się mówić: wiem, że się boisz. Masz czego, kurwa.
Co gorsza, kiedy koń zniżył głowę a jego wielkie, czarne oczy skoncentrowały się na Greengrassie, ten instynktownie cofnął się nieco w tył, nie mogąc powstrzymać się od irytacji wobec samego siebie.
Niby Ambroise starał się powtarzać sobie jak mantrę, że to tylko zwierzę, materiał na koninę albo salami, ale mimowolnie wzdrygnął się, gdy koń niespodziewanie zrobił krok w jego stronę. A może nie zrobił? Może tylko mu się wydawało? Bowiem Geraldine zdecydowanie nie ruszyła się przy tym z miejsca, nadal stojąc pomiędzy nimi. Zapewne z miną, której Roise zdecydowanie nie chciał widzieć.
Brakowało tylko tego triumfalnego rżenia. Dźwięku, który rozdarłby powietrze znacznie głośniej niż jakikolwiek huk wystrzału, by wymusić na nim jakąś bardziej stanowczą reakcję. Przynajmniej tak podpowiadał mu głos w tyle umysłu, który w tym momencie dopuszczał do siebie, bo cholera, nie chciał zachowywać się jak ostatni tchórz. Po prostu go wmurowało.
Widząc, jak koń spogląda w jego stronę, czuł jak napięcie w jego ciele narasta. Wewnętrznie żałował, że nie może po prostu odejść i zignorować tej sytuacji, jednakże przecież nie był cykorem, nie? To byłoby jak błyskawiczne przyznanie się do porażki.
Rina w życiu nie przestałaby mu tego wytykać, więc stał. Stał mierząc się wzrokiem z koniem a jego rozbiegany umysł działający teraz na zwiększonych obrotach wyłapywał każdą drobną reakcję bestii oceniając jak bardzo śmiercionośne były intencje kurwikonia.
Aż wreszcie stworzenie postanowiło ich opuścić. Czemu? Za cholerę nie wiedział. Może dostatecznie podkreśliło swoją dominację, może zamierzało wrócić w najmniej oczekiwanym momencie? Może miało wobec nich jakieś inne plany wymagające już teraz ataku z zaskoczenia?
Ambroise wiedział jedno: za cholerę nie zamierzał zostawać przy tym jeziorze. Tak właściwie to nawet w Snowdonii, przynajmniej po obiedzie, do którego mieli jeszcze na tyle dużo czasu, że podświadomie zaczął zastanawiać się, jak bardzo mogli wykręcić się od wspólnego posiłku, z początku ignorując zasłyszane pytanie. Potem zaś gwałtownie kręcąc głową.
Nie było chuja w mieście... ...czy tam na wsi, żeby przyznał się Yaxleyównie do słabości, którą od lat ukrywał w sobie.
- Jest w porządku - odmruknął, próbując zbudować wokół siebie mentalny mur obronny, wypierając z siebie wszystkie nieprzyjemne myśli.
Za cholerę mu to teraz nie wychodziło. Nie, gdy koń nadal znajdował się w zasięgu wzroku. Tam na horyzoncie w linii drzew. Ambroise jeszcze raz zetknął na niego, po czym ponownie pokręcił głową, zaciskając usta w wąską linię.
Każde wspomnienie, każda sytuacja związana z tą bestią wywoływała u niego palpitacje serca i gęsią skórkę. Jego serce waliło jak młot, każde uderzenie zdawało się być cholernie intensywne.
- Co za głupie pytanie - kolejne mruknięcie wydostało się z jego ust, gdy przeniósł spojrzenie na dziewczynę, łypiąc na nią niemal tak samo jak przed chwilą na konia.
Zacisnął szczęki i uniósł podbródek, starając się przyjąć postawę sprzed kilku chwil. Wrócić do tej niezmąconej pewności siebie, nawet jeśli jego ukryte w kieszeniach spodni dłonie drżały (sam nie wiedział, kiedy je tam wsunął) a palce zacisnęły się na tkaninie podszewki, próbując zatrzymać przypływ paniki.
Naprawdę usiłował zreflektować się i ogarnąć, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nijak mu to nie przystoiło, lecz w tym momencie każdy szmer, każde szurnięcie zdawało się przypominać mu o strachu, który tkwił w nim od dzieciństwa.
Próbował, zdecydowanie próbował skupić wzrok na jeziorze, aby wyprzeć z pamięci potężne kopyta, wielki błyszczący łeb i ogromne inteligentne oczy, które w tej chwili mogły go obserwować, bo cholera wiedziała, gdzie teraz znajdowało się to kurwie zwierzę.
- Możemy stąd iść? Powinnaś chyba zgłosić skur... ...konia, nie? To chyba nietypowe, że biegają tu kompletnie samopas? - Tak, w tym momencie oczekiwał twierdzącej odpowiedzi, ani myśląc tu wracać, jeśli Yaxleyowie po prostu puszczali luzem swoje ogiery. No nie. Za cholerę.
Ciało Ambroisa mimowolnie napięło się, gdy wyczuł bliskość konia. Nie potrzebował zbyt wiele, by wyczuć co się święci. Ten zapach mógłby rozpoznać dosłownie wszędzie. Nawet na otwartej przestrzeni, gdzie odór szybko rozwiewał się na lekkim wietrze, piekielna woń i tak trafiała wprost w nozdrza Greengrassa uprzedzając go o tym, co miało nadejść.
I rzeczywiście. Skurwysyn pojawił się niemalże od razu. Dumnie jak na swoim terenie, poniekąd to był teren zwierzęcia, koń wyłonił się z krzaków leszczyny, praktycznie od razu usiłując zaznaczyć swą dominację. Masywna, ciężka sylwetka pierdolonej bestii z piekła rodem zdawała się dominować w otoczeniu.
Każdy szmer kopyt na ziemi wywoływał w Roisie fale niepokoju. Stukot za stukotem, krok za krokiem aż koń wreszcie stanął w miejscu, obdarzając ich oceniającym spojrzeniem. Skurwysyn wyczuwał słabość, karmił się nią jako dodatkiem do siana. Skoro się tu pojawił, to pierwsze źródło pożywienia najpewniej już mu się skończyło. Teraz wybierał strach i zamęt.
I choć Ambroise w teorii zdawał sobie sprawę z tego, że powinien spróbować wygrać potyczkę na spojrzenia. Wiedział, że powinien się uspokoić, by nie dawać stworowi pożywki, jego myśli wciąż kręciły się wokół tego jak kurwa gigantyczny był ten zwierzak. No co najmniej trzy razy większy od największej akromantuli.
To, co działo się teraz w jego umyśle ani myślało pozwolić mu na głębszy oddech. Starał się oddychać głęboko, ale brzuch miał równie napięty, co całą resztę mięśni na ciele zaś w płucach czuł duszący ucisk. Nie miał zyskać nawet chwili wytchnienia, nie dopóki nadal tu stali, łypiąc na siebie groźnie. Nawet nie próbował patrzeć na Geraldine.
Koń zupełnie ją ignorował. To jego tu kurwa zauważył, jego wybrał na swój obiekt zainteresowania, jemu usiłował narzucić swoją dominację. Stanowczo zbyt ciemne oczy stworzenia błyszczały w słońcu. Zastygła, niewymuszenie powściągliwa postura zwierzęcia zdawała się mówić: wiem, że się boisz. Masz czego, kurwa.
Co gorsza, kiedy koń zniżył głowę a jego wielkie, czarne oczy skoncentrowały się na Greengrassie, ten instynktownie cofnął się nieco w tył, nie mogąc powstrzymać się od irytacji wobec samego siebie.
Niby Ambroise starał się powtarzać sobie jak mantrę, że to tylko zwierzę, materiał na koninę albo salami, ale mimowolnie wzdrygnął się, gdy koń niespodziewanie zrobił krok w jego stronę. A może nie zrobił? Może tylko mu się wydawało? Bowiem Geraldine zdecydowanie nie ruszyła się przy tym z miejsca, nadal stojąc pomiędzy nimi. Zapewne z miną, której Roise zdecydowanie nie chciał widzieć.
Brakowało tylko tego triumfalnego rżenia. Dźwięku, który rozdarłby powietrze znacznie głośniej niż jakikolwiek huk wystrzału, by wymusić na nim jakąś bardziej stanowczą reakcję. Przynajmniej tak podpowiadał mu głos w tyle umysłu, który w tym momencie dopuszczał do siebie, bo cholera, nie chciał zachowywać się jak ostatni tchórz. Po prostu go wmurowało.
Widząc, jak koń spogląda w jego stronę, czuł jak napięcie w jego ciele narasta. Wewnętrznie żałował, że nie może po prostu odejść i zignorować tej sytuacji, jednakże przecież nie był cykorem, nie? To byłoby jak błyskawiczne przyznanie się do porażki.
Rina w życiu nie przestałaby mu tego wytykać, więc stał. Stał mierząc się wzrokiem z koniem a jego rozbiegany umysł działający teraz na zwiększonych obrotach wyłapywał każdą drobną reakcję bestii oceniając jak bardzo śmiercionośne były intencje kurwikonia.
Aż wreszcie stworzenie postanowiło ich opuścić. Czemu? Za cholerę nie wiedział. Może dostatecznie podkreśliło swoją dominację, może zamierzało wrócić w najmniej oczekiwanym momencie? Może miało wobec nich jakieś inne plany wymagające już teraz ataku z zaskoczenia?
Ambroise wiedział jedno: za cholerę nie zamierzał zostawać przy tym jeziorze. Tak właściwie to nawet w Snowdonii, przynajmniej po obiedzie, do którego mieli jeszcze na tyle dużo czasu, że podświadomie zaczął zastanawiać się, jak bardzo mogli wykręcić się od wspólnego posiłku, z początku ignorując zasłyszane pytanie. Potem zaś gwałtownie kręcąc głową.
Nie było chuja w mieście... ...czy tam na wsi, żeby przyznał się Yaxleyównie do słabości, którą od lat ukrywał w sobie.
- Jest w porządku - odmruknął, próbując zbudować wokół siebie mentalny mur obronny, wypierając z siebie wszystkie nieprzyjemne myśli.
Za cholerę mu to teraz nie wychodziło. Nie, gdy koń nadal znajdował się w zasięgu wzroku. Tam na horyzoncie w linii drzew. Ambroise jeszcze raz zetknął na niego, po czym ponownie pokręcił głową, zaciskając usta w wąską linię.
Każde wspomnienie, każda sytuacja związana z tą bestią wywoływała u niego palpitacje serca i gęsią skórkę. Jego serce waliło jak młot, każde uderzenie zdawało się być cholernie intensywne.
- Co za głupie pytanie - kolejne mruknięcie wydostało się z jego ust, gdy przeniósł spojrzenie na dziewczynę, łypiąc na nią niemal tak samo jak przed chwilą na konia.
Zacisnął szczęki i uniósł podbródek, starając się przyjąć postawę sprzed kilku chwil. Wrócić do tej niezmąconej pewności siebie, nawet jeśli jego ukryte w kieszeniach spodni dłonie drżały (sam nie wiedział, kiedy je tam wsunął) a palce zacisnęły się na tkaninie podszewki, próbując zatrzymać przypływ paniki.
Naprawdę usiłował zreflektować się i ogarnąć, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nijak mu to nie przystoiło, lecz w tym momencie każdy szmer, każde szurnięcie zdawało się przypominać mu o strachu, który tkwił w nim od dzieciństwa.
Próbował, zdecydowanie próbował skupić wzrok na jeziorze, aby wyprzeć z pamięci potężne kopyta, wielki błyszczący łeb i ogromne inteligentne oczy, które w tej chwili mogły go obserwować, bo cholera wiedziała, gdzie teraz znajdowało się to kurwie zwierzę.
- Możemy stąd iść? Powinnaś chyba zgłosić skur... ...konia, nie? To chyba nietypowe, że biegają tu kompletnie samopas? - Tak, w tym momencie oczekiwał twierdzącej odpowiedzi, ani myśląc tu wracać, jeśli Yaxleyowie po prostu puszczali luzem swoje ogiery. No nie. Za cholerę.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down